Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 61

– Dziękuję. Już się zacząłem przyzwyczajać. Tylko ja w tym domu nie mam nic do roboty. Mogę przynajmniej wypełnić misję, nawet tak kretyńską.

Mateusz zabrał gumkę i wyszedł, a Marek dalej pełnił wartę. Panie, parasole. Dzieciaki wracające ze szkoły. Aleksandra przeszła uliczką, prowadząc Cyryla za rękę. Nawet nie spojrzała na ich ruderę. Niby dlaczego miałaby to robić?

Piotr Relivaux zaparkował samochód tuż przed szóstą. Prawdopodobnie jego auto także poddano oględzinom. Z trzaskiem zamknął bramę. Przesłuchania chyba nikogo nie wprawiają w dobry nastrój. Facet musiał się bać, że w ministerstwie dowiedzą się o kochance, dla której wynajął mieszkanie w XV dzielnicy. Nadal nie było wiadomo, kiedy odbędzie się pogrzeb i nieszczęsne szczątki Zofii spoczną w grobie. Policja nie wydała zwłok. Lecz Marek nie oczekiwał, by Relivaux rozpaczał na pogrzebie. Wyglądał na zmartwionego, ale nie na zdruzgotanego śmiercią żony. Jeżeli był mordercą, to przynajmniej nie próbował odgrywać komedii, chociaż ta taktyka nie byłaby gorsza od i

Zmarnowane popołudnie. Nic się nie wydarzyło, nawet drobiazg, nie spadła nawet gołębia kupa. Absolutny spokój.

Marek zszedł, żeby złożyć raport chrzestnemu, który rozpalał ogień w kominku. Chciał się osuszyć i rozgrzać.

– Cisza – powiedział. – Sterczałem przez pięć godzin w oknie i gapiłem się w pustkę. A ty? Jak tam przesłuchania?

– Legue

– A dlaczego się z tego śmiałeś?

– To taktyka, młody Vandooslerze, zwyczajna taktyka. Biedny Legue

– Pół tuzina? Więc miał szersze grono podejrzanych?

– Musiałem po prostu uświadomić Legue

Płomienie na kominku strzelały wysoko i głośno. Marek lubił tę krótką chwilę chaosu, gdy ogień bezładnie ogarniał wszystko, zanim nadpalone drwa osunęły się na palenisko, by potem płonąć równo i spokojnie, co również było przyjemne, ale z i

– Świetnie – mruknął podejrzliwie Marek. – Jak zdobyłeś te kluczyki?

Vandoosler głośno westchnął.

– Rozumiem. – Marek pokiwał głową. – Włamałeś się tam, kiedy wyszedł z domu. Wpakujesz nas w kłopoty.

– Sam przecież gwizdnąłeś któregoś dnia zająca – odpłacił mu Vandoosler. – Człowiek nie zmienia się z dnia na dzień. Chciałem się tam rozejrzeć. Szukałem, nie wiedząc nawet, czego. Listów, rachunków, wyciągów bankowych, kluczy… Ale Relivaux jest ostrożny. Nie natrafiłem na żaden kompromitujący go papierek.

– Jak znalazłeś kluczyki?

– To było dzieci

– Dlaczego w takim razie po prostu ich nie wyrzucił?

– W takich niespokojnych chwilach warto czasem mieć pod ręką samochód, do którego niby to nie ma się kluczyków. Jego wóz dokładnie przeczesano. Był czysty jak łza.

– A jego kochanka?

– Nie radziła sobie najlepiej z atakami Legue

– A i

– Postarałem się zwrócić uwagę Legue

– Nie doszliśmy jeszcze do sześciu osób – zauważył Marek. – Kogo i

– No cóż… świętego Łukasza, świętego Mateusza i ciebie. Przynajmniej trochę się rozerwiesz.

Marek podskoczył jak oparzony, Łukasz tylko się uśmiechnął.

– Nas!? Chyba zwariowałeś!

– Do cholery, chcesz pomóc tej dziewczynie czy nie?

– Niech cię diabli! I to niby ma być ta pomoc?! Niby dlaczego Legue

– To proste – wtrącił Łukasz. – Ma przed sobą trzech trzydziestopięcioletnich rozbitków życiowych, którzy zamieszkali w starej ruderze i próbują egzystować. Równie dobrze można powiedzieć wprost, że to sąsiedzi, którzy budzą nieufność. Jeden z tych trzech gości zabiera sąsiadkę na spacer, brutalnie ją gwałci i zabija, żeby sprawa nie wyszła na jaw.

– A karta, którą jej przysłano?! – wrzasnął Marek. – Karta z gwiazdą i miejscem spotkania? Czy to któryś z nas miałby ją wysłać?

– To trochę komplikuje sprawę – przyznał Łukasz. – Ale załóżmy, że sąsiadka opowiedziała nam o Stelyosie i karcie, którą dostała trzy miesiące temu. Żebyśmy zrozumieli jej obawy, żebyśmy zgodzili się kopać. Bo musisz pamiętać, że to my kopaliśmy jej ogród.

– Zapewniam cię, że ani na chwilę nie zapomniałem o tym przeklętym drzewie!

– Aby więc wywabić sąsiadkę z domu – podjął Łukasz – jeden z nas ucieka się do prymitywnego podstępu – czeka na nią na Dworcu Lyońskim, wywozi daleko od domu i tak zaczyna się dramat.

– Przecież Zofia nawet nie wspomniała nam o Stelyosie!

– A ty uważasz, że policja się tym przejmie? Jedyny dowód to nasze słowa, a słowa się nie liczą, kiedy człowiek tkwi po uszy w gównie.

– Świetnie – wycedził Marek, trzęsąc się z wściekłości. – Świetnie. Wujaszek naprawdę miewa czasami wspaniałe pomysły. A on? Dlaczegóż by nie on? Z jego przeszłością, policyjnymi i erotycznymi przygodami, które nie zawsze przynosiły mu zaszczyt, pasowałby do tego portretu. Co o tym sądzisz, komisarzu?

Vandoosler wzruszył ramionami.

– Wbij sobie do głowy, że sześćdziesięcioośmiolatek rzadko dopuszcza się gwałtu, w dodatku po raz pierwszy w życiu. Doszłoby do tego znacznie wcześniej. Wie o tym każdy glina. Za to samotni trzydziestopięcioletni i na pół zwariowani faceci są zdolni do wszystkiego.

Łukasz parsknął śmiechem.

– Niesamowite. Pan też jest niesamowity, komisarzu. Sugestia, którą podsunął pan Legue

– A mnie ani trochę – oświadczył Marek.

– Bo ty jesteś nieskazitelny – odparł Łukasz, klepiąc go po plecach. – Nie cierpisz, kiedy ktoś kala twój wizerunek, choćby odrobinę. Biedny przyjacielu, twój wizerunek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Tu chodzi o pomieszanie kart. Legue

– Uważam, że to idiotyczny pomysł.

– Przeciwnie. Jestem pewien, że Mateusz będzie się śmiał tak samo jak ja. Prawda, Mateuszu?

Mateusz uśmiechnął się niepewnie.

– Mnie – powiedział – nic to nie obchodzi.

– Nie obchodzi cię, że policja będzie ci zatruwała życie, że będą cię podejrzewali o gwałt na Zofii? To wszystko wcale cię nie obchodzi? – spytał Marek.

– No i co z tego? Ja przecież wiem, że nigdy nie zgwałciłbym żadnej kobiety. A to, co myślą i

Marek westchnął.