Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 30

II

Czy ta adoracja była jedynie żartem? Wasz dom stał przy Westerzeile. Twoje poczucie humoru, jeżeli je w ogóle posiadałeś, było osobliwego rodzaju. Ależ nie, wasz dom znajdował się przy Osterzeile. Zresztą i tak wszystkie ulice osiedla wyglądały jednakowo. Wystarczyło, żebyś jadł kawałek chleba z masłem, a już pękaliśmy ze śmiechu, zarażając się nim nawzajem. Dziwiliśmy się, kiedy musieliśmy się śmiać z ciebie. Gdy jednak profesor Brunies zapytał wszystkich uczniów z naszej klasy o ich przyszły zawód, a ty – wówczas umiałeś już pływać – odpowiedziałeś mu: „Ja zostanę klownem i będę rozśmieszał ludzi”, w czworokątnej klasie nikt się nie roześmiał – a ja przestraszyłem się, bo kiedy Mahlke oświadczył, że pragnie być klownem w cyrku lub gdzie indziej, zrobił bardzo poważną minę i naprawdę można się było obawiać, że pobudzi kiedyś ludzi do okropnego śmiechu, choćby wsuniętą między numer z dzikimi zwierzętami a akrobacje na trapezie publiczną adoracją Marii Pa

Mieszkał przy Osterzeile, a nie przy Westerzeile. Jednorodzi

Krótko mówiąc, był to numer dwudziesty czwarty i Mahlke mieszkał, jeśli szło się od strony Wolfsweg, w czwartym domu po lewej stronie ulicy. Osterzeile, podobnie jak równoległa do niej

Westerzeile, stykała się pod kątem prostym z Bärenweg, równoległą do Wolfsweg. Kto szedł przez Westerzeile od strony Wolfsweg, widział, ponad czerwonymi dachówkami, po lewej ręce przednią i zachodnią stronę wieży z oksydowaną cebulastą kopułą. Kto szedł w tym kierunku przez Osterzeile, widział ponad dachami po prawej ręce przednią i wschodnią stronę tej samej dzwo

Ze swego pokoju Mahlke widział tarczę zegara po wschodniej stronie wieży. Urządził sobie izdebkę na poddaszu, między lekko pochylonymi ścianami, z deszczem i gradem tuż nad swoją czupryną z przedziałkiem pośrodku głowy; była to mansarda pełna chłopięcych rupieci, od zbioru motyli po fotosy ulubionych aktorów, lotników z wysokimi odznaczeniami i generałów wojsk pancernych; pomiędzy nimi zaś nie oprawiona reprodukcja Mado

Już podczas pierwszych odwiedzin zwróciła moją uwagę wypchana biała sowa. Mieszkałem niedaleko, na Westerzeile; ale nie o mnie mamy mówić, tylko o Mahlkem albo o Mahlkem i o mnie, lecz zawsze ze względu na Mahlkego, ponieważ on miał przedziałek na środku głowy, nosił wysokie buty, miał to lub owo zawieszone na szyi, żeby odwrócić uwagę wiecznego kota od wiecznej myszy, klęczał przed ołtarzem Marii Pa

Sowa miała również pełen powagi przedziałek na środku głowy i tak samo jak Mahlke miała cierpiącą, łagodną i zdecydowaną, jak gdyby wewnętrznym bólem zęba wywołaną minę Zbawcy. To ojciec pozostawił mu w spadku tego dobrze spreparowanego, tylko lekko podbarwionego ptaka, którego szpony obejmowały brzozową gałąź.

Dla mnie, starającego się nie widzieć ani sowy, ani reprodukcji Mado

Na krótko przed końcem pierwszych wakacji spędzonych na krypie Mahlke zdobył ten gramofon – zresztą, podobnie jak gaśnica, niemieckiej produkcji – nurkując chyba ze dwanaście razy, przy czym holował pudło metr po metrze w kierunku dziobu aż pod luk w pokładzie i wreszcie wywindował je na tej samej linie, za pomocą której wydobył przedtem Minimaxa do nas, na górę, na mostek.

Z drzewa i korka, naniesionego przez wodę, musieliśmy zmajstrować tratwę, żeby przewieźć na ląd skrzynkę, której korba była zardzewiała. Holowaliśmy ją na zmianę, Mahlke nie ciągnął wcale.

Tydzień później gramofon stał w jego izdebce zreperowany, naoliwiony, z pobrązowanymi częściami metalowymi. Talerz do płyt był pokryty nowym filcem. Nakręciwszy gramofon, Mahlke puścił w ruch pusty, jaskrawozielony talerz. Stał ze skrzyżowanymi rękami obok białej sowy na brzozowej gałęzi. Jego mysz spoczywała nieruchomo. Ja stałem plecami do sykstyńskiego oleodruku, spoglądałem to na pusty, lekko kołyszący się talerz gramofonowy, to przez okno mansardy, ponad jasnoczerwonymi dachami, w kierunku kościoła Serca Jezusowego z zegarem od frontu i zegarem po wschodniej stronie cebulastej wieży. Zanim wybiła szósta, sprężyna gramofonu z minowca rozkręciła się z monoto

Książki stały na długiej, wygiętej półce. Czytał przecież dużo, również książki religijne. Obok kaktusów na parapecie okna, obok modelu torpedowca klasy „Wilk” i modelu awiza „Świerszcz”, trzeba jeszcze wymienić szklankę z wodą, która stała koło miednicy na komodzie, zawsze była mętna i ukazywała na dnie grubą na palec warstwę cukru. W szklance tej Mahlke co rano mieszał wodę z cukrem, z uwagą, aż do uzyskania mlecznobiałego płynu, który miał nadać sztywność jego z natury cienkim i rozsypującym się włosom, przy czym jednak nie usuwał osadu z dnia poprzedniego. Zaproponował mi kiedyś ten środek i wczesałem sobie ocukrzoną wodę we włosy. Rzeczywiście po nasmarowaniu tym utrwalającym płynem fryzura zrobiła się szklisto-sztywna i trzymała się aż do wieczora: głowa mnie swędziała, ręce lepiły się, podobnie jak dłonie Mahlkego, od sprawdzającego skutki przyczesywania – może zresztą wyobrażam sobie tylko, że się lepiły, a one wcale nie były lepkie.

Pod nim, w trzech pokojach, z których tylko dwa były używane, mieszkała jego matka ze swoją starszą siostrą. Obie ciche, kiedy on był w domu, zalęknione i dumne z chłopca, bo Mahlke uchodził, sądząc po świadectwach, za dobrego ucznia, chociaż nie za prymusa. Był o rok starszy od nas – co obniżało trochę wartość ocen – ponieważ matka i ciotka o rok później posłały wątłego czy, jak one mówiły, chorowitego chłopca do szkoły podstawowej.

Nie był lizusem, wkuwał umiarkowanie, każdemu pozwalał odpisywać, nigdy nie skarżył, poza lekcjami gimnastyki nie objawiał szczególnych ambicji, miał widoczny wstręt do świńskich kawałów, robionych przez uczniów z tercji, i interweniował, kiedy Hotten So

Nikt się temu nie sprzeciwił. Znowu nam zaimponował; a teraz mogę powiedzieć: dzięki temu, że nie był lizusem, wkuwał umiarkowanie, wszystkim pozwalał odpisywać, nie objawiał żadnych ambicji, poza lekcjami gimnastyki, i nie brał udziału w zwykłych świństwach, był w naszych oczach owym niezwykłym Mahlkem, który zbierał oklaski to w wyszukany, to w ekstrawagancki sposób; ostatecznie chciał przecież występować kiedyś na arenie, może nawet na scenie teatralnej, wprawiał się jako klown, usuwając śliskie prezerwatywy przyjmował pomruk uznania i był już niemal klownem, kiedy zawieszony na zgiętych kolanach wykonywał obroty wokół drążka, a srebrna Mado

– Byczo, bracie, pierwsza klasa. Chciałbym mieć twoje nerwy. Jesteś morowy facet, Joachimie. Jakeś to znowu skombinował, co?

Uznanie robiło mu dobrze i łagodziło ruchy skoczka na jego szyi; równocześnie jednak wprawiało go w zmieszanie i dodawało bodźca owemu skoczkowi. Przeważnie machał tylko lekceważąco ręką, czym zyskiwał nowy poklask. Nie był przecież pyszałkiem; nigdy nie powiedziałeś: – Zrób to samo. – Albo: – Niech to któryś z was spróbuje zrobić. – Albo: – Żaden z was jeszcze tego nie dokazał: zlazłem przedwczoraj cztery razy, raz po razie, na dół do kambuza i przyniosłem puszkę konserw. Na pewno francuska, w środku były żabie udka, smakowały trochę jak cielęcina, ale wyście mieli pietra, nie chcieliście nawet spróbować, kiedy ja opchnąłem już połowę puszki. Wyciągnąłem jeszcze drugą – znalazłem nawet otwieracz – ale ta była zepsuta: corned beef.