Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 68 из 101

– O mój Boże! – zawołała Laurie. – To oni!

Franco i Angelo rozgościli się w mieszkaniu Jacka tak jak wcześniej u Laurie. Do połowy opróżnione butelki stały na stoliku, obok leżał pistolet z tłumikiem. Na środku pokoju stało krzesło przodem zwrócone do kanapy.

– Domyślam się, że pan doktor Stapleton – odezwał się Franco.

Jack potwierdził skinieniem, a jego umysł zaczął gwałtownie poszukiwać sposobu wyjścia z sytuacji. Wiedział, że drzwi wejściowe za nim są nadal otwarte. Zwymyślał siebie w duchu, że nie nabrał podejrzeń, otwierając drzwi. Problem w tym, że wybiegł tak szybko z domu, iż nie był pewny, jak zamknął mieszkanie.

– Nie rób nic głupiego – poradził Franco, jakby czytał w myślach Jacka. – Nie zostaniemy długo. Gdybyśmy wiedzieli, że zastaniemy tu doktor Montgomery, oszczędzilibyśmy sobie drogi do jej mieszkania, nie mówiąc już o powtarzaniu po raz drugi tej samej wiadomości.

– Czego się, ludzie, tak przeraziliście, że przychodzicie i straszycie nas? – zapytał Jack.

Franco uśmiechnął się i spojrzał na Angela.

– Słyszałeś tego faceta? Wydaje mu się, że zawracaliśmy sobie głowę, żeby tu przyjść i odpowiadać na jego pytania.

– Brak szacunku – skomentował Angelo.

– Doktorku, może by tak jeszcze jedno krzesełko dla panizaproponował Franco. – Porozmawiamy wtedy troszeczkę i będziemy mogli się pożegnać.

Jack nie ruszył się. Patrząc na pistolet na stoliku, zastanawiał się, który z mężczyzn ma broń przy sobie. Spróbował ocenić ich siłę. Obaj byli raczej szczupli. Nie imponowali posturami.

– Przepraszam, doktorze – zawołał Franco. – Jest pan tu, czy co?

Zanim Jack zdołał odpowiedzieć, za nim coś się nagle poruszyło i ktoś zdecydowanym ruchem odepchnął go na bok. Przybysz krzyknął:

– Nikt się nie rusza!

Jack szybko wrócił do siebie po chwilowej stracie orientacji i zauważył, że do pokoju wpadło trzech czarnych mężczyzn, wszyscy uzbrojeni w broń automatyczną. Lufy wycelowane we Franca i Angela nawet nie drgnęły. Cała trójka ubrana była w koszykarskie stroje i Jack błyskawicznie ich rozpoznał. W pokoju stali Flash, David i Spit. Wszyscy dopiero co przerwali grę i pot ściekał im po czołach.

Franco i Angelo byli kompletnie zbici z tropu. Siedzieli z szeroko otwartymi oczami. Zwykle znajdowali się raczej po drugiej stronie wymierzonej broni i wiedzieli, że nie należy się ruszać.

Przez chwilę panowała zupełna cisza. Do pokoju wszedł Warren.

– Człowieku, trzymanie cię przy życiu staje się pełnoetatową robotą, wiesz, o czym mówię? – zagaił nowy gość. – No i muszę powiedzieć, że wkurzasz sąsiadów, sprowadzając tu te białe śmieci.

Warren wziął z ręki Spita broń i kazał mu przeszukać obcych. Spit bez słowa rozbroił Angela z automatycznego waltera. Obmacawszy Franca, zabrał pistolet ze stolika.

Jack głośno i z ulgą odetchnął.

– Warren, chłopie, nie wiem, jak ci się udało wejść w najbardziej odpowiednim dla mnie momencie, ale to warte uznania – odezwał się Jack.

– Te szumowiny już wcześniej tu przyjechały i obejrzały teren – wyjaśnił Warren. – Zupełnie jakby myśleli, że są niewidzialni pomimo drogich ciuchów i tego wielkiego, czarnego, błyszczącego cadillaca. To jakieś cholerne żarty.

Jack aż zatarł ręce z wrażenia, widząc nagłą zmianę sytuacji. Zapytał Franca i Angela o nazwiska, ale w odpowiedzi dostał tylko zimne spojrzenia.

– Ten to Angelo Facciolo – wskazała Laurie z wyraźnym gniewem w tonie.

– Spit, weź im dokumenty – polecił Warren.

Spit wykonał polecenie i przeczytał nazwiska oraz adresy.

– Uff. A to co? – zapytał, gdy otworzył portfel w miejscu, w którym schowana była odznaka policyjna z posterunku w Ozone Park. Podniósł tak, żeby Warren mógł zobaczyć.

– To nie są policjanci – stwierdził, machając z lekceważeniem ręką. – Nie ma się czego obawiać.

– Laurie – odezwał się Jack. – Myślę, że to najwyższa pora, aby zadzwonić do Lou. Podejrzewam, że z wielką ochotą porozmawia sobie z tymi dżentelmenami. I powiedz mu, żeby zabrał ze sobą furgonetkę, na wypadek gdyby chciał zaoferować panom noc na rachunek miasta.

Laurie zniknęła w kuchni.

Jack podszedł do Angela i stanął nad nim.

– Wstawaj – powiedział.

Angelo wstał i patrzył bezczelnie na Jacka. Ku zaskoczeniu wszystkich, łącznie z Angelem, Jack z całej siły zdzielił go w twarz. Rozległ się jęk i Angelo poleciał do tyłu, przekoziołkował przez oparcie kanapy i upadł ciężko na podłogę.

Jack wykrzywił się, zaklął i złapał za rękę, ale zaraz potrząsnął nią z bólu i zawołał:

– Jezu! Nigdy jeszcze nikogo tak nie walnąłem. To boli!

– Powstrzymaj się – ostrzegł go Warren. – Nie lubię bicia tego psiego łajna. To nie w moim stylu.

– Już zrobiłem swoje – powiedział Jack i usiadł, ciągle potrząsając dłonią. – Ale widzisz, to psie łajno leżące za kanapą uderzyło dzisiaj Laurie po tym, jak włamało się do jej mieszkania. Jestem pewny, że zauważyłeś jej twarz.

Angelo pozbierał się i usiadł. Nos miał rozbity. Jack zaprosił go gestem na kanapę. Angelo ruszał się powoli. Dłonią zakrył nos, jakby chciał zebrać w dłoń kapiącą krew.

– No a teraz, zanim przyjedzie policja, chciałbym was jeszcze raz zapytać, czego się tak wystraszyliście. Co Laurie i ja możemy odkryć? O co chodzi'w tej bezsensownej sprawie Franconiego?

Franco i Angelo patrzyli na Jacka jak na powietrze. Jack zapytał jeszcze, co im wiadomo o wątrobie Franconiego, ale milczeli jak kamienie.

Laurie wróciła z kuchni.

– Złapałam Lou. Już jedzie. Muszę powiedzieć, że jest podniecony, szczególnie tą wiadomością o Delbariu.

Godzinę później Jack siedział wygodnie usadowiony w fotelu w mieszkaniu Estebana Ndeme. Byli z nim Laurie i Warren.

– Pewnie, chętnie wypiję jeszcze jedno piwo – odpowiedział na propozycję Estebana. Jack czuł w głowie przyjemny szum po pierwszym piwie i narastającą euforię, że wieczór, który zaczął się tak źle, ma tak nieoczekiwanie pomyślne zakończenie.

Lou zjawił się u Jacka z kilkoma policjantami mundurowymi w niecałe dwadzieścia minut po telefonie Laurie. Nie posiadał się z radości, gdy okazało się, że może zatrzymać Angela i Franca za włamanie, nielegalne posiadanie broni, naruszenie nietykalności osobistej, wymuszenie i podawanie się za oficera policji. Miał nadzieję, że zdoła ich przytrzymać dostatecznie długo, aby wyciągnąć ce

Lou był zaniepokojony ostrzeżeniami, jakie otrzymali Laurie i Jack, więc kiedy Jack stwierdził, że oboje mają zamiar wyjechać z miasta na tydzień lub dwa, całym sercem poparł pomysł. Postanowił jednocześnie, że do wyjazdu załatwi im ochronę, a oni, aby ułatwić policji zadanie, zdecydowali się pozostać przez ten czas razem.

Na naleganie Jacka, Warren zabrał jego i Laurie do "Mercado Market", aby spotkać się z Estebanem Ndeme. Tak jak Warren utrzymywał, Esteban był człowiekiem przyjaznym i gości

Gdy tylko dowiedział się, że Jack planuje podróż do Gwinei Równikowej, natychmiast zaprosił całą trójkę do mieszkania.

Teodora Ndeme bardzo przypominała swego męża. Ledwie znaleźli się w mieszkaniu, a już zaprosiła wszystkich na kolację.

Wobec aromatycznych zapachów płynących z kuchni, Jack rozsiadł się ukontentowany z drugim piwem.

– Co sprowadziło państwa do Nowego Jorku? – zapytał Estebana.

– Musieliśmy opuścić nasz kraj – odparł gospodarz. Zaczął opisywać rządy terroru bezlitosnego dyktatora Nguemy, który zmusił jedną trzecią ludności, wliczając w to wszystkich spadkobierców kolonistów hiszpańskich, do opuszczenia państwa. – Pięćdziesiąt tysięcy ludzi zostało zamordowanych. To było straszne. Byliśmy szczęściarzami, że udało nam się wyjechać. Pracowałem jako nauczyciel hiszpańskiego i z tego powodu byłem podejrzany.

– Mam nadzieję, że sprawy uległy zmianie – powiedział Jack.

– Och, tak – odparł Esteban. – Zamach z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku wiele zmienił. Ale to nadal biedny kraj, chociaż zaczęto coś mówić o wydobyciu ropy z dna oceanu u wybrzeży kraju, kiedy odkryto jej złoża w Gabonie. Gabon jest teraz najbogatszym państwem regionu.

– Myślał pan o powrocie? – spytał Jack.

– Wiele razy. Ostatnio kilka lat temu. Teodora i ja nadal mamy tam krewnych. Jej brat ma nawet na stałym lądzie, w Bata, to większe miasto, mały hotel.

– Słyszałem o Bata. Rozumiem, że jest tam również lotnisko.

– Jedyne na stałym lądzie. Zbudowali je w latach osiemdziesiątych z okazji Kongresu Afryki Środkowej. Oczywiście, Gwinea Równikowa nie mogła sobie na to pozwolić, ale to już i

– Słyszał pan o kompanii GenSys? – zapytał Jack.

– Bardzo dobrze – stwierdził Esteban. – To główne źródło waluty wymienialnej dla rządu, szczególnie po tym jak spadły ceny na kakao i kawę.

– Tak, słyszałem. Słyszałem także, że GenSys prowadzi małpią farmę. Czy ona mieści się może w Bata?

– Nie, to jest na południu. Zbudowali ją w samej dżungli, w pobliżu starego hiszpańskiego miasta Cogo. Odbudowali większą część miasta dla swoich ludzi z Ameryki i Europy, a dla tubylców, którzy dla nich pracują, zbudowali całkiem nowe miasteczko. Zatrudniają wielu Gwinejczyków.

– Wie pan, czy GenSys zbudowało też szpital?

– Tak. W starym mieście. Szpital i laboratorium. Naprzeciwko ratusza.

– Skąd pan tyle o tym wie?

– Bo pracował tam mój kuzyn. Ale zrezygnował, kiedy żołnierze zabili jego przyjaciela za polowanie. Wielu ludzi lubi GenSys, bo dobrze płacą, ale i