Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 59

Doszłam do wniosku, że jeśli chcę dalej prowadzić poszukiwania, muszę zdobyć forsę na podstawowe wydatki. Nie mogłam dłużej żyć, ssąc łapę jak wygłodniały niedźwiedź. Jedyne rozwiązanie tego problemu widziałam w kolejnej rozmowie z Vi

Zadzwoniłam do biura kuzyna. Odebrała Co

– Czy Vi

– Owszem. I pewnie będzie tu siedział przez całe popołudnie.

– Wpadnę tam za jakieś dziesięć minut. Muszę z nim porozmawiać.

– Znalazłaś Morelliego?

– Nie. Na razie skonfiskowałam jego samochód.

– Ze składanym dachem?

Pospiesznie zerknęłam do góry.

– Nie.

– Szkoda – mruknęła Co

Skręciłam w szeroką aleję Southard, ustalając w myślach następne posunięcia. Powi

Próbowałam oszacować wielkość potrzebnej zaliczki, kiedy niespodziewanie zaterkotał telefon. Byłam do tego stopnia zaskoczona, że omal nie wjechałam na chodnik. Poczułam się tak, jakbym została przyłapana na podsłuchiwaniu, wymyślaniu obrzydliwych kłamstw czy też siedziała na klozecie, podczas gdy walą się ściany łazienki. Z trudem opanowałam irracjonalną chęć zatrzymania samochodu w pierwszym lepszym dogodnym miejscu i rzucenia się do panicznej ucieczki.

Zwolniłam i sięgnęłam po aparat.

– Słucham.

Przez chwilę panowała cisza, wreszcie kobiecy głos zażądał stanowczo:

– Chcę rozmawiać z Josephem Morellim.

No i masz babo placek. Od razu rozpoznałam głos starszej pani Morelli, matki Joego. Jakby mi brakowało i

– Joego tu nie ma.

– A kto mówi?

– Jestem jego przyjaciółką. Poprosił mnie, bym się zaopiekowała jego samochodem na jakiś czas.

– Kłamiesz! – rzekła ostro kobieta. – To ty, Stephanie Plum. Wcale nie tak trudno cię poznać po głosie. Czy możesz mi wyjaśnić, co robisz w samochodzie Josepha?

Chyba nikt nie potrafi aż tak dobitnie okazywać swej pogardy, jak pani Morelli. Gdybym w podobnej sytuacji rozmawiała z kimś i

– Halo! – zawołałam. – Nic nie słyszę. Halo! Halo!

Szybko wyłączyłam aparat i odwiesiłam go na miejsce.

– Brawo, Steph – pochwaliłam się na głos. – To było naprawdę dobre. Wykazałaś się profesjonalną pomysłowością i znakomitym refleksem.

Zaparkowałam wóz i ruszyłam energicznym krokiem do biura Vi

– Cześć. Jak leci?

– Jak krew z nosa – burknął. – Masz jeszcze jakieś pytania.

Właśnie to mi się podoba w naszej rodzince. Pozostajemy wszyscy w bliskim kontakcie, odnosząc się do siebie przyjaźnie i z wyrozumiałością.

– Potrzebuję zaliczki. Mam zbyt duże wydatki związane z realizacją twojego zlecenia.

– Zaliczki? To jakiś żart? Czyżbyś zamierzała mi poprawić humor?

– Wcale nie żartuję. Skoro mam zdobyć dziesięć tysięcy honorarium za schwytanie Morelliego, to chciałabym teraz uzyskać ze dwa tysiące zaliczki.

– Wybij to sobie z głowy. I nawet nie próbuj mnie znowu szantażować. Jeśli cokolwiek wygadasz mojej żonie, to mogę się już uznać za trupa, a od nieboszczyka nie wydębisz nawet złamanego grosza, spryciulo.

Trudno było odmówić mu racji.

– W porządku, nie będę cię szantażować. Za to sprawdzę, do jakiego stopnia jesteś chciwy. Zróbmy tak: jeśli dasz mi teraz dwa tysiące zaliczki, nie będę się domagała pełnych dziesięciu procent kaucji.

– A jeśli nie znajdziesz Morelliego? Czy choć przez chwilę brałaś pod uwagę taką możliwość?

Każdego ranka ta myśl wyrzucała mnie z łóżka.

– Na pewno go sprowadzę.

– Już to widzę. Nie gniewaj się, ale pozwolę sobie w to wątpić. I nie zapominaj, że zgodziłem się dać ci tę sprawę jedynie na tydzień. Jeśli nie znajdziesz Morelliego do poniedziałku, przekażę ją komu i

W drzwiach gabinetu stanęła Co

– Po co robić z igły widły? Stephanie potrzebuje pieniędzy? To dlaczego nie dasz jej sprawy Clarence’a Sampsona?

– Kim jest ten Sampson?

– To jeden z niepoprawnych pijaczków, naszych stałych klientów. Zazwyczaj spokojnie wraca do domu i idzie spać, ale od czasu do czasu wstępuje w niego diabeł.

– To znaczy?

– Na przykład ostatnio usiadł za kierownicą w stanie kompletnego upojenia alkoholowego i spotkało go to nieszczęście, że dokumentnie zniszczył jeden z wozów policyjnych.

– Po pijanemu zderzył się z radiowozem?

– No, niezupełnie. Postanowił skorzystać z okazji i sobie nim pojeździć, ale nie zdążył wyhamować przed wystawą sklepu monopolowego przy ulicy State.

– Masz zdjęcie tego faceta?

– Mogłabym otworzyć wystawę z jego fotografiami z okresu ostatniego dwudziestolecia. Już tyle razy poręczaliśmy kaucję za Sampsona, że mogę z pamięci zacytować numer jego polisy ubezpieczeniowej.

Poszłam za Co

– Większość pracujących dla nas agentów bierze po kilka spraw naraz – wyjaśniła, przekazując mi aż kilkanaście teczek. – W ten sposób mogą działać wydajniej. Tu masz sprawy, którymi się zajmował Morty Beyers. Jeszcze jakiś czas będzie musiał spędzić w szpitalu, więc możesz przejąć je wszystkie. Niektóre są dość proste. Powbijaj sobie w pamięć nazwiska tych ludzi i trzymaj pod ręką ich fotografie. W każdej chwili możesz się natknąć na którąś z poszukiwanych osób, W ubiegłym tygodniu Andy Zabotsky postanowił kupić sobie na obiad porcję pieczonego kurczaka i rozpoznał w sprzedawcy jednego z poszukiwanych. Po prostu miał szczęście. Ten gość był handlarzem narkotyków, przez niego stracilibyśmy kaucję w wysokości trzydziestu tysięcy dolarów.

– Nie wiedziałam, że poręczacie także za handlarzy narkotyków – zagadnęłam. – Sądziłam, że wasi klienci to głównie pijacy i drobni złodzieje.

– Handlarze narkotyków są dla nas źródłem dość łatwych zysków – odparła Co

Wcisnęłam sobie kartonowe teczki pod pachę, obiecawszy, że postaram się jak najszybciej zrobić kopie dokumentów i zwrócić Co

Energicznie pchnęłam drzwi na ulicę, lecz nagłe przejście z klimatyzowanych pomieszczeń w skwar wiszący między budynkami odczułam jak cios obuchem w głowę. Upał stał się nie do zniesienia. Falujące, jakby zagęszczone powietrze przesłaniało błękit nieba szarawą mgiełką. Słońce niemiłosiernie przypiekało odkrytą skórę. Osłaniając oczy dłonią, spojrzałam ku górze, jakbym chciała dostrzec tę osławioną dziurę ozonową, w mojej wyobraźni przypominającą cyklopowe oko, które patrząc na Ziemię emituje jakiś rodzaj śmiercionośnego promieniowania. Wiedziałam, że dziura naprawdę znajduje się gdzieś nad Antarktydą, podejrzewałam jednak, iż wcześniej czy później musi się nasunąć nad New Jersey. To logiczne, skoro w naszym stanie, gromadzącym przecież wszelkie nieczystości z całej nowojorskiej aglomeracji, jest tak wysoka emisja formaldehydu do atmosfery.

Otworzyłam drzwi jeepa i wsunęłam się za kierownicę. Zdawałam sobie sprawę, że honorarium za odnalezienie Sampsona nie pozwoli mi się wybrać na Barbados, lecz z pewnością umożliwi zapełnienie lodówki produktami nie pokrytymi jeszcze pleśnią. A co ważniejsze, dzięki tym pieniądzom mogłabym bez przeszkód zająć się poszukiwaniami dalszych osób. Kiedy pojechałam z „Leśnikiem” do komendy policji, żeby odebrać pozwolenie na broń, uzyskałam dość obszerne wyjaśnienia spraw proceduralnych związanych z przekazywaniem oskarżonych do aresztu, ale samą technikę chwytania przestępców streszczano krótkim okrzykiem: „Ręce do góry!”

Sięgnęłam po telefon komórkowy i wybrałam numer Clarence’a Sampsona. Nikt nie odbierał. W dokumentach nie znalazłam żadnego numeru telefonu do jego pracy. Według raportu policyjnego Sampson mieszkał przy ulicy Limeing pod numerem 5077. Nie wiedziałam, gdzie znajduje się ta ulica, więc sprawdziłam na planie miasta i ku swemu zdumieniu odkryłam, że jest to przecznica ulicy Starka, biegnąca na tyłach ratusza. Przykleiłam zdjęcie poszukiwanego na desce rozdzielczej i ruszyłam powoli w tamtym kierunku, uważnie przyglądając się mijanym przechodniom.

Co