Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 19 из 32

Rozdział 9

Stwierdzenie, że spektakl odniósł druzgocący sukces, byłoby eufemizmem. Ludzie na widowni śmieli się i płakali, czyli robili mniej więcej to, co powi

– Byliście oboje świetni – stwierdził po prostu. – Jestem z ciebie dumny, chłopie.

Podczas gdy to mówił, pa

– Mój ty aniele – szeptał, gładząc ją po włosach.

Jamie miała zamknięte oczy i nawet mnie zaczęło drapać w gardle. Zdałem sobie sprawę, że mój „ słuszny postępek” nie okazał się w końcu taki zły.

Kiedy odsunęli się wreszcie od siebie, Hegbert wskazał z dumą, żeby podeszła do reszty obsady, i wszyscy stojący na scenie obsypali ją gratulacjami. Jamie wiedziała oczywiście, że dobrze wypadła, lecz powtarzała ludziom, że nie wie, o co ten cały zgiełk. Była znowu sobą, zwyczajną, pogodną dziewczyną, ponieważ jednak wyglądała tak ładnie, sprawiało to na nas zupełnie i

– Dziękuję ci, Landon, za to, co zrobiłeś – powiedziała z uśmiechem. – Mój ojciec jest dzięki tobie bardzo szczęśliwy.

– Nie ma o czym mówić – odparłem szczerze.

Co dziwne, kiedy to powiedziała, uświadomiłem sobie, że tego wieczoru to Hegbert odwiezie ją do domu, i po raz pierwszy w życiu żałowałem, że nie mogę jej sam odprowadzić.

W poniedziałek zaczął się ostatni tydzień przed przerwą świąteczną i z wszystkich przedmiotów mieliśmy sprawdziany. Ja musiałem poza tym wypełnić do końca podanie o przyjęcie na Uniwersytet Północnej Karoliny, co odłożyłem na później z powodu prób teatralnych. Planowałem kuć ostro przez cały tydzień, a wieczorami, przed pójściem spać, zająć się podaniem. Mimo to nie mogłem przestać myśleć o Jamie.

Jej transformacja w trakcie przedstawienia była, łagodnie mówiąc, zaskakująca, i odniosłem wrażenie, że sygnalizuje jakąś głębszą zmianę. Nie wiem, dlaczego tak myślałem, ale byłem o tym dość mocno przekonany i bardzo mnie zdumiało, kiedy pojawiając się w poniedziałkowy ranek, wyglądała tak samo jak zawsze; z włosami związanymi w kok, w brązowym swetrze, plisowanej spódniczce i tak dalej.

Nie przyciągała w ogóle wzroku i nie mogłem jej nie współczuć. Przez jeden weekend – tak w każdym razie to wyglądało – uznana została za kogoś normalnego, a nawet wyjątkowego – lecz w jakiś sposób to zmarnowała. Ludzie byli dla niej może trochę milsi i ci, którzy nigdy z nią nie rozmawiali, podchodzili i mówili, jak świetnie wypadła, ale wiedziałem, że nie będzie to trwało długo. Niełatwo przełamać ukształtowane od dzieciństwa uprzedzenia i obawiałem się nawet trochę, czy występ w sztuce nie obróci się przeciwko niej. Teraz, kiedy ludzie wiedzieli, że może wyglądać normalnie, mogli nawet stać się bardziej bezwzględni.

Chciałem porozmawiać z nią o moich spostrzeżeniach, naprawdę tego chciałem, zamierzałem to jednak zrobić dopiero pod koniec tygodnia. Nie tylko dlatego, że miałem mnóstwo roboty, ale ponieważ potrzebowałem trochę czasu, żeby zastanowić się, jak jej to najlepiej przekazać. Prawdę mówiąc, wciąż czułem wyrzuty sumienia z powodu rzeczy, które powiedziałem, odprowadzając ją po raz ostatni do domu, i czułem je nie tylko dlatego, że sztuka odniosła sukces. Chodziło bardziej o to, że Jamie była dla mnie zawsze miła i wiedziałem, że źle postąpiłem.

Jeśli mam być szczery, nie wydawało mi się również, żeby ona sama miała ochotę ze mną rozmawiać. Zdawałem sobie sprawę, że widzi, jak rozmawiam z przyjaciółmi podczas dużej przerwy. Siedziała w kąciku, czytając swoją Biblię, ale ani razu do nas nie podeszła. Kiedy jednak wychodziłem tego dnia ze szkoły, usłyszałem za plecami jej głos. Zapytała czy mógłbym ją odprowadzić do domu. Mimo że nie byłem jeszcze gotów podzielić się z nią moimi myślami, zgodziłem się. Ze względu na stare czasy, rozumiecie.

Chwile później Jamie przeszła do rzeczy.

– Pamiętasz, co mówiłeś, odprowadzając mnie po raz ostatni do domu? – zapytała.

Kiwnąłem głową. Wolałbym, żeby mi tego nie przypominała.

– Obiecałeś, że mi to wynagrodzisz – powiedziała.

Trochę mnie to zdezorientowało. Myślałem, że już to zrobiłem, występując w sztuce.

– Zastanawiałam się, co takiego mógłbyś zrobić – kontynuowała jamie, nie dając mi dojść do słowa. – i oto, co wymyśliłam…

Zapytała, czy mógłbym zebrać słoiki po marynatach i puszki po kawie, które ustawiła na początku roku w sklepach i barach w całym miasteczku. Słoiki i puszki stały na ladach, na ogół blisko kasy, żeby ludzie mogli wrzucać do nich drobne pieniądze przeznaczona dla sierot. Jamie nie chciała prosić ludzi wprost o pieniądze, wolała, żeby dawali je dobrowolnie. W jej mniemaniu było to bardziej po chrześcijańsku.

Pamiętam dobrze te pojemniki, które stały miedzy i

Jamie spostrzegła moją kwaśną minę.

– Nie musisz tego robić – powiedziała, wyraźnie rozczarowana. – Pomyślałam po prostu, że już niedługo Boże Narodzenie, a ja nie mam samochodu i nie zdążę ich wszystkich zebrać…

– Nie, nie… – przerwałem jej. – Zrobię to. I tak nie mam dużo do roboty.

To właśnie zatem robiłem we środę, mimo że musiałem uczyć się do sprawdzianów i nie wypełniłem jeszcze podania na studia. Jamie dała mi listę wszystkich miejsc, w których ustawiła puszki, a ja pożyczyłem samochód od mamy i zacząłem zbiórkę od drugiego końca miasteczka. Jamie rozstawiła w sumie około sześćdziesięciu pojemników i sądziłem, że zabranie ich zajmie mi tylko jeden dzień. W porównaniu z ich rozstawieniem powi

Chodziłem od firmy do firmy, zbierając puszki i słoje, i pod koniec pierwszego dnia uświadomiłem sobie, że potrwa to trochę dłużej, niż myślałem. Udało mi się zebrać nie więcej niż dwadzieścia pojemników, ponieważ zapomniałem o pewnym prostym fakcie. W miasteczku takim jak Beaufort nie można było ot tak sobie wpaść do sklepu i złapać puszki, nie pogadawszy najpierw z właścicielem albo nie pozdrowiwszy kogoś, kogo się znało. To było po prostu nie do pomyślenia. Musiałem więc zachować spokój, gdy jakiś facet opowiadał o marlinie, którego złowił zeszłej jesieni, pytał, jak mi idzie w szkole, napomykał, że potrzebuje pomocy przy rozładowaniu paru skrzynek na zapleczu, albo zasięgał mojej opinii, czy nie powinien przesunąć w i

Żeby nie przedłużać dodatkowo całej sprawy, nie sprawdzałem za każdym razem zawartości pojemników. Wrzucałem po prostu zawartość jednej puszki do drugiej i ruszałem dalej. Pod koniec pierwszego dnia wszystkie datki znalazły się w dwóch dużych słojach, które zaniosłem do swojego pokoju. Przez szkło widziałem kilka banknotów – co prawda niezbyt wiele – i nie niepokoiłem się zbytnio, póki nie wysypałem zawartości na podłogę i nie zobaczyłem, że składa się głównie z jednocentówek. Choć nie było tam tak dużo żetonów i papierków, jak się obawiałem, po przeliczeniu pieniędzy nie mogłem opanować rozczarowania. Zebrałem dwadzieścia dolarów i trzydzieści dwa centy. Nawet w roku 1958 nie była to zbyt wielka suma, zwłaszcza gdy podzieliło się ją między trzydzieścioro dzieci.

Nie upadałem jednak na duchu. Mając nadzieję, że to jakaś pomyłka, wyjechałem następnego dnia na miasto, zebrałem kolejne puszki i odbyłem pogawędki z kolejnymi dwudziestoma sklepikarzami. Wynik: 23 dolary i 89 centów.

Trzeci dzień był jeszcze gorszy. Przeliczywszy pieniądze, sam nie mogłem uwierzyć w to, jak jest ich mało. 11 dolarów i 52 centy. Pochodziły z lokali nad samym morzem, które odwiedzali turyści i ludzie tacy jak ja. Co z nas za łachudry, pomyślałem.

Widząc, jak mało udało się zebrać – łącznie 55 dolarów i 73 centy – czułem się okropnie, zwłaszcza, że puszki stały przez cały rok i sam widziałem je niezliczoną ilość razy. Tego wieczoru miałem zadzwonić do Jamie i powiedzieć jej, ile zebrałem, ale nie byłem po prostu w stanie tego zrobić. Opowiadała mi wcześniej, jak bardzo chciałaby zrobić w tym roku coś wyjątkowego, a ta suma na pewno tego nie umożliwiała – nawet ja zdawałem sobie z tego sprawę. W związku z tym okłamałem ją, mówiąc, że powi