Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 20 из 56

Rozdział 6

Wybiegłszy z łóżka chwyciłam po drodze za broń, ale nie mogłam się zdecydować, co najpierw zrobić. Miałam do wyboru: zadzwonić na policję, wyskoczyć przez okno albo wybiec z pokoju i spróbować zastrzelić tego sukinsyna przy drzwiach. Na szczęście nie musiałam wybierać, bo rozpoznałam w korytarzu głos Morellego.

Spojrzałam na budzik przy łóżku. Ósma. Zaspałam. Tak to już jest, kiedy do świtu nie można zmrużyć oka. Wsunęłam stopy w martensy i poczłapałam na korytarz, gdzie na podłodze pełno było szkła z potłuczonych szklanek. Morelli odpiął łańcuszek i stał w otwartych drzwiach szacując straty.

Podniósł wzrok i przyjrzał mi się uważnie.

– Co to, śpisz w tych butach?

Posłałam mu druzgoczące spojrzenie i poszłam do kuchni, po szczotkę do zamiatania i szufelkę. Wręczyłam mu miotełkę, rzuciłam szufelkę na podłogę i wróciłam do sypialni miażdżąc szkło butami. Zamieniłam piżamę na bluzkę i dresowe spodnie. Omal nie jęknęłam z przerażenia, kiedy zerknęłam w owalne lustro nad toaletką. Wory pod oczyma, rozczochrane włosy, brak makijażu. Nie będąc przekonana, czy szczotkowanie pomoże, wcisnęłam na głowę baseballówkę.

Kiedy wróciłam do przedpokoju, szkło było już posprzątane, a Morelli uwijał się w kuchni parząc kawę.

– Przyszło ci kiedyś do głowy, żeby wchodząc najpierw zapukać?

– Pukałem, ale nikt nie odpowiadał.

– Powinieneś był pukać głośniej.

– Żeby zaniepokoić pana Wolesky’ego?

Wsadziłam głowę do lodówki i wyjęłam stamtąd resztki ciasta z poprzedniego dnia, które podzieliłam między nas dwoje. Połowa dla mnie, połowa dla Morellego. Staliśmy przy blacie kuche

– Niezbyt ci się wiedzie, mała – stwierdził Morelli. – Ukradli ci samochód, zrujnowali mieszkanie no i ktoś próbował wykończyć twojego chomika. Może powi

– Martwisz się o mnie.

– Aha.

Oboje zaczęliśmy przestępować z nogi na nogę.

– To dziwne – powiedziałam.

– Ba.

– Dowiedziałeś się może czegoś o moim jeepie?

– Niestety. – Wyjął z kieszeni plik papierów. – To oświadczenie o kradzieży. Przeczytaj i podpisz.

Szybko przejrzałam treść dokumentu i podpisałam się na dole, po czym zwróciłam go Joemu.

– Dzięki za pomoc.

Morelli wepchnął papiery do kieszeni kurtki.

– Muszę wracać do miasta. Masz jakieś plany na dzisiejszy dzień?

– Muszę naprawić drzwi.

– Chcesz zgłosić włamanie i akt wandalizmu?

– Chcę wszystko naprawić i udawać, że nic się nie stało.

Morelli przyjął to do wiadomości i wpatrywał się w czubki swoich butów. Nie miał zamiaru wychodzić.

– Coś nie tak? – zapytałam.

– Mnóstwo rzeczy. – Wypuścił powoli powietrze. – Jeśli chodzi o tę sprawę, nad którą teraz pracuję…

– Tę supertajną?

– Zgadza się.

– Jeśli mi o tym opowiesz, nie pisnę nikomu ani słówka. Przysięgam!

– Akurat – żachnął się Morelli. – Tylko Mary Lou.

– Po co miałabym to opowiadać Mary Lou?

– Bo to twoja najlepsza przyjaciółka. Kobiety zawsze paplają wszystko swoim przyjaciółkom.

Stuknęłam się w czoło.

– No tak. Męska głupota i seksizm.

– No to co, taki już jestem – powiedział Morelli.

– To powiesz mi w końcu czy nie?

– Ale to musi pozostać między nami.

– Nie ma sprawy.

Morelli wciąż się wahał. Znalazł się między młotem a kowadłem. Zrobił kolejny wydech.

– Jeśli to się rozejdzie…

– Nic nikomu nie powiem!

– Trzy miesiące temu w Filadelfii zginął policjant. Miał na sobie kamizelkę kuloodporną z kevlaru, ale dostał dwie kule o zwiększonej sile rażenia. Jedna przebiła mu lewe płuco, druga trafiła w serce.

– Kule „glinobójcy”…

– Zgadza się. Nielegalna amunicja, przebijająca nawet najgrubsze pancerze. Dwa miesiące temu w Newark miała miejsce efektowna strzelanina na ulicy. Strzelano z lekkich rakietnic przeciwpancernych. Takich, jakich używa się w wojsku. Gang Wielkich Psów z ulicy Sherman poniósł spore straty w ludziach, a nowy ford bronco Lionela Simmsa, jednego z Wielkich Psów zamienił się w kupkę złomu. Znaleziono łuskę od pocisku i ustalono, że pochodzi ona z bazy wojskowej Fort Braddock. Zrobiono inwentaryzację w magazynie i okazało się, że brakuje sprzętu. Kiedy Ke

– Pochodził z Braddock.

– Otóż to.

To była naprawdę wielka tajemnica. Teraz życie wydawało mi się o wiele ciekawsze.

– A co Ke

– Powiedział, że kupił ją od kogoś na lewo. Mówił, że nie pamięta nazwiska faceta, ale pomoże nam go odnaleźć.

– A potem zniknął.

– To śledztwo jest prowadzone jednocześnie przez kilka instytucji. Wojskowe Służby Wewnętrzne chcą wszystko utrzymać w tajemnicy.

– To dlaczego postanowiłeś mi o tym opowiedzieć?

– Siedzisz w samym środku tej sprawy. Musisz o tym wiedzieć.

– Mogłeś mnie wcześniej uświadomić.

– Z początku wydawało nam się, że mamy dobre ślady. Liczyłem, że Ke

Mój umysł pracował teraz na najwyższych obrotach i rozważał najrozmaitsze możliwości.

– Mogłeś go przyskrzynić zaraz wtedy na parkingu, kiedy bzykał się z Julią – powiedziałam.

– Mogłem – przyznał mi rację.

– Ale wtedy nie dowiedziałbyś się tego, czego naprawdę chciałeś się dowiedzieć.

– To znaczy?

– Chciałeś go śledzić, żeby wiedzieć, gdzie się ukrywa. Coś mi się zdaje, że ty szukasz nie tylko Ke

– Dobrze, jedź dalej.

Byłam z siebie niezwykle dumna, ale starałam się nie uśmiechać za szeroko.

– Ke

– 1 co jeszcze?

– Moogeyowi też się nieźle wiodło, zwłaszcza jak na pracownika stacji benzynowej. W garażu miał samochód wart fortunę.

– Jaki z tego wniosek?

– Ke

– Zajmował się logistyką. Pracował w magazynie.

– W tym, z którego zginęła broń?

– No, niedokładnie. Broń znajdowała się w składziku obok, ale Ke

– Aha!

Morelli uśmiechnął się.

– Nie podniecaj się tak bardzo. To, że Ke

– Moim zdaniem handlował bronią.

– Ja też tak uważam – zgodził się Morelli.

– Wiesz może, w jaki sposób wywiózł to wszystko z bazy?

– Nie. WSW też nie wie. Mógł wywieźć wszystko za jednym razem, ale mógł też wynosić po troszeczku. Nikt nie robi remanentu, jeśli tego nie potrzebuje albo – jak w tym przypadku – nie okaże się, że coś skradziono. WSW sprawdza przyjaciół Ke

– W takim razie, co należałoby robić?

– Pomyślałem, że nie od rzeczy byłoby pogadać z „Leśnikiem”.

Chwyciłam za telefon, który leżał na blacie kuche

– No, lepiej, żeby to było coś interesującego – odezwał się „Leśnik”.

– Chyba się nie zawiedziesz – powiedziałam. – Znajdziesz dziś chwilę na obiad ze mną?

– W południe u Wielkiego Jima.

– Będzie nas troje – uprzedziłam „Leśnika”. – Ty, ja i Morelli.

– Jest tam teraz z tobą? – dopytywał się „Leśnik”.

– Aha.

– Jesteś może bez ubrania?

– Też coś! Co ci przychodzi do głowy?

– No tak, pewnie jeszcze za wcześnie – stwierdził „Leśnik”.

Usłyszałam trzask w słuchawce i odłożyłam telefon.

Kiedy Morelli wyszedł, zadzwoniłam do Dillona Rudnicka, dozorcy, który był miłym facetem i moim dobrym znajomym. Wyjaśniłam mu, w czym rzecz, i pół godziny później Dillon zjawił się u mnie ze swoją skrzyneczką z narzędziami, trzema litrami farby i sprzętem do malowania.

Zaczął od drzwi, a ja zajęłam się ścianami. Musiałam położyć trzy warstwy farby, by zamalować te napisy, ale już o jedenastej w moim mieszkaniu nie było śladu po groźbach, a w drzwiach tkwiły nowiusieńkie zamki.

Wzięłam prysznic, wyczyściłam zęby i wysuszyłam włosy. Następnie włożyłam dżinsy i czarny golf.

Zadzwoniłam do firmy ubezpieczeniowej i zgłosiłam kradzież samochodu. Dowiedziałam się, że zgodnie z polisą, nie mogę sobie wynająć samochodu na koszt ubezpieczyciela i że pieniądze otrzymam w ciągu miesiąca, o ile rzecz jasna, wcześniej nie znajdzie się mój samochód. Właśnie głęboko sobie wzdychałam, kiedy zadzwonił telefon. Nim zdążyłam podnieść słuchawkę, już przeczuwałam, że to matka.

– Odzyskałaś samochód? – zapytała.

– Nie.

– Nie martw się. Wszystko już sobie obmyśliliśmy. Możesz wziąć wóz wujka Sandora.

Wujek Sandor miał osiemdziesiąt cztery lata i w zeszłym miesiącu powędrował do domu starców. Samochód oddał do dyspozycji jedynej żyjącej siostrze, babci Mazurowej. Babcia nie miała nawet prawa jazdy. Rodzice i reszta wolnego świata wcale nie pragnęli, by próbowała teraz swoich sił.

Wprawdzie darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, aleja naprawdę nie chciałam samochodu wujka Sandora. Był to błękitny buick z 1953 roku z lśniącobiałym dachem, ogromnymi oponami z białymi paskami po bokach i błyszczącymi chromowanymi wykończeniami. Wielkością przypominał wieloryba, a pożerał pewnie najmniej trzydzieści litrów na setkę.

– W ogóle nie przyszłoby mi to do głowy – powiedziałam matce. – To miło z waszej strony, ale to przecież samochód babci.