Страница 16 из 56
Rozdział 5
Kiedy wyjechałam ze stacji benzynowej, było jeszcze wczesne popołudnie. Od Sandemana dowiedziałam się tylko tyle, że nie darzy mnie sympatią. Zresztą z wzajemnością. Wydawało mi się, że w zwykłych okolicznościach Ke
Nie paliłam się do grzebania w jego życiorysie, ale doszłam do wniosku, że warto mu poświęcić trochę uwagi. Chciałam przynajmniej rzucić okiem na jego przytulne gniazdko i sprawdzić, czy przypadkiem nie dzieli go z Ke
Przejechałam aleją Hamiltona i niedaleko biura Vi
– Twój kuzyn to prawdziwy skurwysyn – ryknęła na mnie. – Stronzo! [Stronzo (z wł.) – szuja, drań.]
– Co tym razem przeskrobał?
– Pamiętasz tę nową pracownicę, którą niedawno zatrudniliśmy?
– Sally jakaś tam.
– Tak. Sally, geniusz alfabetu.
Rozejrzałam się po biurze.
– Zdaje się, że jej już tu nie ma.
– I nic dziwnego. Twój kuzynek Vi
– Domyślam się, że Sally nie miała ochoty na tę zabawę.
– Wybiegła stąd z krzykiem, wrzeszcząc, że jej pensję możemy wpłacić na cele dobroczy
– Może powi
Co
– Może lepiej zróbmy to same!
Zadzwonił telefon i Co
Przepisałam go i mruknęłam Co
Sandeman mieszkał przy ulicy Morton, w dzielnicy wielkich domów z betonu, które powoli szły w rozsypkę. Wszędzie widać było zaniedbane trawniki, w brudnych oknach wisiały podarte zasłony, a na ścianach kwitła sprayowa twórczość młodocianych gangów. Większość domów zasiedlało kilku lokatorów. W niektórych spalonych i opuszczonych budynkach otwory okie
Sandeman mieszkał w budynku wraz z kilkoma i
– Od razu wyczuwam gliniarzy – powiedział.
– Nie jestem policjantką. – O co im wszystkim chodzi z tą policją? Spojrzałam na swoje martensy zastanawiając się, czy to przypadkiem nie bierze się z powodu butów. Morelli miał chyba rację. Może rzeczywiście powi
– Szukam Perry’ego Sandemana – oznajmiłam pokazując staruszkowi wizytówkę. – Szukam też jego przyjaciela.
– Sandemana nie ma w domu. W dzień pracuje na stacji benzynowej. Zresztą wieczorami też go trudno zastać. Wraca tu, kiedy się spije albo naćpa. A wtedy jest bardzo nieprzyjemny i lepiej się od niego trzymać z daleka. Kiedy jest pod gazem, dostaje małpiego rozumu. Ale to dobry mechanik. Każdy to pani powie.
– Wie pan może, pod którym mieszka?
– 3C.
– Jest tam ktoś teraz?
– Nie widziałem, żeby ktoś wchodził.
Minęłam staruszka i weszłam do budynku. Stałam przez chwilę, przyzwyczajając wzrok do ciemności. Otaczało mnie zatęchłe powietrze. Czuć w nim było odór z kiepskiej kanalizacji. Poplamiona tapeta odłaziła od ścian. Drewniana podłoga aż chrzęściła od śmieci.
Wyjęłam z torebki aerozol obro
Z jednej strony bałam się jak diabli spotkania oko w oko z kryminalistą i chciałam się stąd czym prędzej wynieść. Ale z drugiej strony chciałam też złapać Ke
Na końcu korytarza zauważyłam okno. Za szybą widać było jakąś pordzewiałą konstrukcję, która wyglądała mi na drabinkę przeciwpożarową. Podeszłam do okna i wyjrzałam na zewnątrz. Wszystko się zgadzało, to była drabinka i na dodatek przylegała do okna Sandemana. Gdybym na nią weszła, mogłabym zajrzeć do jego mieszkania. Na dole nie zauważyłam nikogo. W kamienicy stojącej naprzeciwko wszystkie okna miały pozaciągane zasłony. Należało działać.
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki, oddech. Co złego mogło mnie spotkać? Mogłam zostać aresztowana, zastrzelona, pobita na kwaśne jabłko, no i mogłam też spaść i połamać sobie kości. A wariant optymistyczny? W mieszkaniu nie będzie nikogo, a ja będę mogła w nim pobuszować.
Otworzyłam okno i wyszłam na drabinkę przeciwpożarową. Metalowe schodki znałam jak własną kieszeń, gdyż sama miałam takie przy oknie i spędziłam na nich wiele czasu. Szybko przemknęłam pod okno Sandemana i zajrzałam do środka. W mieszkaniu stała nie zaścielona prycza, która służyła za łóżko. Umeblowania dopełniał niewielki stolik kuche
Co najważniejsze, nie znalazłam nawet śladu Ke
Jedną nogą stałam już na korytarzu, kiedy zerknęłam na dół. Między prętami żelaznej konstrukcji dostrzegłam, że staruszek z dołu stoi dokładnie pode mną i patrzy do góry osłaniając oczy od słońca. Wciąż trzymał moją wizytówkę.
– I co, jest tam ktoś? – zapytał.
– Nie.
– Tak też myślałem – powiedział. – Przez jakiś czas go nie będzie.
– Ładna drabinka przeciwpożarowa. 63
– Przydałoby się to i owo naprawić. Wszystkie bolce pordzewiały. Ja na pani miejscu bym jej nie ufał. No, ale rzecz jasna, jakby się paliło, to i tak nikt by nie zważał na rdzę.
Posłałam mu zakłopotany uśmiech i wcisnęłam się przez okno na korytarz. Czym prędzej zbiegłam po schodach i wypadłam z budynku. Wskoczyłam do jeepa, zablokowałam drzwi i odjechałam.
Pół godziny później byłam już u siebie i zastanawiałam się, co założyć na wieczorną wyprawę detektywistyczną. Zdecydowałam się na botki, długą dżinsową spódnicę i białą koszulę. Poprawiłam makijaż i nakręciłam włosy na wałki. Później, kiedy fryzura była już gotowa, wyglądałam na wyższą o kilka centymetrów. Może nie przyjęliby mnie jeszcze do ligi zawodowej koszykówki, ale na pewno byłabym w stanie onieśmielić Pigmeja.
Właśnie zastanawiałam się, czy zamówić coś z Burger Kinga czy z Pizzy Hut, kiedy rozdzwonił się telefon.
– Stephanie – usłyszałam w słuchawce głos matki – ugotowałam wielki gar gołąbków. No, a na deser jest ciasto.
– Mniam, cóż za pyszności – powiedziałam. – Ale niestety, mam i
– Jakie plany?
– Dotyczące kolacji.
– Umówiłaś się na randkę?
– Nie.
– No to nie ma sprawy.
– Mamo, w życiu są jeszcze i
– Na przykład jakie?
– Na przykład praca.
– Stephanie, Stephanie, Stephanie. Przecież ty łapiesz chuliganów dla tego huncwota Vi
Miałam wielką ochotę walić głową o ścianę.
– Mam też lody waniliowe – kusiła matka.
– Dietetyczne?
– Nie, te drogie, które sprzedają w kartonowych kubkach.
– No dobrze – ustąpiłam. – Przyjadę.
Rex wysunął głowę z puszki i przeciągnął się, unosząc pupę do góry. Ziewnął tak, że można go było przejrzeć na wylot. Obwąchał miseczkę na jedzenie, ale nic w niej nie znalazł, więc powędrował do swojego kółka.
Zreferowałam mu, jak zamierzam spędzić wieczór, żeby się nie martwił, że późno wrócę do domu. W kuchni zostawiłam zapalone światło, włączyłam sekretarkę i wziąwszy pod pachę torebkę i brązową kurtkę, zamknęłam za sobą drzwi. Przyjadę trochę za wcześnie, ale to nie szkodzi. Będę miała czas, żeby przejrzeć nekrologi i postanowić, gdzie się wybrać po kolacji.
Kiedy zajechałam przed dom rodziców, zaczęły zapalać się uliczne latarnie. Sierp księżyca wisiał nisko na ciemniejącym wieczornym niebie. Od popołudnia zdążyło się już oziębić.
W korytarzu przywitała mnie babcia Mazurowa. Siwe włosy miała ciasno skręcone w małe loczki. Spomiędzy nich wyzierała różowa skóra głowy.
– Byłam dziś w salonie piękności – oznajmiła. – Pomyślałam, że może uda mi się czegoś dowiedzieć w sprawie Mancusa.
– 1 jak poszło?
– Całkiem nieźle. Mam parę nowin. Norma Szajack, kuzynka Betty, farbowała sobie włosy. Wszyscy mnie namawiali, żebym zrobiła to samo. Może nawet dałabym się skusić, ale w telewizji mówili, że od farby do włosów można dostać raka. To było chyba w programie Kathy Lee. W studiu siedziała kobieta z guzem wielkości piłki koszykowej i mówiła, że to od farbowania włosów. Ale do rzeczy. Rozmawiałam z Normą. Czy wiesz, że syn Normy, Billie, chodził do szkoły z Ke