Страница 20 из 75
Rozdział 7
Aleksa zobaczyła zamek wynurzający się ze sma¬ganego wiatrem surowego wybrzeża. Jego wspania¬łe okrągłe wieżyczki strzelały złowieszczo ku zasnu¬temu chmurami niebu. Z początku wrażenie było przygnębiające, jako że budowla trochę przypomi¬nała średniowieczną fortecę szykującą się do obro¬ny przed Aleksą, a trochę – stare więzienie.
Potem, gdy podjechali bliżej, usłyszała głośny szum morza i krzyk krążących nad wodą mew o szarych skrzydłach. Spienione fale uderzały o brzeg, ostry słony wiatr wdzierał się przez otwar¬te okienka powozu. Zamek w otoczeniu surowej, brutalnej i nieposkromionej przyrody, sceneria przywodząca na myśl gotycką powieść, działał na zmysły. Wszystko w jakiś niewytłumaczalny sposób przemawiało do wyobraźni Aleksy. Jej ser¬ce biło coraz szybciej, oczekując tego, co nieznane.
Goła ziemia przypominała Aleksie jej tajemni¬czego właściciela. Podobnie jak on, ta mrocz¬na sceneria przyciągała ją swoim niesamowitym pięknem.
Zauważyła jeszcze i
Po kilku minutach powóz wjechał na długi żwi¬rowy podjazd, a kilka szczekających głośno psów wybiegło im na spotkanie. W końcu kareta stanꬳa. Damien zeskoczył z kozła na ziemię i otworzył drzwiczki. Zaskoczona jego ponurą miną Aleksa w milczeniu pozwoliła, żeby pomógł jej wysiąść.
– Nie jest to Stoneleigh ani Marden – powie¬dział dziwnie szorstko – ale myślę, że z czasem się przyzwyczaisz. – Poprowadził ją do wielkich dębo¬wych drzwi, idąc żwawym krokiem, i przytrzymy¬wał w sposób nieco bardziej formalny, niż się spo¬dziewała.
Minęła lokaja stojącego przy wejściu i nagle znieruchomiała. Znalazła się w pomieszczeniu, które niegdyś było Wielką Salą, otoczonym belka¬mi przyciemnianymi od dymu pożarów z okresu ostatnich kilkuset lat. Stanęła zauroczona ponad¬czasowością tego miejsca.
– To niesamowite… – wyszeptała, spoglądając z zachwytem na ciężkie żelazne żyrandole i wielkie kamie
– To najstarsza część zamku – rzekł powściągliwie Damien. – Jest kilka nowszych skrzydeł, ale tu¬taj zawsze było główne wejście i jakoś nie mam ochoty tego zmieniać.
– W cale ci się nie dziwię.
– Niektóre budynki na zewnątrz i kilka wieżyczek potrzebuje naprawy, ale reszta domu jest w dobrym stanie. Jak już mówiłem, nie jest to Sto¬neleigh ani Marden, ale być może z czasem zaak¬ceptujesz to miejsce jako swój dom.
Czyżby usłyszała w jego głosie nutę niepewno¬ści? Pilnie obserwował jej twarz od momentu, gdy wysiadła z karety. Czy możliwe, że tak samo jak ona obawiał się, iż nie spodoba się jej nowe miej¬sce zamieszkania?
Uśmiechnęła się do niego łagodnie.
– Zamek Falon jest wspaniały. Zupełnie niepo¬dobny do tych, które widziałam dotychczas. Zie¬mia dokoła jest dzika i naga, lecz na swój sposób piękna.
Oglądała wnętrze zamku. Ogień płonął przy¬jemnie w kominku tak wielkim, że dorosły mężczy¬zna mógłby stanąć wyprostowany w jego wnętrzu. Meble były wypolerowane i nieskazitelnie czyste. Służący czekający w pobliżu sprawiali wrażenie kompetentnych i miłych. Spoglądali na swojego pana w taki sposób, jakby naprawdę byli zadowo¬leni z jego powrotu.
– Jest tu o wiele przyjemniej, niż można się było spodziewać – dodała. – I czuje się atmosferę cie¬pła, której nie oczekiwałam. – Delikatnie przesu¬nęła dłonią po blacie dębowego, wyglądającego na kilkusetletni, stołu. – Co do jednego masz rację. Nie jest to Stoneleigh ani Marden. One są piękne i wielkie, lecz nigdy nie było w nich atmosfery ży¬cia i domowego ogniska, którą wyczuwam tutaj. Dla mnie były to jedynie cztery ściany, nic więcej. Nigdy nie czułam się z nimi związana, a wydaje mi się, że tutaj byłoby to możliwe.
Damien błysnął jednym ze swoich najbardziej olśniewających uśmiechów. Napięcie ustąpiło z je¬go twarzy, a w jasnoniebieskich oczach zapłonęły wesołe ogniki. Wyglądał jeszcze przystojniej niż kiedykolwiek przedtem, jeszcze bardziej zniewala¬jąco. Pomyślała, że chciałaby widzieć ten uśmiech jak najczęściej.
– Obawiałem się, że mój zamek wyda ci się po¬nury i smutny. Tak o nim myślała moja matka. Nienawidziła tego miejsca od pierwszego dnia, kiedy tu przybyła. Ale ojciec zawsze je kochał, po¬dobnie jak ja.
Poczuła w sercu rapość, że sprawiła mu taką przyjemność.
– Jestem pewna, że i ja je pokocham. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Gdy na nią spoj¬rzał, jego oczy przybrały barwę ciemniejszego błę¬kitu. Widziała w nich głód, pragnienie, które ostat¬nio próbował skrzętnie ukryć. Ona również poczu¬ła przyspieszone bicie serca, świeży rumieniec na policzkach. Chciała powiedzieć coś jeszcze na temat domu, lecz nim zdążyła otworzyć usta, zbliżył się kamerdyner. Na jego wąskiej, postarza¬łej twarzy malowała się konsternacja.
– Przepraszam, milordzie.
– Wybacz, Montague. Zaniedbałem stosownej introdukcji. Tak jak napisałem w liście, w końcu wziąłem sobie żonę. – Spojrzał na nią przelotnie, ciepło, zatrzymując sekundę dłuźej wzrok na jej piersiach. Oblała ją fala gorąca. – Oto twoja nowa pani. Lady Falon, to jest Wesley Montague, nasz kamerdyner.
Szczupły mężczyzna skłonił się sztywno.
– Jestem zaszczycony, milady. W imieniu swoim i całej służby witam panią w zamku Falon.
– Dziękuję
– Większość służby pracuje w Falon od wielu lat – stwierdził Damien. – Będziesz miała czas, by poznać pozostałych, gdy się już trochę zadomowisz.
Przeniósł wzrok na kamerdynera, który poruszał się niespokojnie, obserwowany z tak bliska.
– Obawiam się, że jest jeszcze jedna sprawa, mi¬lordzie.
Damien spojrzał na niego uważnie.
– O co chodzi? – Był o kilkanaście centymetrów wyższy od chudego, siwiejącego mężczyzny, jednak Montague wcale nie wydawał się wystrflszony. Wy¬dawało się, że jest między nimi jakaś przyjazna więź.
– Wspomniał pan o swojej matce, milordzie.
Muszę z przykrością zawiadomić, że wczoraj przy¬była do zamku.
– Moja matka?
– Niestety tak. A także pańska siostra.
Damien niecierpliwym ruchem przeczesał dło¬nią czarne włosy.
– Dobry Jezu, przecież nie przyjeżdżały tu od wielu lat.
– No właśnie, sir.
– Czy wyjawiły cel swojej wizyty?
Montague zerknął w kierunku Aleksy. Na jego wychudłych bladych policzkach pojawił się nie¬znaczny rumIemec.
– Dowiedziały się o pańskim ślubie, milordzie, wydaje się, jeszcze zanim nastąpił. Twierdzą, że to teraz główny temat towarzyskich plotek.
– Nie wątpię – westchnął Damien. – Zapewne przyjechały, żeby cieszyć się moją genialną zemstą.
– Obawiam się, że jest zupełnie przeciwnie. – Ka¬merdyner jeszcze bardziej się zaczerwienił. – Może powi
– Wykrztuś to z siebie, człowieku. Ta dama jest moją żoną. Prędzej czy później będzie musiała sta¬nąć w obliczu mojej "kochającej rodzinki".
Montague odchrząknął.
– Wydaje się, milordzie, że obie są bardzo nieza¬dowolone z pańskiego wyboru. Uważają, że zhań¬bił pan pamięć swojego zmarłego brata.
Twarz Damiena stężała, a Aleksa nagle poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Wiedziała, że wszystko poszło zbyt łatwo, że nie mogło się skończyć tak szybko.
– Gdzie one są?
– Podano im podwieczorek w Pokoju Podróżnym. Poprosiłem je tam w nadziei, że nie dowiedzą się o pańskim przyjeździe do momentu, aż zdąży¬my porozmawiać.
– Dziękuję ci, Monty. – Damien odwrócił się do Aleksy. – Przykro mi, że tak się stało. Nie po¬myślałem nawet przez chwilę, że moja rodzina mo¬że się tu zjawić.
– Nie szkodzi. Prędzej czy później i tak będę mu¬siała stawić im czoła.
Uśmiechnął się smutno, lecz wciąż patrzył na nią z nutą tego samego pożądania jak poprzednio.
– Ze względu na plany, jakie sobie obmyśliłem, wolałbym, żeby to nastąpiło jak najpóźniej. – Uści¬snął jej dłoń. – Monty zaprowadzi cię na górę, ja zaś udam się na spotkanie z lwicami w ich jaskini.
– Może powi
– Odbyliśmy długą podróż. L6piej odpocznij, a dołączysz do nas przy kolacji. N a pewno będzie interesująca, ze względu na obecność Rachael.
Rachael Melford, lady Townsend. Matka Da¬miena i Melissy. Oraz oczywiście zmarłego mło¬do Petera.
Wzdrygnęła się. Te kobiety nie robiły tajemnicy "e swojej nienawiści. Przez wiele miesięcy po śmierci Petera Aleksa pisała do nich listy, bła¬gając o wybaczenie za swój udział w tym, co się sta¬ło, lecz pan Tyler, guwerner Petera, odsyłał wszyst¬kie do nadawczyni. Bowiem obie damy nie chciały ich czytać. Było mu bardzo przykro, jak twierdził, lecz nic nie mógł na to poradzić.
A teraz obie były tutaj, zaś ona musiała stanąć z nimi twarzą w twarz. Boże, co ona im powie?
I co one jej powiedzą?
– No proszę, oto i świeżo upieczona oblubienica. Na dźwięk tych słów Aleksa aż 'podskoczyła, zaskoczona widokiem swojej teściowej. Przemknęło jej przez głowę, że może starsza pani jakimś sposo¬bem czyta w jej myślach.
– Lady Townsend… – szepnęła. Stojący obok Damien zesztywniał, lecz szybko odzyskał pew¬ność siebie i zmusił się do uśmiechu.
– Matko. Właśnie miałem do was dołączyć.
Mam nadzieję, że podwieczorek był przyjemny.
Była elegancką, szczupłą kobietą. Jej niegdyś blond włosy były teraz mocno przyprószone siwi¬zną. Nadal wyglądała pięknie, miała delikatne rysy twarzy i piękną cerę. Damien nie był do niej po¬dobny, jeśli pominąć jasnoniebieskie oczy.
– Niestety, w tym okropnym domu nie czuję się dobrze. Jest stary i stęchły tak sarno jak trzydzieści lat ternu, gdy przyjechałam tu z twoim ojcem.