Страница 73 из 101
Cisza ciągnęła się w nieskończoność.
– Wygląda na to, że nie mam wyboru, prawda? – zapytał wreszcie Da
– Chyba tak.
– W porządku – bąknął niechętnie. – Poprę cię jutro, ale pod warunkiem, że ty zajmiesz się tamtą sprawą.
Niewiele brakowało, by Nancy zaczęła krzyczeć z radości. Udało się jej! Przeciągnęła Da
– Cieszę się, Da
– Twój ojciec przewidział, że to będzie wyglądało właśnie w taki sposób.
Uwaga Rileya zupełnie ją zaskoczyła.
– Co masz na myśli?
– To, że wasz ojciec chciał, byście ze sobą współzawodniczyli.
Nancy wzmogła czujność, ponieważ w głosie Da
– O czym ty mówisz, do diabła?
– Zawsze powtarzał, że dzieci zamożnych ludzi okazują się zwykle marnymi biznesmenami, ponieważ nigdy nie zaznały prawdziwego głodu. Nie dawało mu to spokoju. Obawiał się, że roztrwonicie wszystko, co on z takim trudem osiągnął.
– Nigdy mi o tym nie mówił – odparła podejrzliwie.
– Dlatego właśnie tak wszystko zaplanował, żebyście musieli ze sobą konkurować. Przygotowywał cię do objęcia jego stanowiska, ale jednocześnie obiecał Peterowi, że to on zasiądzie w fotelu prezesa zarządu. W ten sposób sprowokował konflikt, w wyniku którego przy sterze zostanie silniejsze z was dwojga.
– Nie wierzę ci! – wykrzyknęła Nancy, lecz w głębi duszy nie wiedziała, co powi
– Możesz wierzyć lub nie – odparł Da
– Obiecał Peterowi, że zostanie prezesem?
– Oczywiście. Jeśli masz jakieś wątpliwości, zapytaj swego brata.
– Jeżeli nie uwierzę tobie, tym bardziej nie uwierzę Peterowi.
– Nancy, kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy, miałaś zaledwie dwa dni – powiedział Da
Tym razem mu uwierzyła. Sprawiał wrażenie kogoś, komu jest naprawdę przykro, a to czyniło jego rewelacje znacznie bardziej wiarygodnymi. Zakręciło jej się w głowie. Przez chwilę nie odzywała się ani słowem, usiłując ponownie wziąć się w garść.
– Zobaczymy się na zebraniu zarządu – powiedział Da
– W porządku – wykrztusiła.
– Do widzenia, Nancy.
– Do widzenia, Da
Odłożyła słuchawkę.
– Mój Boże, byłaś wspaniała! – wykrzyknął Mervyn.
Uśmiechnęła się lekko.
– Dziękuję.
– Tak się do niego zabrałaś, że nie miał najmniejszej szansy! Biedak nawet się nie zorientował, kiedy…
– Och, daj mi spokój!
Na Mervyna podziałało to jak uderzenie w twarz.
– Jak sobie życzysz – powiedział lodowatym tonem.
Natychmiast pożałowała swego wybuchu.
– Wybacz mi – poprosiła, dotykając jego ramienia. – Pod koniec rozmowy Da
– Chcesz mi to powtórzyć? – zapytał ostrożnie.
– Według niego mój ojciec celowo sprowokował konflikt między mną a Peterem, żeby firmą kierowało to z nas, które wyjdzie z niego zwycięsko.
– Wierzysz mu?
– Tak, i to właśnie jest najgorsze. Myślę, że może mieć rację. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, ale takie wyjaśnienie bardzo wiele tłumaczy.
Ujął jej rękę.
– Jesteś zdenerwowana.
– Owszem. – Pogłaskała rzadkie czarne włosy rosnące na zewnętrznej stronie jego ręki. – Czuję się jak postać z filmu postępująca według scenariusza napisanego przez kogoś zupełnie i
Mervyn skinął ze zrozumieniem głową.
– A co chciałabyś zrobić?
Nie miała kłopotów ze znalezieniem odpowiedzi na jego pytanie.
– Chciałabym napisać własny scenariusz.
ROZDZIAŁ 20
Harry Marks był tak szczęśliwy, że prawie nie mógł się poruszyć.
Leżał w łóżku wspominając wydarzenia minionej nocy: nagły dreszcz rozkoszy wywołany pocałunkiem Margaret; obawy towarzyszące długim chwilom, podczas których zbierał się na odwagę, by przystąpić do energiczniejszych działań; zawód spowodowany łagodną, lecz zdecydowaną odprawą; wreszcie zdumienie i zachwyt, kiedy wskoczyła do jego koi niczym królik dający nura do nory.
Zacisnął mocno powieki przypomniawszy sobie, co się stało niemal natychmiast po tym, jak go dotknęła. Działo się tak zawsze, kiedy szedł do łóżka z nową dziewczyną. Nie mógł na to nic poradzić.
Wstydził się tego. Jedna z dziewcząt szydziła potem z niego i wyśmiewała się, ale na szczęście Margaret nie okazała ani odrazy, ani rozbawienia. Odniósł wrażenie, że nawet ją to podnieciło. Potem zresztą ona także miała swą przyjemność. Wprost nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu. Nie był specjalnie inteligentny, nie miał pieniędzy i nie pochodził z jej warstwy społecznej. Był zupełnym zerem, a ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Co w nim zobaczyła? To, co on zobaczył w niej, nie stanowiło żadnej tajemnicy, była piękna, urocza, miła i wrażliwa, a w dodatku miała ciało bogini. Każdy zakochałby się w niej po uszy. Ale on? Nie wyglądał jak upiór, to prawda, i wiedział, jak się ubrać, ale wyczuwał podświadomie, że dla Margaret te sprawy nie miały większego znaczenia. Po prostu coś ją w nim zafascynowało. Intrygował ją sposób życia Harry'ego, a w dodatku wiedział dużo o sprawach, które dla niej stanowiły zupełną tajemnicę – między i
A teraz miał zaryzykować utratę tego wszystkiego.
Chciał ukraść biżuterię jej matki.
Żadna dziewczyna nie zbyłaby tego wzruszeniem ramion. Co prawda, rodzice Margaret byli dla niej okropni, ona sama zaś może nawet uważała, że bogactwa należące do możnych tego świata powi
Z drugiej strony tu, w tym samolocie, w luku bagażowym odległym zaledwie kilka metrów od jego łóżka, znajdował się Komplet Delhijski – jeden z najpiękniejszych klejnotów świata, wart prawdziwą fortunę, dzięki której on, Harry, mógłby nie mieć żadnych materialnych trosk już do końca życia.
Marzył o tym, by wziąć go do ręki, napawać oczy otchła
Ma się rozumieć, cała oprawa musiała ulec zniszczeniu, co stanowiło niepowetowaną stratę, ale kamienie ocaleją, by po jakimś czasie trafić do i
Tak, to właśnie zrobi z pieniędzmi. Kupi sobie dom na wsi, gdzieś w Ameryce, może nawet w rejonie, który nazywano Nową Anglią, gdziekolwiek to jest. Widział go już teraz: dom otoczony trawnikami i drzewami, pełen gości w białych garniturach i słomkowych kapeluszach. Po drewnianych schodach szła jego żona ubrana w strój do ko
Miała twarz Margaret.
Opuściła go o świcie, wyślizgnąwszy się ostrożnie z jego koi, tak by nikt jej nie zauważył. Harry patrzył w okno i myślał o niej, podczas gdy samolot leciał nad iglastymi lasami Nowej Fundlandii, by wreszcie wylądować w Botwood. Powiedziała, że zostanie na pokładzie, by zdrzemnąć się choć godzinę. Harry również nie zamierzał schodzić na ląd, lecz z całkiem i
Przyglądał się, jak dość liczna grupa wchodzi na pokład motorówki – mniej więcej połowa pasażerów i większość załogi. Teraz, kiedy niemal wszyscy spośród tych, którzy zostali na pokładzie, byli jeszcze pogrążeni we śnie, będzie miał znakomitą okazję, by dostać się do luku. Zamki walizek i kufrów nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Już wkrótce Komplet Delhijski znajdzie się w jego rękach.
Zastanawiał się jednak, czy piersi Margaret nie były najce
Nakazał sobie wrócić myślami na ziemię. Owszem, spędziła z nim noc, ale czy zobaczy ją jeszcze, kiedy wyjdą z samolotu? Słyszał, że najbardziej nietrwałymi spośród wszystkich romansów były „przygody statkowe”; „przygody samolotowe” musiały w związku z tym być jeszcze bardziej ulotne. Margaret dążyła za wszelką cenę do tego, by wyzwolić się spod kurateli rodziców i rozpocząć niezależne życie, ale czy kiedykolwiek osiągnie ten cel? Mnóstwo dziewcząt z zamożnych domów marzyło o niezależności, lecz praktyka wykazywała, że niezmiernie trudno jest wyrzec się luksusów. Choć Margaret była w stu procentach uczciwa, to nie miała pojęcia o tym, jak żyją ubodzy ludzie; kiedy zazna ich losu, może jej się to nie spodobać.