Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 48 из 61

– Ma piękny głos i przekazał go córce. To wojownik, człowiek silny, inteligentny, umiejący grać i niebezpieczny.

– A jego żona?

– Zwykła idiotka – stwierdził Łukasz.

– Szybko ją wyeliminowałeś.

– Idioci też mogą zabijać, rozum nie jest do tego konieczny. Zwłaszcza tacy jak ona – manifestujący głupią wojowniczość. Przysłuchiwałem się, jak mówiła do policjanta. Wali prosto z mostu i wydaje się z siebie bardzo zadowolona. A zadowoleni z siebie idioci są zdolni do zabijania.

Marek kiwał głową, krążąc po pokoju. Przystanął przed pudłem z dokumentacją z roku 1982, popatrzył na nie przez chwilę, ale nawet go nie dotknął, i ruszył dalej, przypatrując się półkom. Łukasz szperał w torbie.

– Wystaw pudło z osiemdziesiątego drugiego – powiedział. – Stary ma rację, być może zostało nam niewiele czasu, bo Prawo zamknie przed nami te drzwi.

– Dompierre nie przeglądał roku osiemdziesiątego drugiego. Może stary się pomylił, a może celowo skłamał. Interesujący jest rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy.

– Przed tym pudłem nie ma kurzu? – zapytał Łukasz.

– Właśnie – potwierdził Marek. – Żadne i

Wystawił pudło z napisem „1978” i po prostu wysypał jego zawartość na stół. Łukasz szybko przejrzał papiery.

– To wszystko dotyczy jednej opery – powiedział. – „Elektry”, wystawianej w Tuluzie. Dla nas to nic nie znaczy. Ale Dompierre wiedział, dlaczego szuka właśnie tu.

– Bierzmy się do roboty – mruknął Marek, nieco przerażony masą starych artykułów prasowych, odręcznych zapisków dodawanych tu i ówdzie przez Simeonidisa, zdjęć i wywiadów. Wycinki prasowe były stara

– Szukaj przesuniętych spinaczy – podpowiedział Łukasz. – To dość wilgotny pokój, na papierze musiały zostać ślady rdzy albo lekki odcisk spinacza. Dzięki temu zorientujemy się, które artykuły zwróciły uwagę Dompierre’a. Strasznie tego dużo.

– Właśnie to robię. – Marek się uśmiechnął. – Krytycy wynosili Zofię pod niebiosa. Podobała im się. Mówiła, że była jedną wśród wielu, dość przeciętną, ale to nie do końca prawda. Mateusz ma rację. Co ty wyprawiasz? Lepiej mi pomóż.

Łukasz wkładał do torby jakieś paczki.

– Mam – oznajmił nieco głośniej Marek. – Tych pięć spinaczy ktoś niedawno wsunął na nowo.

Marek wziął trzy pliki wycinków, Łukasz dwa. Czytali w milczeniu i szybko. Tak upływały długie minuty. Artykuły były obszerne.

– Wspomniałeś, że recenzje były pochlebne? – odezwał się Łukasz. – Ten na pewno nie rozczulał się nad Zofią.

– Ten również nie – dodał Marek. – Atakuje bezpardonowo. Pewnie było jej przykro. Staremu Simeonidisowi także – zanotował na marginesie: „Cholerny bałwan”. Ciekawe, kto jest tym cholernym bałwanem.

Marek zerknął na dół stronicy, szukając nazwiska recenzenta.

– Łukaszu – szepnął – ten bałwan nazywa się Daniel Dompierre. Nie wydaje ci się, że to nie może być zbieg okoliczności?

Łukasz wziął od Marka artykuł.

– W takim razie nasz Dompierre – powiedział – ten zamordowany, prawdopodobnie należy do rodziny? To bratanek, kuzyn albo syn krytyka? Dlatego wiedział o czymś, co wiąże się z tą operą?

– Prawdopodobnie coś w tym jest. Elementy zaczynają układać się w całość. A jak nazywa się twój krytyk, który zaatakował Zofię?

– Rene de Fremonville. Nie słyszałem. Zresztą, nie mam zielonego pojęcia o muzyce. Zaczekaj, to zabawne.

Łukasz wrócił do lektury, a jego twarz nagle się odmieniła. Marka ogarnęła już nadzieja.

– I co? – zapytał Marek.

– Nie napalaj się, to nie ma nic wspólnego z Zofią. Zainteresował mnie artykuł na odwrocie wycinka. A właściwie początek artykułu, też Fremonville’a, ale na temat i

– Cholera, chyba nie zamierzasz teraz się tym zajmować. Do diabła z tym, nie czas na to! Nie po to jechaliśmy do Dourdan!

– Zamknij się. W jednym ze zdań Fremonville pisze, że zachował po ojcu woje

Łukasz, którego rozpierało szczęście i podniecała nadzieja, wstał i teraz krążył po półmrocznym pokoju, raz po raz zerkając na pożółkły skrawek starej gazety. Zniecierpliwiony Marek wrócił do przeglądania dokumentów, które zainteresowały Dompierre’a. Poza artykułami krytycznie oceniającymi Zofię były wśród nich trzy pliki zawierające teksty bardziej plotkarskie, relacjonujące poważny incydent, który przez wiele dni zakłócał spektakle „Elektry”.

– Posłuchaj – Marek zwrócił się mimo wszystko do Łukasza.

Ale nie zdołał go zainteresować. Łukasz był daleko, okopał się i nie dopuszczał głosów z zewnątrz, całkowicie pochłonięty odkryciem, nie potrafił nawet cząstki uwagi poświęcić i

Krąg podejrzanych był zatem szeroki. Marek zmarszczył brwi, zerkając znowu na recenzje Daniela Dompierre’a i Rene de Fremonville’a. Jako krytycy operowi nie pisali zbyt dużo na temat okoliczności tego zajścia, zaznaczając jedynie, że Zofia Simeonidis miała przykry wypadek i dlatego przez trzy dni zastępowała ją dublerka, Natalia Domesco, której żałosne naśladownictwo ostatecznie pogrążyło „Elektrę”, spektakl, którego nie ocaliłby nawet powrót Zofii Simeonidis – po wyjściu ze szpitala śpiewaczka ponownie oświadczyła, że nie może sprostać roli przeznaczonej dla sopranu dramatycznego. W konkluzji krytycy pisali, że śpiewaczka nie może wypadkiem tłumaczyć braku warunków głosowych i że popełniła godny ubolewania błąd, próbując w „Elektrze” sprostać roli znacznie przerastającej jej możliwości.

Marka drażniły te uwagi.

– Oczywiście Zofia sama mówiła im, że nigdy nie stała się wybitną diwą operową. Być może nie powi

Marek sięgnął po i

Zofia została napadnięta… Nie żądała przeprowadzenia śledztwa, mimo że pobito ją i zraniono. Powrócił do „Elektry”, błyskawicznie przerzucił i