Страница 76 из 101
Eddie z najwyższym trudem zdołał ukryć ogromną ulgę pod maską niewzruszonej obojętności.
– Ale mam ci przekazać, że jeśli spróbujesz jakichś numerów, ona zginie pierwsza – dodał nerwowo Luther.
Eddie wyrwał mu słuchawkę.
– Posłuchaj, Vincini. Po pierwsze: muszę zobaczyć ją w łodzi, zanim otworzę drzwi samolotu. Po drugie: musi wejść z wami na pokład. Po trzecie: bez względu na to, co się stanie, jeśli spadnie jej choć włos z głowy, zabiję cię gołymi rękami. Radzę ci, żebyś o tym pamiętał.
Nie czekając na odpowiedź odłożył słuchawkę.
– Po co to zrobiłeś? – zapytał skonsternowany Luther. Podniósł słuchawkę i nacisnął kilkakrotnie widełki. – Halo? Halo? – Potrząsnął głową. – Nic z tego. – Spojrzał na Deakina z mieszaniną gniewu i podziwu. – Ty chyba naprawdę lubisz ryzyko, co nie?
– Idź zapłacić za rozmowę – odparł sucho Eddie.
Gangster sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął stamtąd gruby plik banknotów.
– Posłuchaj, gniewem niczego nie osiągniesz. Dostałeś, czego chciałeś. Teraz musimy ze sobą współpracować, żeby wszystko dobrze się skończyło i dla ciebie, i dla mnie. Dlaczego nie chcesz tego zrozumieć? Jesteśmy wspólnikami.
– Odpieprz się, śmieciu – warknął Eddie i wyszedł z budynku.
Idąc drogą prowadzącą do portu czuł narastającą wściekłość. Uwaga Luthera, że są wspólnikami, ugodziła go boleśnie. Robił wszystko, by uratować swoją żonę, ale jednocześnie pomagał w uwolnieniu Frankiego Gordina, gwałciciela i zabójcy. Fakt, że został do tego podstępnie zmuszony, powinien stanowić dla niego usprawiedliwienie, i zapewne postro
Schodząc ze wzgórza w kierunku zatoczki ujrzał Clippera unoszącego się majestatycznie na spokojnej powierzchni wody. Zdawał sobie doskonale sprawę, że jego kariera inżyniera pokładowego w Pan American dobiegła końca. To także napełniało go wściekłością. W porcie stały również dwa duże frachtowce i kilka kutrów rybackich, a także kuter patrolowy Marynarki Woje
Wszedł do budynku Pan American. W zielono – białej poczekalni stał mężczyzna w mundurze porucznika, prawdopodobnie członek załogi kutra. Słysząc odgłos kroków Eddiego odwrócił się; był to potężnie zbudowany, brzydki człowiek o małych, osadzonych blisko siebie oczach i z brodawką na nosie. Eddie zatrzymał się jak wryty, wpatrując się w niego z radością i zdumieniem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
– Steve? To naprawdę ty?
– Jak się masz, Eddie.
– Skąd się tu wziąłeś, do diabła?
Był to Steve Appleby, do którego Eddie usiłował bezskutecznie dodzwonić się z Anglii – jego najlepszy przyjaciel, jedyny człowiek, którego pragnąłby mieć przy boku w każdej trudnej sytuacji.
Steve podszedł do niego i objęli się mocno, poklepując po plecach.
– Przecież powinieneś być w New Hampshire! Co tu robisz, do licha?
– Nelly powiedziała, że byłeś przerażony, kiedy do niej zadzwoniłeś – odparł Steve, przyglądając mu się uważnie. – Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział cię w takim stanie. Zawsze byłeś jak skała. Domyśliłem się, że masz poważne kłopoty.
– To prawda. – Nagle Eddie poczuł, jak kłębiące się w nim emocje, tłumione od dwudziestu godzin, przybierają raptownie na sile, jakby chciały za wszelką cenę wydostać się na wolność. Świadomość tego, że jego najlepszy przyjaciel poruszył niebo i ziemię, by przybyć mu z pomocą, wzruszyła go do głębi. – Nawet bardzo poważne… szepnął, a potem nie mógł już wykrztusić ani słowa, gdyż do oczu nabiegły mu łzy, a gardło ścisnęły niewidzialne stalowe kleszcze. Odwrócił się i wyszedł na zewnątrz.
Steve ruszył za nim. Eddie zaprowadził go na drugą stronę budynku, do pustego hangaru, w którym zwykle trzymano łódź dowożącą pasażerów i załogę na brzeg. Nikt nie mógł ich tam zobaczyć.
– Nawet nie wiem, ile zaciągnąłem długów wdzięczności, żeby tu się dostać – powiedział Steve, starając się ukryć zażenowanie. – Jestem w Marynarce już osiem lat i sporo ludzi miało wobec mnie pewne zobowiązania, ale dzisiaj wszyscy spłacili mi je z nawiązką i teraz ja jestem ich dłużnikiem. Wątpię, czy wystarczy mi następne osiem lat, by wyrównać rachunki.
Eddie skinął głową. Steve potrafił każdemu załatwić nawet najtrudniejszą sprawę, z czego słynął już niemal w całej Marynarce. Eddie chciał mu podziękować, ale nagle z jego oczu obfitym strumieniem popłynęły łzy.
– Co się stało, chłopie? – zapytał poważnie Appleby.
– Mają Carol-A
– Kto, na litość boską?
– Gang Patriarki.
– Raya Patriarki? Tego kanciarza?
– Porwali ją.
– Ale czemu, do stu piorunów?
– Chcą, żebym uprowadził Clippera.
– Po co?
Eddie otarł twarz rękawem i spróbował wziąć się w garść.
– Na pokładzie jest agent FBI, który eskortuje więźnia, niejakiego Frankiego Gordina. Domyślam się, że Patriarca chce go odbić. W każdym razie jeden z pasażerów, Tom Luther, kazał mi doprowadzić do wodowania u wybrzeży Maine. Będzie tam czekała szybka łódź z Carol-A
Steve skinął głową.
– Ten Luther to jakiś łebski facet. Domyślił się, że jedynym sposobem na to, by zmusić Eddiego Deakina do współpracy, było porwanie jego żony.
– Otóż to.
– Sukinsyny!
– Muszę dostać tych drani, Steve. Chcę załatwić ich własnymi rękami.
– Ale co możesz zrobić?
– Nie wiem. Właśnie dlatego dzwoniłem do ciebie.
Steve zmarszczył brwi.
– Na największe niebezpieczeństwo będą narażeni od chwili, kiedy wejdą na pokład, do momentu, kiedy wrócą do samochodu. Może policja odkryje ich wóz i urządzi przy nim zasadzkę?
– A w jaki sposób go rozpoznają? – zapytał z powątpiewaniem Eddie. – To przecież będzie zwykły samochód zaparkowany przy plaży.
– Mimo to chyba warto spróbować.
– Nie ma żadnej pewności, że się uda, Steve. Zbyt wiele elementów może zawieść. Poza tym nie chcę mieszać w to policji. Kto wie, czy nie zdecydowaliby się zaryzykować życia Carol-A
Appleby skinął głową.
– A samochód mógłby stać po drugiej stronie granicy, więc musielibyśmy zawiadomić także kanadyjską policję. Wszystko wydałoby się w ciągu pięciu minut. Nie, policja odpada. W takim razie pozostaje nam tylko Marynarka Woje
Eddie od razu poczuł się lepiej, mogąc porozmawiać z kimś o swoim problemie.
– Wolałbym Marynarkę.
– W porządku. Może udałoby mi się sprowadzić w miejsce spotkania kuter patrolowy, żeby przechwycił gangsterów po wymianie Gordina na Carol-A
– To niezły pomysł – zgodził się Eddie z nadzieją w głosie. – Ale czy dasz radę to zrobić? – Było czymś nie do pomyślenia, by jednostki Marynarki Woje
– Chyba tak. Teraz i tak bez przerwy trwają jakieś ćwiczenia, na wypadek, gdyby Hitler uporawszy się z Polską za następny cel wybrał sobie Nową Anglię. Po prostu trzeba będzie trochę pokombinować. Znam faceta, który może się tym zająć. To ojciec Simona Greenbourne'a. Pamiętasz Simona?
– Jasne.
Simon miał zwariowane poczucie humoru i niezaspokojone pragnienie, jeśli chodziło o piwo. Wiecznie pakował się w kłopoty, lecz zwykle wykręcał się sianem, gdyż miał ojca admirała.
– Pewnego razu Simon posunął się trochę za daleko – ciągnął Steve. – Upił się i podpalił bar, a wraz z nim kilka okolicznych budynków. To długa historia, ale najważniejsze jest to, że uratowałem go przed odsiadką, i jego ojciec jest mi dozgo
Eddie przyjrzał się jednostce, którą przypłynął Appleby. Był to dwudziestoletni ścigacz okrętów podwodnych o drewnianym kadłubie, ale za to uzbrojony w automatyczne działko kalibru siedemdziesiąt pięć milimetrów i zapas bomb głębinowych. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że mógł napędzić niezłego stracha gromadzie miejskich gogusiów stłoczonych w jakiejś motorówce. Miał jednak jedną wadę: za bardzo rzucał się w oczy.
– Mogą zauważyć go z daleka i zwietrzyć podstęp – zauważył.
Steve potrząsnął głową.
– Te łajby potrafią wpływać daleko w górę rzeki. Zanurzenie nie przekracza dwóch metrów, i to z pełnym ładunkiem.
– Mimo wszystko to bardzo ryzykowne, Steve.
– A nawet jeśli zauważą kuter patrolowy, to co z tego? Przecież zostawi ich w spokoju. Myślisz, że z tak błahego powodu odwołają całą imprezę?
– Mogą coś zrobić Carol-A
Steve otwierał już usta, by zaoponować, ale zmienił zdanie.
– To prawda – przyznał. – Wszystko może się zdarzyć. Tylko ty masz prawo zadecydować, jak daleko wolno nam się posunąć.
Eddie doskonale wiedział, że jego przyjaciel nie jest z nim szczery.
– Myślisz, że się boję, prawda? – zapytał gniewnie.
– Owszem. Ale masz do tego prawo.
Eddie zerknął na zegarek.
– Boże, muszę wracać do pokoju odpraw!
Musiał szybko podjąć decyzję. Steve przedstawił mu najlepszy plan, jaki mógł wymyślić, on zaś miał go zaakceptować lub odrzucić.
– Nie wiem, czy pomyślałeś o pewnej rzeczy – odezwał się Steve. – Kto wie, czy nie zechcą cię oszukać.
– W jaki sposób?
Appleby wzruszył ramionami.
– Nie wiem, ale kiedy już wejdą na pokład Clippera, trudno będzie z nimi dyskutować. Być może postanowią zabrać ze sobą Carol-A
– Po co mieliby to robić, do cholery?
– Żeby mieć pewność, że nie będziesz zbyt gorliwie współpracował z policją.
– A niech to!