Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 51

Spenetrowałam małą bieliźniarkę na dole, jadalnię i salon. Zajrzałam do szafy na płaszcze i przeszukałam kieszenie, podczas gdy Lula obserwowała ulicę przez szczelinę między zasłonami.

Wspięłam się na schody i spenetrowałam sypialnie, wciąż mając nadzieję znaleźć okruszek chleba. Łóżka były stara

Okno nad wa

Żadnych notatek na bloczku przy telefonie. Ani reklamówek z restauracji, rozrzuconych na blacie szafki. Ani skarpet na podłodze. Ani bielizny w koszu. Zresztą co ja wiem? Może cierpiący na depresję starzy ludzie stają się obsesyjnie schludni. A może DeChooch spędził całą noc na zeskrobywaniu krwi z podłogi, a potem zrobił pranie. Rezultat – ani jednego okruszka.

Wróciłam do salonu i z trudem powstrzymałam się od grymasu zniechęcenia. Pozostało jeszcze jedno miejsce do sprawdzenia. Piwnica. Fuj. Piwnice w takich domach jak ten są zawsze ciemne i nieprzyjemne – hałaśliwe piece c.o. i pokryte pajęczynami belki stropowe.

– Chyba powi

– Okay – zgodziła się. – Teren nadal czysty.

Otworzyłam drzwi od piwnicy i zapaliłam latarkę. Porysowane schody z drewna, szara cementowa podłoga, oblepione pajęczynami belki stropowe i niesamowite, typowe dla piwnicy odgłosy. Tak jak się spodziewałam.

– Coś nie tak? – spytała Lula.

– Jest nieprzyjemnie.

– Uhm.

– Nie chcę tam schodzić.

– To tylko piwnica – zauważyła Lula.

– A może ty tam zejdziesz?

– Nic z tego. Nienawidzę piwnic. Są nieprzyjemne.

– Masz broń?

– A jak myślisz?

Wzięłam spluwę Luli i ruszyłam ostrożnie schodami w dół. Nie wiem, co zamierzałam zrobić za pomocą tej broni. Może zastrzelić pająka.

W piwnicy stały pralka i suszarka. Była tam też tablica z narzędziami… śrubokręty, klucze, młotki. Warsztat z przytwierdzonym na stałe imadłem. Narzędzia nie nosiły śladów użycia. W kącie dostrzegłam stos kartonowych pudeł. Były zamknięte, ale niezapieczętowane. Taśma, którą zostały sklejone, leżała na podłodze. Zajrzałam do kilku. Ozdoby choinkowe, trochę książek, talerze i półmiski. Ani śladu okruchów chleba.

Wróciłam na górę i zamknęłam drzwi. Lula wciąż wyglądała przez okno.

– Oho! – zawołała.

– Co “oho"? – spytałam. Nienawidzę tego okrzyku.

– Właśnie zajechał radiowóz.

– W mordę!

Chwyciłam smycz Boba i Lulę, po czym ruszyłam biegiem do tylnych drzwi. Wyskoczyliśmy z domu i przekradliśmy się na małą werandę, która służyła jako tylny ganek Angeli. Lula otworzyła z impetem drzwi i wszyscy wskoczyliśmy do środka.

Angela siedziała z matką przy małym kuche

– Na pomoc! Policja! – wrzasnęła matka Angeli, kiedy wpadliśmy do domu.

– To Stephanie! – krzyknęła do matki Angela. – Pamiętasz Stephanie?

– Kogo?

– Stephanie!

– Czego chce?

– Zmieniłyśmy zdanie co do ciasta – wyjaśniłam, odsuwając krzesło i siadając.

– Co? – wrzasnęła matka Angeli. – Co?

– Ciasto! – odkrzyknęła Angela matce. – Chcą trochę ciasta.

– Daj im, na litość boską, zanim nas zastrzelą.

Lula i ja spojrzałyśmy na broń w mojej dłoni.

– Może lepiej to schowasz – zauważyła Lula. – Po co starsza dama ma sobie zapaskudzić majtki?

Oddałam broń Luli i wzięłam kawałek ciasta.

– Proszę się nie bać! – wrzasnęłam. – To tylko straszak.

– Wygląda jak prawdziwy! – odwrzasnęła matka Angeli. – Zupełnie jak czternastostrzałowy glock, kaliber czterdzieści. Można wywalić nim porządną dziurę w ludzkiej głowie. Sama taki nosiłam, ale przerzuciłam się na strzelbę, kiedy wzrok mi się pogorszył.

Do tylnych drzwi zapukał Carl Costanza i wszystkie podskoczyłyśmy jak na zawołanie.

– Objeżdżaliśmy rejon i zobaczyliśmy twój wóz – wyjaśnił Costanza, częstując się kawałkiem ciasta, które trzymałam w dłoni. – Chcieliśmy się upewnić, że nie robisz nic nielegalnego… nie wkraczasz chociażby na miejsce przestępstwa.

– Kto, ja?

Costanza uśmiechnął się i wyszedł z moim ciastem w ręku.

Skupiłyśmy uwagę na stole, gdzie pozostał teraz pusty talerz.

– Na litość boską – zdumiała się Angela. – Przecież było na nim całe ciasto. Gdzie się, u licha, podziało?

Wymieniłyśmy z Lula szybkie spojrzenie. Bob miał kawałek lukru na pysku.

– Musimy już iść – powiedziałam, ciągnąc psa w stronę drzwi. – Dajcie mi znać, jak Eddie się odezwie.

– Niewiele udało nam się wskórać – zauważyła Lula już w samochodzie. – Nic się nie dowiedziałyśmy o Eddiem DeChoochu.

– Kupuje krojoną pierś indyczą u Giovichi

– I co z tego? Mamy zarzucić haczyk na indycze cycki?

– Nie. Rzecz w tym, że ten gość spędził całe życie w Burg i nigdzie indziej się nie wybiera. Jest gdzieś tutaj, krążąc białym cadillakiem. Chyba go znajdę.

Byłoby łatwiej, gdybym miała numer rejestracyjny. Kazałam swojej przyjaciółce Normie sprawdzić w wydziale komunikacji, ale było za dużo białych cadillaców do sprawdzenia.

Podrzuciłam Lulę do biura, a sama wyruszyłam na poszukiwanie Księżyca. Księżyc i Dougie spędzali większość czasu na oglądaniu telewizji i zjadaniu chipsów serowych, żyjąc ze sprzedaży zdobytych niby to legalnie produktów. Wkrótce, jak podejrzewałam, ich zapasy rozpłyną się w dymie marihuany i Księżyc wraz z Dougiem będą musieli zadowolić się nieco mniejszym luksusem.

Zaparkowałam przed domem Księżyca, po czym wraz z Bobem weszłam na schody i zapukałam do drzwi. Otworzył mi Huey Kosa i uśmiechnął się. Huey Kosa i Zero Bartha to współlokatorzy Księżyca. Mili goście, ale, podobnie jak Księżyc, nie z tej ziemi.

– Cześć, facetka – powitał mnie Huey.

– Szukam Księżyca.

– Jest u Dougiego. Zamierzał zrobić pranie, a Dougster ma pralkę. Dougster ma wszystko.

Podjechałam kawałek do domu Dougiego i zaparkowałam. Mogłam pokonać ten dystans na piechotę, ale to nie byłoby w stylu Jersey.

– Cześć, facetka – przywitał mnie Księżyc, kiedy zastukałam do drzwi Dougiego. – Miło was widzieć, ciebie i Boba. Mi casa su casa . No, właściwie to casa Dougiego, ale nie wiem, jak to powiedzieć.

Miał na sobie kolejny superkombinezon. Tym razem zielony i bez litery K wyszytej na piersi. Wyglądał jak marynata, a nie jak Księżyc.

– Ratujesz świat? – spytałam.

– Nie. Robię pranie.

– Miałeś wiadomości od Dougiego?

– Nic, facetka. Cisza.

Drzwi wejściowe otwierały się wprost na skromnie urządzony salon – kanapa, krzesło, pojedyncza lampa stojąca i wielki telewizor. Z ekranu wielkiego telewizora spoglądał Humphrey Bogart.

– Retrospektywa – wyjaśnił Księżyc. – Puszczają klasykę. Czyste złoto.

– Więc Dougie nigdy przedtem tak nie znikał? – spytałam, rozglądając się po pokoju.

– Jak długo go znam, to nie.

– Czy Dougie ma dziewczynę?

Na twarzy Księżyca pojawił się wyraz absolutnej tępoty. Jakby pytanie przekraczało jego możliwości.

– Dziewczyna – powiedział w końcu. – Rany, nigdy mi to nie przyszło na myśl. Dougie z dziewczyną. Nigdy go nie widziałem z dziewczyną.

– A chłopak?

– Też chyba nie. Myślę, że Dougster jest… uhm, samowystarczalny.

– Dobra, spróbujmy z i

– Nie powiedział.

– Wziął wóz?

– Tak. Batmobila.

– A jak dokładnie wygląda ten Batmobil?

– Jak czarna corvetta. Rozglądałem się po okolicy, ale nigdzie jej nie widziałem.

– Powinieneś chyba zgłosić to na policję.

– Nie ma mowy! Dougster będzie ugotowany z kaucją.

Coś było nie tak. Księżyc wyglądał na zdenerwowanego, a to zdarzało mu się bardzo rzadko. Księżyc stanowi zwykle wcielenie spokoju.

– Wyczuwam tu jakiś haczyk – powiedziałam. – Czego mi nie mówisz?

– Hej, niczego, facetka. Przysięgam.

Powiecie, że jestem stuknięta, ale lubię Dougiego. Może to i ćpun, i oszust, ale z tych dobrych. I teraz zniknął, a ja miałam złe przeczucia.

– A rodzina? Rozmawiałeś z kimś? – spytałam.

– Nie, facetka, wszyscy są gdzieś w Arkansas. Dougster rzadko o nich gadał.

– Czy Dougie ma książkę telefoniczną?

– Nigdy nie widziałem. Jak już, to u siebie w pokoju.

– Zostań tu z Bobem i dopilnuj, żeby niczego nie zżarł. Rozejrzę się po pokoju Dougiego.

Na górze znajdowały się trzy małe sypialnie. Byłam już w tym domu, wiedziałam więc, która jest Dougiego. Wiedziałam też, czego się spodziewać, jeśli chodzi o wystrój wnętrza. Dougie nie tracił czasu na drobiazgi. Podłoga w pokoju była zasłana ubraniami, łóżko niepościelone, komoda zaśmiecona skrawkami papieru, modelem statku kosmicznego Enterprise, magazynami pełnymi panienek, talerzami z zaschniętym jedzeniem i kubkami.

Przy łóżku stał aparat, ale nie znalazłam książki telefonicznej. Na podłodze leżała żółta kartka, wyrwana z bloczku, na niej nabazgrane nazwiska i numery, niektóre pokryte plamami po kawie. Dokonałam pośpiesznego przeglądu treści i znalazłam kilku Kruperów, wszyscy z Arkansas, żaden z Jersey. Przerzuciłam śmieci na komodzie i dla spokoju sumienia zajrzałam do szafy.

Żadnych wskazówek.

Nie miałam powodu zaglądać do pozostałych sypialni, ale jestem z natury wścibska. Druga, skromnie urządzona, wyglądała na pokój gości