Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 51

Valerie zawsze była elokwentnym członkiem rodziny. Nieodmie

Wydawało mi się to trochę dziwne, bo kiedy moje małżeństwo się rozpadało, słychać było w promieniu pięciu kilometrów, jak wrzeszczę. A kiedy poszliśmy z Dickiem do sądu, to mi potem opowiadano, że w pewnym momencie moja głowa zaczęła obracać się na karku jak u tej dziewczynki z Egzorcysty . Dickie i ja nie mieliśmy specjalnie udanego małżeństwa, ale odbiliśmy to sobie na rozwodzie.

Uległam czarowi chwili i posłałam Morellemu wymowne spojrzenie – mężczyźni to dranie. Oczy mu pociemniały, a w kąciku ust błąkał się prawie niedostrzegalny uśmiech. Musnął mnie końcem palca po karku, a ja poczułam, jak fala gorąca spływa mi z żołądka wprost do… hm, jak by to określić?

– Jezu – jęknęłam.

Joe uśmiechnął się szerzej.

– Przynajmniej finansowo wyjdziesz na swoje – zwróciłam się do siostry. – Zgodnie z prawem kalifornijskim dostaje się chyba połowę wszystkiego, prawda?

– Połowa niczego to nic – odparła Valerie. – Hipoteka domu przekracza jego wartość. A konto jest puste, bo Steve przelewał nasze pieniądze na Kajmany. To taki dobry biznesmen. Wszyscy tak mówią. To właśnie mnie w nim pociągało.

Westchnęła głęboko i pokroiła mięso na talerzu Angie. Potem pokroiła mięso Mary Alice.

– A dzieci? – spytałam. – Co z alimentami?

– Wydaje mi się, że powinien pomagać dziewczynkom, przynajmniej teoretycznie, ale Steve zniknął. Jest chyba na Kajmanach z naszymi pieniędzmi.

– To okropne!

– Prawdę mówiąc, uciekł z naszą opiekunką do dzieci.

Wszyscy sapnęliśmy z wrażenia.

– W zeszłym miesiącu skończyła osiemnaście lat – wyjaśniła Valerie. – Dałam jej na urodziny przytulankę.

Mary Alice zarżała.

– Chcę siana. Konie nie jedzą mięsa. Konie muszą jeść siano.

– Jakie to urocze – zachwyciła się babka. – Mary Alice wciąż uważa, że jest koniem.

– Jestem koniem mężczyzną – sprecyzowała Mary Alice.

– Nie bądź koniem mężczyzną, kochanie – wtrąciła Valerie. – Mężczyźni to hołota.

– Niektórzy są w porządku – zauważyła babka.

– Wszyscy mężczyźni to hołota – upierała się Valerie. – Z wyjątkiem dziadka, oczywiście.

Joego z hołoty nie wykluczono.

– Konie mężczyźni potrafią galopować szybciej niż konie kobiety – oświadczyła Mary Alice i cisnęła w siostrę łyżkę tłuczonych ziemniaków. Pocisk przeleciał obok Angie i wylądował na podłodze. Bob wyczołgał się spod stołu i zżarł ziemniaki.

Valerie zmarszczyła brwi.

– To niegrzeczne rzucać ziemniakami.

– Owszem – potwierdziła babka. – Małe damy nie rzucają ziemniakami w swoje siostry.

– Nie jestem małą damą. De razy mam ci powtarzać? Jestem koniem! – oznajmiła ze złością Mary Alice i cisnęła w babkę garścią puree.

Babka zmrużyła oczy i zaatakowała zieloną fasolką, która odbiła się od głowy Mary Alice.

– Babcia uderzyła mnie fasolką! – wrzasnęła Mary Alice. – Uderzyła mnie fasolką! Powiedzcie jej, żeby nie rzucała we mnie fasolką!

I tyle na temat idealnych panienek.

Bob natychmiast pożarł fasolkę.

– Przestańcie karmić psa – nakazał ojciec.

– Nie gniewacie się chyba, że tak niespodziewanie przyjechałam – powiedziała Valerie. – Wyprowadzę się zaraz, gdy znajdę sobie jakąś pracę.

– Mamy tylko jedną łazienkę – uprzedził ojciec. – Rano idę od razu do łazienki. Siódma to moja pora.

– Wspaniale, że zostaniesz u nas z dziewczynkami – wyznała matka. – Możesz pomóc przy ślubie Stephanie. Ustalili właśnie z Joem datę.

Valerie zakrztusiła się.

– Gratulacje.

– Ceremonia ślubna szczepu Tuzi trwa siedem dni i kończy się rytualnym przebiciem błony dziewiczej – odezwała się Angie. – Potem pa

– Widziałam w telewizji program o kosmitach – wtrąciła babka. – Okazało się, że nie mają błon dziewiczych. Nie mają w ogóle niczego poniżej pasa.

– Czy konie mają błony dziewicze? – chciała wiedzieć Mary Alice.

– Nie konie mężczyźni – wyjaśniła babka.

– To naprawdę miłe, że zamierzacie się pobrać – powiedziała Valerie. A potem wybuchnęła płaczem. Nie było to łkanie. Valerie ryczała na całego, zachłystując się powietrzem i wyrzucając z siebie rozpacz.

Dwie małe damy też zaczęły płakać, rozdziawiając się przy tym szeroko, jak potrafią tylko dzieci. Po chwili płakała też moja matka, smarkając w chusteczkę. A Bob zaczął wyć. Auuuu! Auuuu!

– Nigdy więcej nie wyjdę za mąż – oświadczyła wstrząsana płaczem Valerie. – Małżeństwo to robota diabła. Mężczyźni to antychryści. Zostanę lesbijką.

– Jak to się robi? – spytała babka. – Zawsze chciałam wiedzieć. Trzeba zakładać sobie sztuczny penis? Widziałam raz program w telewizji, gdzie kobiety nosiły coś takiego, to było zrobione z czarnej skóry i miało kształt wielkiego…

– Zabijcie mnie – powiedziała matka. – Po prostu mnie zabijcie. Chcę umrzeć.

Moja siostra i Bob zaczęli ryczeć i wyć od nowa. Mary Alice rżała z całych sił. Angie zakryła sobie uszy, żeby nie słyszeć, i zaczęła śpiewać: la, la, la, la.

Ojciec opróżnił do czysta swój talerz i rozejrzał się. Gdzie moja kawa? Gdzie moje ciasto?

– Jesteś mi wi

– Zaczyna mnie łapać migrena – oświadczyła babka. – Nie mogę znieść tego rejwachu. Niech ktoś coś zrobi. Włączcie telewizor. Podajcie whisky. Zróbcie coś!

Wstałam z krzesła, poszłam do kuchni i przyniosłam ciasto. Z chwilą gdy znalazło się na stole, ustał wszelki płacz. Jeśli do czegokolwiek przywiązujemy w tej rodzinie wagę… to jest to deser.

Wracaliśmy do domu w milczeniu – ja, Morelli i Bob. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Morelli zajechał na parking, zgasił silnik i odwrócił się do mnie.

– Sierpień? – spytał. Jego głos przybrał wyższą niż zwykle nutę, jakby wyrażając niedowierzanie. – Chcesz, żebyśmy się pobrali w sierpniu?

– Wyrwało mi się! To przez matkę i jej umieranie.

– Przy twojej rodzinie moja wygląda jak stado naiwnych owieczek.

– Żartujesz? Twoja babka jest obłąkana. Przenika ludzi wzrokiem.

– To włoska sztuczka.

– To obłęd.

Jakiś samochód skręcił na parking, zatrzymał się gwałtownie, drzwi się otworzyły i na chodnik wypadł Księżyc. Wysiedliśmy w tym samym momencie. Kiedy do niego podeszliśmy, dźwignął się do pozycji siedzącej. Trzymał się za głowę, spomiędzy palców kapała mu krew.

– Hej, facetka! – zawołał. – Chyba mnie postrzelili. Oglądałem telewizję i usłyszałem jakiś hałas, więc się odwróciłem i zobaczyłem tę niesamowitą twarz za oknem. To była okropna stara kobieta, miała okropne oczy. Było ciemno, ale widziałem ją przez szybę. Zaraz potem wyciągnęła spluwę i strzeliła do mnie. Rozwaliła okno Dougiego i wszystko. Prawo powi

Księżyc mieszkał dwie przecznice od szpitala, ale minął go i przyjechał do mnie. Dlaczego ja? – zadawałam sobie pytanie. A potem zorientowałam się, że gadam jak moja matka, więc trzepnęłam się w myślach po głowie.

Wpakowaliśmy Księżyca z powrotem do jego wozu. Joe zawiózł go do szpitala, ja jechałam za nimi półciężarówką Joego. Dwie godziny później medyczne i policyjne formalności były załatwione, a Księżyc miał na czole wielki bandaż. Kula drasnęła go nad okiem i odbiła się rykoszetem od ściany w pokoju.

Staliśmy w mieszkaniu Dougiego i badaliśmy dziurę w szybie.

– Powinienem był włożyć superkostium – oświadczył Księżyc. – To by ich zaskoczyło, facetka.

Popatrzyliśmy na siebie z Joem. Zaskoczyło. Tak, pewnie.

– Myślisz, że będzie tu bezpieczny? – spytałam.

– Trudno powiedzieć, co jest dla niego bezpieczne – odparł Joe.

– Amen – spuentował Księżyc. – Bezpieczeństwo unosi się na skrzydłach motyla.

– Nie wiem, do cholery, co to znaczy – przyznał Joe.

– To znaczy, że bezpieczeństwo jest ulotne, facet – wyjaśnił Księżyc.

Joe odciągnął mnie na bok.

– Może powi

– Słyszałem to, facet. Kiepski pomysł. Ci ludzie na odwyku są walnięci. Istny dołek. Wszystko ćpuny.

– Jezu, nie chcielibyśmy zamykać cię z bandą ćpunów – przyznał Joe.

Księżyc przytaknął.

– Absolutnie, człowieku.

– Mógłby chyba zostać u mnie kilka dni – powiedziałam i w tej samej chwili tego pożałowałam. Nie miałam pojęcia, co się ze mną tego dnia dzieje. Jakby usta nie miały połączenia z mózgiem.

– Rany, zrobisz to dla Księżyca? To jest coś – przyznał Księżyc i objął mnie serdecznie. – Nie będziesz żałować. Ekstrasublokator ze mnie.

Joe nie wyglądał na równie szczęśliwego jak Księżyc. Miał plany na ten wieczór. Ta uwaga przy stole, że jestem mu wi

– Dobra – zgodził się Joe. – Zamykamy dom i zjeżdżamy. Ty bierzesz Księżyca, ja Boba.

Stanęliśmy na korytarzu przed moimi drzwiami. Księżyc trzymał niewielką torbę, podejrzewałam, że ma tam ubranie na zmianę i zapas różnorodnych narkotyków.

– W porządku, wyjaśnijmy sobie jedną rzecz – uprzedziłam. – Jesteś u mnie mile widziany, ale nie ma mowy o narkotykach.

– Super – powiedział.

– Masz jakieś prochy w torbie?

– Hej, a niby jak wyglądam?

– Jak facet od marihuany.

– No tak, ale to dlatego, że mnie znasz.

– Wysyp wszystko z torby na podłogę.

Księżyc opróżnił torbę. Schowałam do niej z powrotem jego ubranie, a resztę skonfiskowałam. Fifki, bibułkę i cały asortyment zakazanych środków. Potem weszliśmy do mieszkania. Zawartość plastikowych torebek wylądowała w klozecie, sprzęt w koszu na śmieci.