Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 61

IX

Vandoosler wracał z targu. Robienie zakupów powoli stawało się jego codzie

Vandoosler zatrzymał się u wylotu ulicy Chasle i z przyjemnością obserwował swój nowy teren. Jak się tu znalazł? Za sprawą splotu przypadków. Kiedy się nad tym zastanawiał, jego życie jawiło mu się niczym spójna tkanina, a jednak nie mógł wyzbyć się wrażenia, że jest chaotyczne, wrażliwe na ulotność chwili, że nie pozostawia za sobą niczego trwałego. Wielkie idee, przemyślane projekty, owszem – miewał takie. Ale żadnego nie doprowadził do końca. Ani jednego. Uświadomił sobie, że twarde postanowienia topniały, gdy tylko coś i

Przed powrotem do mieszkania były komisarz usiadł na murku na wprost domu. Dobrze nacieszyć się promieniami kwietniowego słońca. Starał się nie patrzeć w stronę domu Zofii Simeonidis, gdzie od wczoraj trzej robotnicy prowadzili wykopy. Zerknął na dom, który graniczył z ich posesją z drugiej strony. Jak to mówił święty Łukasz? Front wschodni? Co za maniak z tego chłopaka! Co go właściwie obchodziła pierwsza wojna światowa? Cóż, każdy ma swojego bzika. Vandoosler skupił się na froncie wschodnim. Zasięgał języka, gromadził okruchy informacji. Metody gliniarza. Sąsiadka nazywała się Julia Gosselin, mieszkała z bratem, Jerzym, człowiekiem niezwykle małomównym. Trzeba się było temu przyjrzeć. Zresztą Armand Vandoosler każdej sprawie lubił się bliżej przyjrzeć. Wczoraj sąsiadka ze Wschodu pracowała w ogrodzie. Na powitanie wiosny. Zamienił z nią parę słów, ot tak sobie. Vandoosler uśmiechnął się. Miał sześćdziesiąt osiem lat, przyszła pora, żeby nie łudzić się na próżno. Nie chciałby narażać się na odtrącenie. Pozostawała mu ostrożność i ważenie słów i czynów. Ale na marzenia mógł sobie jeszcze pozwolić. Uważnie obserwował Julię. Wydała mu się ładna i energiczna. Miała około czterdziestki, więc uznał, że stary gliniarz na nic by się jej nie zdał. Nawet jeśli – jak mówiono – wciąż jeszcze był przystojny. Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego ludzie uważali, że ma ładną twarz. Jego zdaniem była za szczupła, zbyt koścista, o rysach nie tak szlachetnych, jakby pragnął. Nigdy nie zakochałby się w kimś takim jak on. A jednak zakochiwały się w nim. I to często. Pomagało mu to, i to bardzo, w pracy policjanta, nie mówiąc już o i

Przesunął się, żeby ustawić kosz w cieniu, i równocześnie zbliżył się do frontu wschodniego. Dlaczego, do stu diabłów, jego myśli znowu musiały pobiec tym torem? Miał przecież po prostu czatować na sąsiadkę z lewej i przygotować ryby dla trzech robotników, którzy kopali rów. Szkody? No i co z tego? Do jasnej cholery, nie on jeden w tym celował. Oczywiście, czasami zachowywał się jak słoń w sklepie z porcelaną. Zwłaszcza wobec niej i bliźniąt, które opuścił pewnego dnia, niewiele myśląc. Bliźnięta miały wtedy po trzy lata. A przecież zależało mu na Łucji. Kiedyś powiedział nawet, że zawsze będzie przy niej. Ale wyszło inaczej. Stojąc na dworcowym peronie, patrzył, jak odchodzą. Vandoosler westchnął. Z wolna uniósł głowę, odrzucił włosy do tyłu. Teraz dzieciaki miały już po dwadzieścia cztery lata. Gdzie się podziewały? Spieprzył to. Co za głupota! Blisko, daleko? A ona? Nie warto się zastanawiać. To nieważne. Bez znaczenia. Miłość można znaleźć na każdym kroku, każda jest taka sama, wystarczy się pochylić, aby ją mieć. I tyle. To drobiazg. To kłamstwo, że jedna jest lepsza, i