Страница 11 из 75
Rozdział 4
Czując coraz większy ucisk w gardle, Aleksa drżącymi palcami nałożyła halkę, po czym szybko wskoczyła w swoją złocistą suknię. Bezskutecznie próbowała zapiąć guziki na plecach, po raz kolejny z trudem powstrzymując się od płaczu. Rozległ się trzask rozrywanego materiału, lecz nic jej to nie obchodziło. Było jej niedobrze, czuła się rozczaro¬wana, niepewna, przepełniona rozpaczą. Nie chciała patrzeć na Darniena, obawiając się jego wi¬doku, zawstydzona własną reakcją, nieświadoma, dlaczego straciła nad sobą panowanie.
Nie usłyszała, gdy podchodził, gdyż jego kroki stłumił gruby dywan. Zesztywniała, czując jego do¬tyk, spięta naszykowała się na kolejne starcie, ale ich walka chyba dobiegła już końca. Położył ręce na jej talii, odsunął jej dłonie i zapiął pozostałe gu¬ziki sukni z delikatnością, jakiej nię oczekiwała, i z wprawą, która mówiła sarna za siebie.
Kiedy skończył, odsunął się.
– To chyba twoje – powiedział cicho, podając jej małą karteczkę, w której rozpoznała swój weksel.
Z trudem przełknęłą przez zaciśniętę gardło i nie pewnym ruchem sięgnęła po papier.
– Dziękuję – powiedziała martwym głosem, ostrożnie zabierając kartkę z jego palców, tak by go nie dotknąć. Ponownie ją zaskoczył. Oczekiwa¬ła, że wciąż będzie chciał zapłaty, że chodzi mu wy¬łącznie o pieniądze, a ona będzie musiała spłacić mu wszystko co do pensa. A tymczasem on ponow¬nie sprawił, że musiała zmienić zdanie.
Odszedł kilka kroków, sięgnął po złocistą pele¬rynę i otulił nią Aleksę
– Czas się skończył. Musimy iść.
Dla niej czas skończył się już kilka godzin ternu.
Gdy powi
Wszystko to było kłamstwem, jakąś perfidną grą. A on pociągał za wszystkie sznurki. Przez całą kolację próbował ją oczarować, udawał, że mają wspólne zainteresowania, chwalił jej inteligencję, zachowywał się tak, jakby jej zdanie naprawdę miało znaczenie. I niejednokrotnie w jego oczach pojawiało się spojrzenie wyrażające samotność i tęsknotę. Ciekawe, czy to także było udawane, czy też było jedynym prawdziwym elementem pod¬czas całego dzisiejszego wieczoru.
– Gotowa?
– Tak – wykrztusiła. Damien wziął ją za rękę i poprowadził do drzwi. Chciała się oswobodzić, ale nie miała pewności, czy da radę zejść po scho¬dach na własnych nogach. Pragnęła jak najszybciej oddalić się z tego miejsca, wrócić do domu, ukryć się bezpiecznie w Marden.
Bez względu na to, co powie Rayne, poprosi go, żeby ją tam zabrał.
Damien po raz ostatni spojrzał na zegar. Wpół do drugiej. Zostało im trochę czasu, chociaż nie¬zbyt dużo. Lord Beechcroft nigdy nie wracał ze swoją kochanką, aktorką Sophie Lang z teatru Royale przy Drury Lane, przed drugą w nocy. Przedstawienie kończyło się dokładnie o pierwszej trzydzieści, a Beechcroft był równie punktualny jak roznamiętniony. Plan Damiena przewidywał nieoczekiwane spotkanie z baronem w momencie opuszczania tawerny mniej więcej o świcie, po tym jak obaj odbyliby namiętne spotkania ze swoimi damami. A teraz…: cóż, pod koniec wieczoru jego plany uległy pewnym zmianom.
Nasunął kaptur peleryny na głowę Aleksy, aby ukryć jej ogniste włosy, po czym ruszyli w dół po schodach. W barze wciąż siedziało kilku gości, głównie podróżnych, zaś pokoje na górze zajmo¬wali bogaci młodzieńcy i ich kochanki. Romanso¬wanie było w modzie, tawerna była dobrze znanym miejscem potajemnych schadzek, o czym jednak Aleksa nie miała najmniejszego pojęcia.
Pospiesznie zeszli na dół i ruszyli ku ciężkim dę¬bowym drzwiom wejściowym, gdy te nagle otwo¬rzyły się, wpuszczając do wnętrza silny powiew wiatru..
– Idzie burza – powiedział siwiejący mężczyzna z brodą, który wkroczył do środka w towarzystwie małej, owiniętej w pelerynę postaci.
Boże, lord Beeehcroft. Prawie nigdy nie zj awiał się tu tak wcześnie. Damien był tego niemal pe¬wien, ponieważ wydał małą fortunę na łapówki dla pracującej w zajeździe dziewczyny, żeby stara
Kiedy się mijali, na twarzy lorda Beechcrofta za¬gościł uśmiech.
– Dobry wieczór, droga Alekso. Jakże miło cię widzieć… chociaż muszę przyznać, że nie spodzie¬wałem się spotkać cię w takim… miejscu.
Damien poczuł bolesny ucisk w żołądku. Od¬wrócił się i zobaczył, jak Aleksa walczy ze swoim kapturem, jak próbuje naciągnąć go z powrotem, po tym jak gwałtowny podmuch wiatru zerwał go jej z głowy.
– Lord Beechcroft… – powiedziała w końcu.
– Ja właśnie… to znaczy, my właśnie…
Uśmiechnął się jak zgłodniały wilk.
– Nie obawiaj się, moja droga. Ja jestem niezwykle dyskretny.
Damien aż jęknął w myślach. Tak dyskretny jak pismaki z "Morning Post". Właśnie dlatego tak stara
Siwiejący mężczyzna odwrócił się w jego stronę Był baronem, a więc arystokratą niższego szczebla, jednak aspirował do elit i z upodobaniem wywoły¬wał zamęt wśród śmietanki towarzyskiej.
– Radziłbym panu zachowywać większą ostroż¬ność, lordzie Fałon. Reputacja damy to bardzo cen¬ny towar.
Damien zmusił się do uśmiechu.
– Tu nie ma miejsca żaden skandal, mimo że sy¬tuacja może sugerować coś i
Było to bardzo mizerne usprawiedliwienie, o czym zresztą wszyscy dobrze wiedzieli. Aktorka zademonstrowała uśmieszek, zaś baron z niedo¬wierzaniem uniósł brwi. Już wczesnym rankiem hi¬storyjka o Aleksie Garrick, która przebywała w ta¬wernie Cockleshell w towarzystwie cieszącego się złą sławą hrabiego Falona, będzie na ustach każ¬dego londyńskiego łowcy sensacji. Reputacja Aleksy będzie zrujnowana.
Dokładnie tak, jak to sobie zaplanował.
– Chodźmy – ponaglił Aleksę nieco zbyt szorst¬ko. Widząc, jak drży, nieoczekIwanie poczuł wy¬rzuty sumienia. Ale być może był w tym jednak ja¬kiś akt sprawiedliwości, kiedy sam los podjął inter¬wencję, by ją ukarać za śmierć Petera, tak jak od samego początku zamierzał to uczynić Damien.
Aleksa ledwo dostrzegalnie kiwnęła głową. Czu¬ła, że za moment wpadnie w panikę, że jest o krok od histerii. Każda i
Zakołysała się trochę, więc wzmocnił chwyt, którym trzymał ją w talii. Pospiesznie pożegnali Beechcrofta i wyszli głównymi drzwiami, kierując się w stronę stajni. Niemal dobrnęli już do powo¬zu, gdy powietrze wypełnił tętent końskich kopyt. Odgłos był coraz lepiej słyszalny, zwierzę goniło w ich stronę na złamanie karku wzbijając w górę kawałki błota. Spojrzeli w tym kierunku. Samotny jeździec w pełnym galopie minął łukowatą bramę i wpadł na podwórzec, a poły płaszcza powiewały za jego plecami.
Sciągnął gwałtownie cugle przed wejściem do zajazdu i zeskoczył na ziemię, gdy zwierzę jeszcze podskakiwało niespokojnie. Damien spo¬strzegł, że mężczyzna jest postawny, szeroki w ra¬mionach i imponująco umięśniony. Ruszył prosto do tawerny, lecz nagle zauważył ich kątem oka i od razu zawrócił w tym kierunku.
– Rayne… – ledwie dosłyszalnie wyszeptała Aleksa.
Damien, widząc zbliżającego się wysokiego m꿬czyznę, przygotował się do konfrontacji,
– Aleks! – zawołał wicehrabia, nazywając siostrę przezwiskiem, które, co Damien zapamiętał, padło z jego ust już wcześniej. – Do diabła, co tu się wy¬rabia?
Aleksa zaczęła płakać. Wcale nie chciała. Boże, zdawało się jej, że płakała cały wieczór, lecz tym razem nie umiała się powstrzymać.
– Och, Rayne… – Czy tylko tyle była w stanie powiedzieć? Podeszła do brata, a on wziął ją w swoje mocne ramIona.
– Nic ci nie jest? Powiedz, co się stało?!
– Wszystko dobrze. Jak… jak mnie znalazłeś?
Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Lady Jane odpowiednio poinstruowała swoje¬go woźnicę. Obawiała się o twoje bezpieczeństwo. Powinien zaraz nadjechać. – Jeszcze raz ją uści¬snął. – A teraz powiedz mi, do diabła, co tu się dzieje?
– Nic. Wszystko. Jest tutaj lord Beechcroft. Widział mnie z lordem Falonem. O Boże, Rayne, co ja teraz zrobię? – Poczuła, jak Rayne cały zesztywniał na dźwięk nazwiska Falon. Od kilku tygodni, od momentu gdy po raz pierwszy wymieniła to nazwisko, Rayne nieusta
Teraz odsunął się od Aleksy i spojrzał twar¬do na hrabiego.
– Wygląda mi na to, że zrujnowałeś pan imię mojej siostry.
Damien uśmiechnął się kącikiem ust, sprawiając wrażenie brutalnego, bezlitosnego drania. Ale przecież właśnie taki był.
– Chyba tak.
Rayne wymierzył cios, po którym każdy i
– Zabiję cię – powjedział Rayne. – Zrobię to go¬łymi rękami i będę delektował się każdą chwilą.
– Nie! – Aleksa wpadła pomiędzy nich. Była roz¬trzęsiona, zesztywniała na całym ciele. Boże, czy ten koszmar nigdy się nie skończy? – Rayne, nie możesz tego zrobić!
Rayne oderwał wzrok od hrabiego.
– Tym razem wyjątkowo masz rację, siostrzycz¬ko. Młoda dama nie powi
– Dobry Boże! – jęknęła słabym głosem Aleksa.
– Jak pan sobie życzy – odparł hrabia. – A więc pistolety. Może pan liczyć na 'moje punktualne przybycie.
– Czyście obaj poszaleli? – Aleksa spojrzała w górę na swojego wysokiego, zdeterminowane¬go brata. – Rayne, nie możesz tego zrobić. Lord Falon zastrzelił juz trzy osoby i mo'że zabić cie¬bie!