Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 51

– Mam wezwać pomoc? – spytałam go.

Zsunął ostrożnie marynarkę i obejrzał ramię.

– Nic groźnego, daj mi tylko ręcznik – powiedział i wyciągnął zza paska kajdanki. – Skuj je ze sobą.

– Nie dotykaj mnie – ostrzegła Sophia. – Bo cię zabiję. Wydrapię ci oczy.

Zapięłam bransoletkę na dłoni Christiny i pociągnęłam ją w stronę siostry.

– Wyciągnij rękę – nakazałam.

– Nigdy – powiedziała i napluła na mnie.

Komandos przysunął się bliżej.

– Wyciągnij rękę albo zastrzelę twoją siostrę.

– Słyszysz mnie, Louie? – zawołała Sophia, spoglądając w górę, przypuszczalnie poza sufit. – Widzisz, co się dzieje? Widzisz tę hańbę? Jezu Chryste, Jezu Chryste.

– Gdzie oni są? – spytał Komandos. – Gdzie ci dwaj mężczyźni?

– Należą do mnie – powiedziała twardo Sophia. – Nie oddam ich. Dopóki nie dostanę tego, czego chcę. Ten kretyn DeChooch najął tego swojego pasera, żeby przywiózł serce z powrotem do Richmond. Był zbyt leniwy, za bardzo się wstydził, żeby zrobić to osobiście. I wiecie, co ten mały gnojek mi przywiózł? Pusty pojemnik. Myślał, że ujdzie mu to na sucho. Jemu i jego kumplowi.

– Gdzie oni są? – powtórzył pytanie Komandos.

– Są tam, gdzie ich miejsce. W piekle. I zostaną tam, dopóki mi nie powiedzą, co zrobili z sercem. Chcę wiedzieć, kto je ma.

– Ronald DeChooch – wyjaśniłam. – Jedzie tutaj.

Sophia zmrużyła oczy.

– Ronald DeChooch – powiedziała z pogardą i splunęła na podłogę. – Oto co myślę o Ronaldzie DeChoochu. Uwierzę, że ma serce Louiego, kiedy je zobaczę.

Najwidoczniej nie znała całej historii z moim udziałem.

– Puśćcie moją siostrę – błagała Christina. – Widzicie przecież, że nie czuje się dobrze.

– Masz przy sobie kajdanki? – spytał Komandos. Pogrzebałam w torbie i wyciągnęłam bransoletki.

– Przykuj obie do lodówki – nakazał. – I poszukaj zestawu pierwszej pomocy.

Mieliśmy już osobiste doświadczenia z ranami postrzałowymi, wiedzieliśmy więc, co należy robić. Na górze w łazience znalazłam wszystko, czego było mi trzeba, a potem zrobiłam Komandosowi opatrunek jałowy i nałożyłam plaster.

Komandos próbował się dostać do zamkniętego pomieszczenia naprzeciwko kuchni.

– Gdzie jest klucz? – spytał.

– Zgnij w piekle – powiedziała tylko Sophia, mrużąc swe gadzie oczy.

Komandos kopnął drzwi, które otworzyły się z łoskotem. Zobaczyliśmy niewielki podest i schody prowadzące do piwnicy. Panowała w niej nieprzenikniona ciemność. Komandos zapalił światło i zszedł na dół z wyciągniętą bronią. Była to niewykończona piwnica, pełna klasycznego asortymentu pudeł, narzędzi i przedmiotów zbyt dobrych, by je wyrzucić na śmietnik, ale jednocześnie niezbyt przydatnych. Stały tam też meble ogrodowe, przykryte starymi prześcieradłami. W jednym kącie znajdował się piec c.o. i podgrzewacz wody. W drugim pralnia. Trzeci natomiast zabudowany był aż do sufitu blokami betonowymi, które tworzyły małe pomieszczenie, jakieś dwa metry na dwa. Stalowe drzwi były zamknięte na kłódkę.

Popatrzyłam na Komandosa.

– Schron? Warzywniak? Spiżarka?

– Piekło – odparł Komandos, nakazując gestem, bym się odsunęła, i dwoma strzałami rozwalił kłódkę.

Otworzyliśmy drzwi, ale odór strachu i ekskrementów kazał nam się od razu cofnąć. Małe pomieszczenie było nieoświetlone, dostrzegliśmy jednak blask oczu w przeciwległym kącie. Księżyc i Dougie siedzieli razem, skuleni. Byli nadzy i brudni, włosy mieli zakurzone, ręce pokrywały otwarte rany. Przykuto ich do metalowego stołu, przytwierdzonego na stałe do ściany. Na podłodze walały się puste butelki po wodzie i opakowania po chlebie,

– Super – powiedział Księżyc.

Poczułam, jak uginają się pode mną nogi, i osunęłam się na jedno kolano. Komandos ujął mnie pod pachy i podniósł.

– Nie teraz – powiedział. – Ściągnij prześcieradła z tych mebli.

Usłyszałam dwa kolejne strzały. To Komandos uwalniał więźniów z łańcuchów.

Księżyc był w znacznie lepszej formie od Dougiego, który przebywał w tym pomieszczeniu dłużej. Stracił na wadze, a jego ramiona nosiły ślady oparzeń.

– Myślałem, że tu umrę – wyznał.

Wymieniliśmy z Komandosem spojrzenia. Gdybyśmy nie interweniowali, tym by się to pewnie skończyło. Sophia, po uprowadzeniu i torturach, nigdy by ich nie wypuściła.

Okryliśmy obu prześcieradłami i zaprowadziliśmy na górę. Kiedy weszłam do kuchni, by wezwać policję, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Z lodówki zwisała para kajdanek. Drzwi były wymazane krwią. Kobiety zniknęły.

Za moimi plecami stanął Komandos.

– Pewnie odgryzła sobie rękę – zauważył.

Wykręciłam 911 i po dziesięciu minutach pod dom zajechał radiowóz. Za nim pojawił się drugi, a także karetka.

Nie udało nam się wyjechać z Richmond aż do wieczora. Księżyc i Dougie zostali wpierw nawodnieni i dostali antybiotyki. Komandosowi zaszyto ranę i założono opatrunek. Spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach z policją. Trudno było wyjaśnić niektóre aspekty całej historii. Nie wspomnieliśmy o transporcie świńskiego serca z Trenton. Nie zawracaliśmy też nikomu głowy porwaniem babki.

Komandos dał mi kluczyki od mercedesa, kiedy opuściliśmy szpital.

– Uważaj na drodze – doradził. – Lepiej, żeby policja nie interesowała się zbytnio tym samochodem.

Dougie i Księżyc, w czystych dresach i tenisówkach, usadowili się na tylnym siedzeniu, szczęśliwi z powodu uwolnienia. Droga powrotna upłynęła w spokoju. Obaj momentalnie zasnęli. Komandos pogrążył się w swoim świecie. Gdybym była bardziej wypoczęta, wykorzystałabym dogodną chwilę, by przemyśleć swoje życie. Musiałam jednak skoncentrować się na drodze.

Kiedy otwierałam drzwi do mieszkania, byłam niemal pewna, że zastanę w środku Ziggy'ego i Be

Obudziłam się trzy godziny później i poczłapałam do kuchni. Wrzuciłam do klatki Reksa kawałek krakersa i winogrono i przeprosiłam go. Byłam nie tylko ździrą, która pała żądzą do dwóch mężczyzn jednocześnie, ale i wyrodną matką chomika.

Moja sekretarka mrugała wściekle. Większość wiadomości pochodziła od matki. Dwie były od Morellego. Jedna od obsługi sklepu Tiny – suknia gotowa. Wiadomość od Komandosa, że Czołg pozostawił harleya na moim parkingu plus przypomnienie, bym uważała. Sophia i Christina wciąż się ukrywały.

Ostatnia wiadomość była od Vi

Cholera. Eddie DeChooch. Tak naprawdę, to o nim zapomniałam. Siedział w jakimś domu. A ten dom miał garaż, z którego wchodziło się do piwnicy. Z opisu babki wynikało, że był bardzo duży. Nie znalazłabym podobnego w Burg. Ani w okolicy Ronalda. Co mi pozostawało? Nic. Nie miałam pojęcia, jak odszukać Eddiego DeChoocha. Prawdę powiedziawszy, nie miałam na to nawet ochoty.

Była czwarta rano, a ja ledwo trzymałam się na nogach. Wyłączyłam sygnał przy telefonie, powlokłam się do sypialni, wpełzłam pod kołdrę i nie obudziłam się do drugiej po południu.

Zdążyłam już włożyć kasetę do magnetowidu i usadowić się z miską popcornu na kolanach, kiedy zabrzęczał mój pager.

– Gdzie się podziewasz? – spytał Vi

– Wyłączyłam sygnał w telefonie. Chcę mieć wolny dzień.

– Twój wolny dzień właśnie się skończył. Podsłuchałem przed chwilą rozmowę na policyjnej linii. Pociąg towarowy z Philly staranował białego cadillaca na przejeździe przy Deeter Street. Kilka minut temu. Wygląda na to, że z wozu nic nie zostało. Masz tam natychmiast pojechać. Przy odrobinie szczęścia uda ci się zidentyfikować resztki, jakie pozostały z tego, co było kiedyś DeChoochem.

Spojrzałam na zegar w kuchni. Prawie siódma. Zaledwie przed dwudziestoma czterema godzinami byłam w Richmond, szykując się do drogi powrotnej. To przypominało zły sen. Niewiarygodne.

Chwyciłam torebkę i kluczyki od motoru, a resztę kanapki wepchnęłam do ust. Co prawda DeChooch nie należał do moich ulubieńców, ale nie marzyłam o tym, by przejechał go pociąg. Z drugiej strony, bardzo by mi to ułatwiło życie. Przewróciłam oczami, idąc przez hol. Powi

Dotarłam na Deeter Street po dwudziestu minutach. Okolica była zablokowana przez wozy policyjne i samochody ratownictwa technicznego. Zaparkowałam trzy przecznice dalej i resztę drogi pokonałam na piechotę. Kiedy się zbliżyłam, miejsce katastrofy odgradzano właśnie taśmą policyjną. Chodziło raczej o powstrzymanie gapiów niż zabezpieczenie samego terenu. Szukałam w tłumie znajomych twarzy, by przedostać się za taśmę. Dostrzegłam Joego Juniaka i Carla Costanzę w otoczeniu kilku mundurowych. Otrzymali wezwanie i stali teraz blisko wraku, potrząsając głowami.

Przepchnęłam się do nich, starając się nie patrzeć zbyt uważnie na szczątki wozu ani na porozrzucane członki.

– Hej! – zawołał Car! na mój widok. – Spodziewałem się, że przyjedziesz. To biały cadillac. W każdym razie to był biały cadillac.

– Zidentyfikowany?

– Nie. Tablic nie widać.

– Jest ktoś w środku?

– Trudno powiedzieć. Wóz ma teraz wysokość mniej więcej pięćdziesięciu centymetrów. Przewróciło go i sprasowało. Strażacy przygotowują wykrywacz ciał na podczerwień.

Wzdrygnęłam się odruchowo.

– Jezu.

– Tak, wiem. Przyjechałem na miejsce drugi. Rzuciłem okiem na cadillaca i ścisnęło mi jaja.

Z miejsca, w którym stałam, niewiele mogłam zobaczyć. Teraz, kiedy orientowałam się w rozmiarach zniszczenia, nie przeszkadzało mi to specjalnie. Wóz został uderzony przez pociąg towarowy, który na pierwszy rzut oka nie poniósł żadnego szwanku. O ile mogłam się zorientować, nawet się nie wykoleił.

– Wezwał ktoś Mary Maggie Mason? – spytałam. – Jeśli wóz prowadził Eddie DeChooch, to ona jest właścicielką cadillaca.