Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 101

ROZDZIAŁ 3

4 marca 1997 roku

godzina 8.45

Nowy Jork

– No i co zamierzasz zrobić? – zapytał Franco Ponti, spoglądając na odbicie szefa, Vi

– Wygląda na całkiem szykowną metę – zauważył Vi

– Mam zaparkować? – zapytał Franco. Stali na środku ulicy, a taksówkarz za nimi zaczął niecierpliwie trąbić.

– Parkuj! – polecił Vi

Franco podjechał do hydrantu i zjechał w stronę krawężnika. Taksówka przejechała, ale jej kierowca, mijając lincolna, wyciągnął w wymownym geście dłoń z wyprostowanym środkowym palcem. Angelo Facciolo pokręcił głową i rzucił nieprzyjemną wiązkę pod adresem rosyjskich taksówkarzy. Angelo zajmował miejsce pasażera z przodu.

Vi

– Myślisz, że możemy tak zostawić wóz? – zapytał Franco.

– Przeczuwam, że nie zabawimy długo – odpowiedział Vi

Vi

– Sublokatorski – stwierdził. – Doktorkowi więc nie wiedzie się tak dobrze, jak myślałem. – Nacisnął przycisk przy nazwisku "doktor Raymond Lyons" i czekał.

– Słucham – odezwał się żeński głos.

– Chciałbym się zobaczyć z panem doktorem. Nazywam się Vi

Nastąpiła cisza. Czekając, Vi

W domofonie coś zaszeleściło.

– Halo, doktor Raymond Lyons. Czym mogę służyć?

– Wierzę, że wystarczy piętnaście minut pańskiego czasu – odpowiedział Vi

– Nie przypominam sobie, żebyśmy się poznali, panie Dominick – zauważył Raymond. – Może mi pan powiedzieć, czemu mielibyśmy poświęcić ów kwadrans?

– Ów kwadrans, panie Lyons, mielibyśmy poświęcić przysłudze, którą wyrządziłem panu zeszłej nocy. Prośba o nią wpłynęła do mnie za pośrednictwem naszego wspólnego znajomego, doktora Daniela Levitza.

Znowu zapadła cisza.

– Mam nadzieję, że jeszcze pan tam jest, doktorze – odezwał się Vi

– Tak, oczywiście.

Rozległo się delikatne buczenie. Vi

– Zdaje się, że doktorek nie jest zachwycony naszą wizytą – stwierdził Vi

Raymond przywitał gości przy wyjściu z windy. Był wyraźnie zdenerwowany, ściskając dłonie trzech mężczyzn. Gestem zaprosił do mieszkania i z holu wprowadził ich do wyłożonego mahoniem gabinetu.

– Mają panowie ochotę na kawę? – zapytał gospodarz.

Franco i Angelo spojrzeli na Vi

– Nie odmówiłbym małej kawy z ekspresu, jeśli nie stanowi to dla pana kłopotu – odparł Vi

Franco i Angelo poprosili o to samo.

Raymond zamówił przez telefon trzy kawy.

Kiedy zobaczył nieproszonych gości, odezwały się w nim najgorsze obawy. Według niego wyglądali na typowych przedstawicieli wiadomej profesji z filmów klasy B. Vi

– Mogę zabrać panów okrycia? – zaproponował Raymond.

– Nie zamierzamy zostawać zbyt długo – odpowiedział Vi

– Przynajmniej proszę usiąść.

Vi

– Co mogę dla panów zrobić? – zapytał, starając się tonem głosu stworzyć przyjazną atmosferę.

– Przysługa, którą oddaliśmy panu ostatniej nocy, nie była łatwą rzeczą. Sądziliśmy, że będzie pan chciał poznać szczegóły.

Raymond trochę się odprężył i słabo, ale z ulgą uśmiechnął. Uniósł ręce w geście obrony i powiedział:

– To nie jest konieczne. Mam pewność, że…

– Nalegamy – przerwał Vi

– Nie pomyślałbym tak nawet przez chwilę – zapewnił Raymond.

– Tak, ale żeby mieć pewność… – Vi

– To naprawdę nie jest konieczne – bronił się Raymond. – Właściwie nawet nie chciałbym znać szczegółów, natomiast jestem niezwykle wdzięczny za panów wysiłki.

– Doktorze Lyons, niech pan się zamknie i słucha! – Ton Vi

W tej chwili weszła Darlene Polson z kawą na tacy. Raymond przedstawił ją jako swoją asystentkę. Natychmiast po rozstawieniu filiżanek dziewczyna zniknęła.

– Niezła asystentka – ocenił Vi

– Tak, jest bardzo kompetentna – przyznał Raymond. Odruchowo przetarł czoło.

– Mam nadzieję, że nie zakłócamy pańskiego spokoju – powiedział Vi

– Nie, nie, skądże – Raymond odpowiedział trochę zbyt szybko.

– Więc wydostaliśmy ciało i pozbyliśmy się go. Teraz go nie ma, zniknęło. Ale jak się pan domyśla, nie był to spacer po parku. Naprawdę, było to jak cholerny wrzód w dupie, mieliśmy na całą akcję niezwykle mało czasu.

– Cóż, jeśli jest jakaś przysługa, którą mógłbym się odwdzięczyć – po chwili męczącej ciszy zaczął Raymond i zawiesił znacząco głos.

– Dziękuję, panie doktorze – odrzekł Vi

Raymond spuścił wzrok na biurko. – To, o czym mówimy, to tylko przysługa za przysługę. Czysta sytuacja, jak sądzę. Raymond chrząknął.

– Będę musiał porozmawiać o tym z decydentami – oznajmił.

– To pierwsza niemiła rzecz, jaką pan powiedział. Z moich informacji wynika, że to pan jest tymi "decydentami". Takie kiepskie kłamstwa obrażają mnie. Zmienię moją ofertę. Nie zapłacę panu honorarium w tym roku i w następnym. Mam nadzieję, że zorientował się pan, w jakim kierunku zmierza nasza rozmowa.

– Rozumiem – odpowiedział Raymond i z trudem przełknął ślinę. – Zajmę się tym.

Vi

– O to chodzi. Spodziewam się, że będzie pan rozmawiał z doktorem Danielem Levitzem. Proszę mu powiedzieć o naszym porozumieniu.

– Oczywiście – odparł Raymond. Także wstał.

– Dziękuję za kawę. Znakomita. Proszę przekazać słowa uznania pańskiej asystentce.

Raymond zamknął drzwi za gangsterami i oparł się o nie. Serce waliło mu jak młot. W drzwiach do kuchni stanęła Darlene.

– Było tak źle, jak się bałeś? – zapytała.

– Gorzej! – krzyknął. – Doskonale zagrali swoje role. Teraz muszę się układać z drobnymi gangsterami, którzy chcą się przejechać na mój koszt. Co jeszcze może się zdarzyć?

Odepchnął się od drzwi i skierował do gabinetu. Po dwóch krokach zachwiał się. Darlene podeszła i podtrzymała go za ramię.

– Dobrze się czujesz? – zapytała.

Raymond odczekał chwilę, zanim skinął głową.

– Tak, wszystko w porządku – potwierdził. – Lekki zawrót głowy. Przez tego Franconiego nie zmrużyłem w nocy oka.

– Może powinieneś odłożyć spotkanie z tym nowym lekarzem – zaproponowała Darlene.

– Chyba masz rację. W tym stanie prawdopodobnie nie mógłbym nikogo przekonać do przyłączenia się do naszej grupy, nawet gdyby był na najlepszej drodze do bankructwa.