Страница 3 из 51
ROZDZIAŁ 1
Wiedziałam, że szykuje się coś złego, kiedy Vi
Popatrzyłam na niego, starając się nie krzywić twarzy.
– O co chodzi?
– Mam dla ciebie robotę – odparł Vi
Wzniosłam oczy tak wysoko, że mogłam niemal zobaczyć czubek własnej głowy.
– Nie biorę się do Eddiego. Jest stary, zabija ludzi i chodzi z moją babką.
– Teraz rzadko zabija – uspokoił mnie Vi
Vi
– Zleciłbym to Komandosowi, ale nie ma go w kraju – wyjaśnił Vi
Komandos to ktoś w rodzaju najemnika, pracujący czasem jako łowca nagród. Jest bardzo dobry… we wszystkim. I groźny jak diabli.
– Co Komandos robi poza krajem? I co przez to rozumiesz, że nie ma go w kraju? Gdzie jest? Azja? Ameryka Południowa? Miami?
– Wykonuje dla mnie robotę w Portoryko – odparł Vi
Biuro Vi
Co
Co
Co
Na jej twarzy pojawił się grymas, kiedy dostrzegła w mojej dłoni teczkę z dokumentami.
– Nie wybierasz się chyba do Eddiego DeChoocha, co?
– Mam nadzieję, że nie żyje.
Lula leżała rozwalona na kanapie ze sztucznej skóry, która służyła za więzie
Zawsze kiedy stoję obok Luli, czuję się jak osoba chora na anemię. Jestem Amerykanką włosko-węgierskiego pochodzenia w trzecim pokoleniu. Po matce odziedziczyłam bladą karnację, niebieskie oczy i dobrą przemianę materii, dzięki której mogę zjeść cały tort urodzinowy i mimo to – prawie zawsze – jestem w stanie zapiąć guzik przy moich lewisach. Przodkom ojca zawdzięczam niesforną grzywę kasztanowych włosów i nadmierną skło
– Chętnie bym ci pomogła zawlec jego tyłek do więzienia – oświadczyła Lula. – Przydałaby ci się taka duża kobieta jak ja. Ale nie znoszę, kiedy oni są martwi. Trupy napędzają mi pietra.
– Właściwie to nie wiem, czy on nie żyje – zastrzegłam się.
– Mnie to wystarczy – orzekła Lula. – Możesz mnie włączyć do akcji. Jeśli żyje, to skopię mu tyłek, a jeśli jest martwy… nie wchodzę w to.
Lula jest mocna w gębie, ale prawda wygląda tak, że kopanie po tyłku kiepsko nam wychodzi. Lula była dziwką w poprzednim życiu, a teraz odwala dla Vi
– Może włożymy kamizelki kuloodporne – zaproponowałam.
Lula wyjęła z dolnej szuflady biurka torebkę.
– Wkładaj, jak chcesz, ale ja nie noszę żadnych kamizelek. Nie ma tu dostatecznie dużej, poza tym zepsułaby mój image.
Byłam w dżinsach i T-shircie i nie miałam co sobie popsuć, poszłam wiec po kamizelkę do pokoiku na zapleczu.
– Czekaj – zatrzymała mnie Lula, kiedy stanęłyśmy na chodniku. – Co to jest?
– Kupiłam sobie nowy wóz.
– Niech mnie, dziewczyno, dobra robota. Ekstrawózek.
Była to czarna honda CR-V, a spłaty kredytu mnie dobijały. Musiałam wybierać między jedzeniem i super-wyglądem. Zwyciężył superwygląd. Cholera, wszystko ma swoją cenę, no nie?
– Dokąd jedziemy? – spytała Lula, sadowiąc się obok. – Gdzie mieszka ten laluś?
– W Burg. Trzy przecznice za domem moich rodziców.
– Naprawdę chodzi z twoją babką?
– Wpadła na niego w domu pogrzebowym Stivy dwa tygodnie temu, a potem poszli razem na pizzę.
– Myślisz, że zabawili się brzydko?
O mało nie wjechałam na chodnik.
– Nie! Fuj!
– Tak tylko pytałam – tłumaczyła się Lula.
DeChooch mieszka w małym bliźniaku z cegły. Ponad-siedemdziesięcioletnia Angela Marguchi i jej ponad dziewięćdziesięcioletnia matka zajmują jedną część domu, a DeChooch drugą. Zaparkowałam pod połówką DeChoocha i razem z Lulą podeszłyśmy do drzwi. Ja miałam na sobie kamizelkę kuloodporną, a ona obcisły top z nadrukiem zwierzaka i żółte obcisłe spodnie. Lula to duża kobieta, która lubi testować wytrzymałość lycry.
– Idź pierwsza i sprawdź, czy żyje – zaproponowała. – Jeśli się okaże, że nie jest martwy, daj mi znać, a ja skopię mu tyłek.
– No tak, pewnie.
– Oho – wysunęła dolną wargę – myślisz, że nie dałabym rady skopać mu tyłka?
– Może staniesz z boku? – podsunęłam. – Tak na wszelki wypadek.
– Dobry pomysł – pochwaliła i odsunęła się. – Nie boję się ani nic takiego, ale nie chcę zachlapać sobie krwią bluzki.
Nacisnęłam dzwonek i czekałam, aż ktoś się pojawi. Potem zadzwoniłam jeszcze raz.
– Panie DeChooch! – wrzasnęłam.
Angela Marguchi wyjrzała ze swojego mieszkania. Była o jakieś piętnaście centymetrów niższa ode mnie, miała siwe włosy i ptasią twarz, papierosa między cienkimi wargami, oczy przymrużone od dymu i wieku.
– Co to za hałasy?
– Szukam Eddiego.
Przyjrzała mi się dokładniej i kiedy mnie poznała, jej oblicze pojaśniało.
– Stephanie Plum. Boże, całe wieki. Słyszałam, żeś zaszła w ciążę z tym gliniarzem, Joem Morellim.
– Wredna plotka.
– Co z DeChoochem? – spytała Lula. – Jest u siebie?
– Siedzi w domu – odparła Angela. – Nigdzie już nie wychodzi. Depresja. Nie gada ani nie robi nic i
– Nie otwiera.
– Na telefony też nie reaguje. Możecie wejść. Nie zamyka się. Powiada, że czeka na kogoś, kto go zastrzeli i uwolni od nieszczęścia.
– No, to nie my – zastrzegła się Lula. – Choć oczywiście, jeśli jest gotów za to zapłacić, to mogłabym poszukać kogoś…
Otworzyłam ostrożnie drzwi od mieszkania Eddiego i weszłam do przedpokoju.
– Panie DeChooch…
– Odejdź.
Głos dobiegł z salonu po prawej stronie. Rolety były spuszczone i w pokoju panowała ciemność. Wytężyłam wzrok.
– Jestem Stephanie Plum, panie DeChooch. Nie stawił się pan w sądzie i Vi
– Nie idę do sądu – oświadczył DeChooch. – Nigdzie nie idę.
Weszłam głębiej do pokoju i zobaczyłam go siedzącego w fotelu. Był chudym małym gościem o jasnych potarganych włosach. Miał na sobie podkoszulek, szorty, czarne skarpetki i czarne buty.
– Po co pan siedzi w butach? – spytała Lula.
DeChooch spuścił wzrok.
– Marznę w stopy.
– Może się pan ubierze? Zabierzemy pana do sądu – zaproponowałam.
– Ma pani kłopoty ze słuchem? Powiedziałem, że nigdzie nie idę. Spójrzcie na mnie. Cierpię na depresję.