Страница 17 из 94
FITZ
Griffin i Waters wyszli z Parku Bohaterów Woje
– O, kurczę – westchnął Waters. Pojawienie się Morelli nie było niczym niezwykłym. Jako porucznik wydziału kryminalnego w biurze detektywistycznym często zjawiała się na miejscu przestępstwa, zwłaszcza gdy chodziło o zabójstwo. Kapitana Dodge’a także można się było spodziewać. Za to przyjazd majora operacji terenowych Walsha, człowieka numer dwa w organizacji, zwanego Szefem, oznaczał, że sprawa jest na pierwsze strony gazet. Góra będzie naciskać. Podczas śledztwa będzie można złamać sobie karierę albo zyskać sporo punktów. Ostatnio Waters i Griffin widzieli tylu wysoko postawionych funkcjonariuszy na miejscu przestępstwa…
Waters znowu zaczął unikać wzrokiem pięści Griffina. Griffin zmobilizował całą siłę woli, by nie patrzeć na nos Watersa.
– Panie majorze – powitał Szefa Griffin, stukając obcasami i salutując. – Kapitanie, pani porucznik. – Im także zasalutował, a potem odczekał, aż Waters zrobi to samo. Waters zasalutował jednak tylko majorowi i kapitanowi, bo już wcześniej miał okazję oficjalnie powitać panią porucznik.
– Mamy już rysopis człowieka, który strzelał? – zapytał major, który wyglądał na przygotowanego do spotkania z obiektywami kamer i aparatów. Był ubrany w idealnie wyprasowany mundur policji stanowej Rhode Island. Ciemnoszary materiał oblamowany ciemną czerwienią skórzany kapelusz z szerokim rondem nasunięty głęboko na czoło, ciemnobrązowe oficerki świeżo wypastowane i lśniące. Najlepszy mundur w kraju. Możecie zapytać Lettermana.
Waters pokazał torebkę z kasetą.
– Nawet lepiej – oznajmił. – Mamy nagranie wideo pokazujące snajpera tak dobrze, że widać nawet tik nerwowy na jego twarzy. Dzięki uprzejmości Zespołu Dziesiątego.
– Doskonale. Natychmiast dostarczyć materiał do laboratorium. Niech obrobią film, wydrukują zdjęcie twarzy i przekażą je wszystkim mundurowym. – Major spojrzał na Watersa wyczekująco.
– Tak jest – odparł Waters, odwracając się na pięcie. Waters nie był głupi. Do takiego zadania wystarczyłby zwykły mundurowy. Najwyraźniej dowództwo chciało się rozmówić z Griffinem na osobności.
– Sierżancie – powiedział major.
– Tak jest! – Griffin mimowolnie napiął mięśnie brzucha, jakby przygotowywał się do przyjęcia ciosu.
– Dobrze wyglądacie – zauważył major.
– Dziękuję, panie majorze.
– Ocena?
– Słucham? – Przez chwilę Griffin był zupełnie zdezorientowany.
– Ocena sytuacji, sierżancie. Jakie spostrzeżenia?
Griffin odetchnął głęboko. Rozluźnił mięśnie. Przy rozmowie o pracy mógł się uspokoić.
– Zawodowy zabójca. Zaczaił się na dachu sądu. Jednym strzałem zabił Eddiego Como znanego także jako Gwałciciel z Miasteczka Uniwersyteckiego, gdy ten był wyprowadzany z furgonetki więzie
– Stanowa straż pożarna to potwierdza?
– Nie, panie majorze. Wydaje mi się, że na miejscu jest jeszcze zbyt gorąco. Trzeba poczekać godzinę albo dwie.
– Ale jesteście pewni, że sprawca nie żyje?
Griffin wzruszył ramionami.
– Wiemy, że mamy jedną śmiertelną ofiarę na parkingu Szkoły Wzornictwa. Gdy weźmiemy pod uwagę, że wybuch nastąpił w ciągu dziesięciu minut od strzelaniny, myślę, że możemy śmiało założyć, że oba incydenty są powiązane. Można by przyjąć, że nasz zabójca wykonał dwa zadania – najpierw zastrzelił Eddiego Como, a potem wysadził w powietrze jakąś niezidentyfikowaną osobę na parkingu. Ale w moim przekonaniu taki scenariusz jest mało prawdopodobny. Po pierwsze, bardzo rzadko się zdarza, żeby płatny zabójca zmieniał sposób działania i najpierw występował jako snajper, a potem jako spec od materiałów wybuchowych. Poza tym wiemy, że strzelec zostawił na dachu karabin i pełny magazynek. Po co miałby się pozbywać broni, skoro miał zabić drugą osobę? Nie, myślę, że bardziej prawdopodobne jest przypuszczenie, że zabójca wykonał zadanie, porzucił broń, żeby ułatwić sobie ucieczkę, a potem napotkał nieprzewidziane trudności, gdy wsiadł do samochodu. Ergo snajper jest teraz świeżo upieczonym denatem.
Major odchrząknął. Porucznik Morelli ledwo powstrzymała się od śmiechu.
– Następne kroki? – odezwał się kapitan Dodge.
Griffin odwrócił się do kapitana. Zmuszał się do zachowywania spokoju, mimo że był podminowany jak PN, pieprzony nowicjusz.
– Przy założeniu, że mamy do czynienia z profesjonalistą – odparł – musimy zidentyfikować snajpera, uzyskać potwierdzenie, że to on zabił Eddiego Como, co będzie dosyć łatwe dzięki kasecie wideo, a następnie znaleźć osobę, która go wynajęła. Identyfikacja strzelca nie powi
– Ale to potrwa kilka dni – zauważył kapitan, zerkając znacząco w stronę parku, gdzie biwakował tłum dzie
– Jest i
– Nieźle – pochwalił go kapitan.
– Potem sprawdzimy, która z ofiar gwałtu lub kto z ich rodzin mógł dostać przepustkę na parking – dodał Griffin.
– Jeszcze lepiej – przyznał major. Griffin zmarszczył brwi.
– Oho – mruknęła porucznik Morelli – znam tę minę.
– No, nie wiem…
– W porządku, Griffin, wal.
– Cholernie dużo w tej sprawie przypuszczeń – rzekł po chwili namysłu. – Po pierwsze zakładamy, że mamy do czynienia z płatnym zabójcą wynajętym do zamordowania domniemanego Gwałciciela z Miasteczka Uniwersyteckiego, Eddiego Como. Po drugie, zakładamy, że oczywistym motywem wynajęcia snajpera jest zemsta, co oznacza, że głównymi podejrzanymi są ofiary gwałtu i ich rodziny. Jedyny dobry gwałciciel to martwy gwałciciel itp., itd. Ale ile znamy aktów zemsty, w których robotę odwala zawodowy zabójca? Normalnie zrozpaczony ojciec, wściekły mąż albo pałająca żądzą zemsty ofiara po prostu pojawia się w sądzie, wyciąga rodzi
– Minęło sporo czasu – zauważyła pani porucznik. – Może osoba, która wynajęła snajpera, zdążyła ochłonąć.
– I to jest mój następny problem – odparł natychmiast Griffin. – Od ataków minęło ile? Rok? Wygląda na to, że ofiary całkiem nieźle sobie poradziły. Zorganizowały klub, nawiązały kontakt z mediami, stały się aktywistkami. Aresztowanie Eddiego Como było dla nich wszystkich osobistym sukcesem. Teraz były już na ostatniej prostej: miał się zacząć proces. Za dwa tygodnie byłoby po wszystkim i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Como zostałby skazany na dożywocie. Kobiety z Klubu Ocalonych, czy jak tam go nazywają, doczekałyby się sprawiedliwości. Oczywiście sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby można było mieć wątpliwości co do wyniku procesu, ale z tego, co słyszałem, Como był bez szans w obliczu faktu, że na miejscu zbrodni znaleziono jego DNA.
– Na OJ. Simpsona też mieli DNA – zauważył chłodno kapitan.
– Ale Como nie dysponował wymarzoną drużyną obrońców. Mówimy o sprawie, w której brałby udział obrońca z urzędu. I
– Lepiej późno niż wcale.
– No, niby tak. – Griffin wciąż marszczył brwi. – Ale snajper na dachu oznacza chłodną kalkulację. Coś mi tu nie gra.
– Jak dużo wiecie o sprawie Eddiego Como, sierżancie? – zapytał major.
– Niewiele – odparł szczerze Griffin. Spojrzał majorowi prosto w oczy. – Zrezygnowałem na jakiś czas z oglądania telewizji.
– A teraz?
– Teraz mogę ją oglądać. Wątpię, czy będę miał na to czas w najbliższej przyszłości, ale mogę.
– Dobrze – powiedział major, a potem chrząknął. – Policja miejska chce wziąć udział w śledztwie.
– Coś podobnego.
– To oni złapali Como. Znali go, znają sprawę gwałtów i ofiary.
– Skoro tak dobrze się orientują, to dlaczego Como właśnie przeniósł się na tamten świat?
Porucznik Morelli znowu musiała przygryźć wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Odwróciła wzrok od Griffina i wbiła spojrzenie we własne buty.
– Będziemy potrzebowali ich pomocy – mówił major – żeby uzyskać informacje na temat wybuchu. Do tego policja miejska nalega, żeby detektyw prowadzący śledztwo w sprawie gwałtów dołączył do naszej grupy, która zajmie się sprawą snajpera.
– A kto prowadził śledztwo w sprawie gwałtów? – Griffin zmrużył podejrzliwie oczy.
– Detektyw Joseph Fitzpatrick z wydziału przestępstw seksualnych.
– O, kurczę. – Griffin znał detektywa „Fitza” Fitzpatricka tylko ze słyszenia, ale z tego, co wiedział, Fitz pochodził z rodziny, która od trzech pokoleń była związana z miejską policją Providence, i nie pałał zbytnią miłością do Biura Detektywistycznego policji stanowej Rhode Island. Uważał, że stanowi powi