Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 34 из 101

– Franconi był zmrożonym sztywniakiem w lodówce prosektorium – przypomniał Daniel.

– W takim razie daj mi numer telefonu do Dominicka. Sam zadzwonię. Potrzebuję też adresu Carlsonów.

– Zapytaj o to moją recepcjonistkę. Po prostu powiedz, że jesteś moim przyjacielem.

– Dziękuję.

– Ale pamiętaj – dodał Daniel na pożegnanie – zasłużyłem na udziały uzgodnione w umowie i chcę je otrzymać bez względu na twoje konszachty z Vincentem Dominickiem.

Początkowo recepcjonistka nie była chętna do udzielania informacji o telefonach i adresach pacjentów, ale po krótkiej rozmowie z szefem ustąpiła. Bez słowa napisała na odwrocie karty informacyjnej o godzinach przyjęć doktora Levitza potrzebne informacje i wręczyła notatkę Raymondowi.

Nie tracił czasu i wrócił prosto do mieszkania przy Sześćdziesiątej Czwartej Ulicy. Kiedy Darlene otworzyła drzwi, zapytała, jak minęło spotkanie z doktorem.

– Nie pytaj – odpowiedział szorstko. Wszedł do gabinetu, zamknął za sobą drzwi i usiadł za biurkiem. Nerwowo wybrał numer Dominicka. W wyobraźni widział Cindy Carlson kręcącą się wokół domowej apteczki w poszukiwaniu pigułek nase

– Tak, o co chodzi? – odezwał się głos po drugiej stronie.

– Chciałbym rozmawiać z panem Vincentem Dominickiem – odparł Raymond tonem tak pewnym siebie, na jaki było go w tym momencie stać. Nie mógł ścierpieć, że okoliczności zmusiły go do układania się z ludźmi tego pokroju, lecz nie miał i

– Kto mówi?

– Doktor Raymond Lyons.

Nastąpiła cisza, po której mężczyzna powiedział:

– Chwilę!

Ku swemu zaskoczeniu usłyszał w tle jedną z sonat Beethovena. Dla Raymonda zabrzmiało to jak oksymoron.

Po minucie usłyszał melodyjny głos Vincenta Dominicka. Raymond potrafił sobie wyobrazić wyćwiczony, wprowadzający w błąd ton, którym posługuje się niczym dobrze ubrany aktor grający samego siebie.

– Jak zdobył pan ten numer, doktorze? – zapytał Vi

Raymondowi zaschło w gardle. Musiał odkaszlnąć. – Dostałem od doktora Levitza – wyznał szczerze.

– Co mogę dla pana zrobić, doktorze?

– Pojawił się kolejny problem. – Raymond znowu chrząknął. – Chciałbym się z panem zobaczyć i przedyskutować to.

Nastąpiła przerwa dłuższa niż Raymond mógł spokojnie znieść. Już miał zapytać, czy Vi

– Kiedy wchodziłem z wami w układ, sądziłem, że nic mi nie będzie zaprzątać głowy. Nie przypuszczałem, że moje życie zacznie się komplikować.

– To są tylko drobne niedogodności. Najważniejsze, że realizacja projektu przebiega wspaniale.

– Spotkam się z panem w "Restauracji Neapolitańskiej" na Corona Avenue w Elmhurst za pół godziny. Znajdzie ją pan?

– Oczywiście – zapewnił Raymond. – Wezmę taksówkę. Ruszam bez zwłoki.

– W takim razie do zobaczenia – powiedział Vi

Raymond wywrócił do góry nogami górną szufladę biurka w poszukiwaniu mapy Nowego Jorku, która zawierała wszystkie dzielnice. Rozłożył plan na biurku i używając indeksu, zlokalizował Corona Avenue w Elmhurst. Doszedł do wniosku, że jeżeli korki na Queensborough Bridge nie będą duże, bez problemu zdąży w pół godziny. Obawiał się jednak o ruch uliczny, gdyż zbliżała się szesnasta, początek popołudniowego szczytu.

Wypadł ze swego gabinetu, błyskawicznie zarzucił płaszcz na ramiona i tłumacząc Darlene, że nie ma czasu wyjaśniać, dokąd idzie, wyszedł z mieszkania. Zdążył jeszcze rzucić za siebie, że wróci mniej więcej za godzinę.

Prawie pobiegł na Park Avenue, gdzie złapał taksówkę. Pomysł z zabraniem mapy okazał się zbawie

Jazda nie była łatwa. Sam przejazd przez East Side zabrał prawie kwadrans. A później jazda przez most okazała się ustawicznym zatrzymywaniem i ruszaniem. W czasie, kiedy miał już być w restauracji, jego taksówka dotarła dopiero do Queens. Na szczęście stąd było już łatwiej. W efekcie miał piętnaście minut spóźnienia, kiedy wchodził do restauracji, odsłaniając ciężką aksamitną kotarę, odgradzającą wejście od sali.

Natychmiast zorientował się, że lokal nie został otwarty dla gości. Większość krzeseł spoczywała nogami do góry na blatach stolików. Vi

Na wysokich stołkach przy barze siedziało czterech mężczyzn i popijało drinki. Dwóch z nich Raymond rozpoznał, to oni towarzyszyli Dominickowi w czasie pora

Vi

– Niech pan siada, doktorze. Kawy?

Raymond skinął, wślizgując się między stolik a oparcie kanapy, co ze względu na meszek pluszowego obicia okazało się dość trudne. W sali panowały chłód, wilgoć i zapach czosnku z wczorajszych potraw oraz tanich cygar. Raymond cieszył się, że nie musi zdejmować płaszcza i kapelusza.

– Dwie kawy! – zawołał Vi

Mężczyzna bez słowa podszedł do maszyny i zaczął przygotowywać kawę.

– Zaskakujesz mnie, doktorze – zaczął Vi

– Jak powiedziałem przez telefon, mamy i

– Zamieniani się w słuch – odparł Vi

Tak zwięźle, jak tylko potrafił, Raymond wyjaśnił, na czym polega problem z Cindy Carlson. Nacisk położył na to, że wszystkie samobójstwa z zasady podlegają autopsji. Nie ma od tego wyjątku.

Barman wyszedł zza kontuaru i podał dwie kawy. Vi

– Czy ta Cindy Carlson jest córką Albrighta Carlsona? Legendy Wall Street?

Raymond potwierdził skinieniem.

– Między i

– Tak, rozumiem, w czym rzecz – powiedział Vi

– Nie chciałbym niczego konkretnego sugerować – odparł zdenerwowany Raymond. – Ale z pewnością rozumie pan, że jest to problem analogiczny do przypadku pana Franconiego.

– Więc chciałby pan, aby ta szesnastolatka zniknęła bez wywoływania kłopotów?

– No cóż, próbowała się sama zabić aż dwa razy – powiedział słabym głosem Raymond. – W pewnym sensie wyświadczylibyśmy jej przysługę.

Vi

– Niezły z ciebie numer, doktorku – powiedział. – Dam ci kredyt w tej sprawie.

– Może mógłbym ofiarować w zamian zwolnienie z honorarium za kolejny rok? – zaproponował Raymond.

– To niezwykle hojne z pańskiej strony. Ale wiesz pan co, mam już trochę dość tej całej operacji, więc taka oferta nie wystarczy. Powiem krótko, gdyby nie chodziło o nerkę dla mojego dzieciaka, zażądałbym forsy z powrotem i nasze drogi rozeszłyby się. Widzisz, człowieku, po naszej pierwszej przysłudze dla ciebie zacząłem dostrzegać potencjalne zagrożenia. Miałem telefon od brata mojej żony, który prowadzi Dom Pogrzebowy Spoletto. Był zdenerwowany, ponieważ jakaś doktor Laurie Montgomery dzwoniła do nich i zadawała kłopotliwe pytania. Powiedz mi, doktorze, znasz tę Laurie Montgomery?

– Nie, nie znam. – Głośno przełknął ślinę.

– Hej, Angelo, podejdź do nas! – zawołał Vi

Angelo zsunął się z taboretu i podszedł do stolika.

– Siadaj, Angelo. Chcę, żebyś opowiedział naszemu dobremu doktorowi o Laurie Montgomery.

Raymond musiał przesunąć się głębiej pod ścianę, żeby zrobić nieco miejsca dla Angela. Poczuł się dość niewyraźnie między dwoma mężczyznami.

– Laurie Montgomery to sprytna i uparta osoba – powiedział Angelo niskim, ochrypłym głosem. – Mówiąc wprost, to istny wrzód na dupie.

Raymond unikał patrzenia w stronę Angela. Twarz miał całą w bliznach, oczy kaprawe, przekrwione.

– Angelo miał pecha zetknąć się z panią Laurie Montgomery kilka lat wcześniej – wyjaśnił Vi

– Rozmawiałem z Vi

– Rozumiesz, co mam na myśli – odezwał się znowu Vi

– Bardzo mi przykro – odparł nieprzekonująco Raymond. Nie potrafił jednak wymyślić żadnej i

– No i w ten sposób wróciliśmy do tematu honorarium. Wobec zaistniałych warunków uważam, że honorarium powi

– Będę musiał poprosić o to szefów korporacji – prawie zapiszczał Raymond. Głośno chrząknął.

– Świetnie. I nie zawracaj mi więcej głowy. Wyjaśnij im, że to uzasadniony wydatek. Hej, sprawdź to, ale może będziesz mógł odliczyć sobie te pieniądze od podatku jako darowiznę. – Vi

Raymond wzdrygnął się niedostrzegalnie. Doskonale wiedział, że został nieuczciwie przymuszony, że nie miał wyboru.