Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 56 из 61

XXXIII

Mateusz źle spał. O siódmej rano wciągnął sweter i spodnie i bezszelestnie wymknął się na zewnątrz, żeby zajrzeć do Julii. Drzwi były otwarte na oścież. Zdruzgotana kobieta siedziała na krześle, a wokół kręciło się trzech policjantów, wywracając dom do góry nogami, jakby mieli nadzieję, że w ten sposób znajdą ukrytego w jakiejś szparze Jerzego Gosselina. I

– Chcesz, żebyśmy pomogli ci to uładzić? – zapytał Mateusz, kiedy policjanci wreszcie się wynieśli.

Julia pokręciła głową.

– Nie – szepnęła. – Tamtych nie chcę więcej widzieć. Wydali Jerzego Legue

Mateusz pocierał splecione dłonie.

– Masz dziś wolne, nie otworzę restauracji – oznajmiła Julia.

– Więc może posprzątam?

– Ty? Dobrze – szepnęła. – Pomóż mi.

Porządkując dom, Mateusz próbował nawiązać rozmowę z Julią, wyjaśnić jej parę spraw, przygotować, uspokoić. Wydawało się, że przynajmniej częściowo osiągnął cel.

– Zobacz – powiedziała w pewnej chwili. – Legue

– Nie masz się czego obawiać. Jak zwykle wybierze to, co ważne.

Z okna swojego pokoju Marek ujrzał Vandooslera wychodzącego z domu w towarzystwie Legue

Legue

– I co!? – wrzasnął. – Jesteś zadowolony z tego, do czego doprowadziłeś?

– Właściwie tak. – Vandoosler się uśmiechnął. – Masz swojego winowajcę, prawda?

– Miałbym go, gdybyś nie pozwolił mu uciec! Jesteś zdegenerowany, Vandoosler, zepsuty do szpiku kości!

– Powiedzmy, że zostawiłem mu trzy godziny na wykonanie jakiegoś ruchu. Przynajmniej tyle czasu należy się chyba człowiekowi, co?

Legue

– Tylko po co, do jasnej cholery! – wrzasnął. – Przecież ten facet nic cię nie obchodzi! Dlaczego to zrobiłeś?

– Żeby się przekonać – powiedział nonszalancko Vandoosler. – Nie należy blokować rozwoju wypadków. To zawsze było twoim błędem.

– Wiesz, ile może cię kosztować ta zabawa?

– Wiem. Ale nie zrobisz nic, co mogłoby mi zaszkodzić.

– Tak sądzisz?

– Tak sądzę. Bo popełniłbyś poważny błąd i ja ci to mówię.

– Nie wydaje ci się, że komu jak komu, ale tobie nie wypada wytykać cudzych błędów?

– Ty jesteś lepszy? Gdyby nie Marek, nigdy nie powiązałbyś śmierci Krzysztofa Dompierre’a z zabójstwem Zofii. A gdyby nie Łukasz, nie skojarzyłbyś sprawy Zofii ze śmiercią tamtych dwóch krytyków i nigdy nie dotarłbyś do Jerzego Gosselina.

– Ale gdyby nie ty, miałbym go teraz pod ręką, w tym gabinecie!

– Oczywiście. Ale może tymczasem zagramy w karty? – zaproponował Vandoosler.

Młody podinspektor wpadł do gabinetu jak burza.

– Mógłbyś chociaż zapukać! – wrzasnął Legue

– Nie miałem czasu – usprawiedliwił się. – Jakiś facet chce z panem pilnie mówić. W sprawie Simeonidis – Dompierre.

– Ta sprawa jest już zamknięta! Spław go!

– Zapytaj przynajmniej, kim jest ten gość – zasugerował Vandoosler.

– Kim jest ten gość?

– To facet, który mieszkał w hotelu Dunaj podczas pobytu Krzysztofa Dompierre’a. To ten, który wyjechał rano, nie zauważywszy leżącego obok ciała.

– Wprowadź go – wycedził przez zęby Vandoosler.

Legue

– Rozegramy tę partyjkę później – powiedział Legue

Mężczyzna wszedł i usiadł, zanim Legue

– Pan w jakiej sprawie? – zapytał Legue

– Eryk Masson, jestem kierownikiem działu w SODECO w Grenoble.

– Co mnie to obchodzi? – mruknął Legue

– Mieszkałem w hotelu Dunaj – powiedział Masson. – Wprawdzie to miejsce nie robi dobrego wrażenia, ale przywykłem do niego. To tuż obok paryskiej siedziby SODECO.

– To też mnie nie obchodzi – powtórzył Legue

Vandoosler dał mu znak, żeby powściągnął złość. Legue

– Słucham pana – powiedział nieco ciszej.

– Spędziłem tam noc, kiedy zamordowano pana Dompierre’a. Najgorsze, że rano wsiadłem do samochodu, niczego nie spostrzegłszy, chociaż ciało leżało tuż obok. Tak mi powiedziano.

– Zgadza się. Co z tego?

– To było w środę rano. Pojechałem prosto do SODECO i zaparkowałem na podziemnym parkingu.

– To mnie nie obchodzi – powiedział Legue

– A właśnie, że obchodzi! – Masson uniósł się niespodziewanie. – Skoro podaję panu takie szczegóły, to wyłącznie dlatego, że są niezmiernie istotne!

– Przepraszam – mruknął Legue

– Nazajutrz, w czwartek, zrobiłem tak samo. Odbywałem trzydniowe szkolenie. Zaparkowałem na parkingu podziemnym i wróciłem do hotelu w nocy, po kolacji z uczestnikami szkolenia. Zaznaczam, że mój samochód jest czarny. To renault 19, ma bardzo niskie zawieszenie.

Vandoosler gestem powstrzymał Legue

– Szkolenie zakończyło się wczoraj wieczorem. Dziś rano musiałem więc tylko zapłacić rachunek. Nie spieszyło mi się aż tak bardzo do Grenoble. Wyprowadziłem samochód i podjechałem na najbliższą stację, żeby zatankować. To stacja samoobsługowa.

– Uspokój się, do diaska – wycedził szeptem Vandoosler, patrząc na Legue

– Dopiero wtedy – ciągnął Masson – po raz pierwszy od środy rano, okrążyłem samochód przy świetle dzie

– Co? – zapytał Legue

– Napis. Na zakurzonych przednich drzwiach, po prawej, na samym dole, ktoś napisał coś palcem. Najpierw pomyślałem, że to jakiś dzieciak. Ale dzieci zwykle bazgrzą po szybach i piszą BRUDAS. Dlatego przykucnąłem i przeczytałem to. Mój samochód jest czarny, był ubłocony i zakurzony, więc litery były wyraźne jak na tablicy. Od razu zrozumiałem. To on, Dompierre, napisał to na moim samochodzie, zanim skonał. Prawda, że nie umarł natychmiast?

Pochylony nad biurkiem, Legue

– Nie – powiedział – zmarł po kilku minutach.

– Kiedy leżał na ziemi, miał dość czasu i siły, żeby unieść rękę i pisać. Napisał na moim samochodzie nazwisko zabójcy. Całe szczęście, że od tamtego wieczoru nie padało.

W ciągu dwóch kolejnych minut Legue

– Jeszcze chwila – krzyczał biegnący za nim Masson – a pojechałbym do myjni automatycznej. Życie bywa zaskakujące, prawda?

– Tylko szaleniec zostawia tak ważny dowód rzeczowy na ulicy! Pierwszy lepszy smarkacz może po prostu rozmazać ręką ten napis!

– Proszę sobie wyobrazić, że nie pozwolono mi zaparkować na dziedzińcu komisariatu. Powiedziano, że taki jest regulamin.

Trzej mężczyźni uklękli przed prawym skrzydłem drzwi. Fotograf poprosił, żeby się cofnęli, bo uniemożliwiają mu pracę.

– Chcę odbitkę – powiedział Vandoosler, zwracając się do Legue

– Jako kto? – zapytał Legue

– Nie ty jeden zajmujesz się tą sprawą, i doskonale o tym wiesz.

– Ani na chwilę nie mogę o tym zapomnieć. Dostaniesz tę odbitkę. Wpadnij za godzinę.

Około drugiej Vandoosler podjechał taksówką przed ruderę. Wprawdzie była to kosztowna podróż, ale liczyła się każda minuta. Szybkim krokiem wszedł do pustego „refektarza” i chwycił kij od szczotki, którego nadal nikt nie owinął nawet gałgankiem. Siedem uderzeń w sufit rozbrzmiało głuchym echem. Siedem uderzeń oznaczało „Zbiórka wszystkich ewangelistów”. Jedno uderzenie wzywało świętego Mateusza, dwa świętego Marka, trzy świętego Łukasza, a cztery – Vandooslera. Siedem obowiązywało wszystkich. To Vandoosler opracował ten system, kiedy wszyscy mieli już dość biegania po schodach na próżno.

Mateusz, który wrócił do domu, spokojnie zjadłszy obiad u Julii, usłyszał siedem uderzeń i przed zejściem zastukał w swój sufit, wzywając Marka. Marek zrobił to samo, żeby zaalarmować Łukasza, który oderwał się od lektury, mamrocząc pod nosem: „Wezwanie na pierwszą linię. Wykonać zadanie”.

Po minucie wszyscy byli już w „refektarzu”. System szczotkowy był naprawdę skuteczny, a jego jedyną wadą było niszczenie sufitów. Szkoda też, że nie umożliwiał porozumiewania się z osobami z zewnątrz i nie zastępował telefonu.