Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 27 из 43

20.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te włosy.

Po jaką cholerę zapuściła takie długie? I jeszcze ten kasztanowy kolor, w którym wyglądała jak jakaś durnowata koza. Co jej właściwie strzeliło do głowy? Przecież to czysta paranoja!

Liz, ubrana w przejrzystą tunikę i wysokie, sięgające kolan buty o podkutych podeszwach, siedziała w niedbałej pozie na konsoli harmotronu, zabawiając się celowaniem z przenikacza do fantomatycznych postaci wyskakujących ze strzeleckiego trenażera. Co jakiś czas wiązka fosforyzującego powietrza łączyła emiter broni z zarysem ludzkiej sylwetki, która pękała z cichym bzyknięciem. Każde trafienie komentowane było pogardliwym skrzywieniem twarzy, aż wreszcie Liz, znudzona i wyrażanie czymś zniecierpliwiona, odrzuciła przenikacz i zeskoczyła na podłogę.

– Howden mógłby już wreszcie wrócić – pomyślała. – Siedzę tu jak kretynka i nic nie mogę zrobić. Tłuścioch za dużo sobie pozwala. Śmieszny gość, tyle zachodu z tym jego kałdunem. I cały jakiś taki miękki, ciastowaty – wzdrygnęła się na samo wspomnienie. – Przyjemność żadna, a w dodatku zmusza mnie, żebym na niego czekała. Nie łudź się, kochasiu, nie pohasasz. Przynajmniej nie ze mną.

Wiedziała jednak, że Howden jest jej teraz niezbędny – dopóki nie ułoży się z Fuertadem i nie uzgodni szczegółów. Potem… – wzruszyła ramionami.

A jeśli kreator się nie zgodzi? Nigdy nie wiadomo, co mu odbije. Teoretycznie wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Układ czysty jak łza – obie strony wychodzą na plus. Każdy normalny… Właśnie! Dlaczego ten Howden nie wraca?! Czas bije na korzyść Ubira. Jeszcze gotów dogadać się z Fuertadem, a wtedy – strach pomyśleć.

W głębi nawy spoczynkowej było ciepło i przytulnie. Leżała na brzuchu, bawiąc się kosmykami kasztanowych włosów. Cicho i spokojnie. I czysto. Po ostatniej wizycie Howdena śmierdziało tu jak w prolskim sraczu. Ten wieprz chyba nigdy nie pomyślał o zmianie gaci, a poci się w rekordowym tempie. Trudno – tyle już zniosła, wytrzyma jeszcze trochę.

Rozbolała ją głowa. Wszystko z tych nerwów. Spokojnie, musi się udać. Fuertad na pewno złapie przynętę, a ona będzie miała wreszcie trochę luzu. Przecież o to jej właśnie chodzi.

– Baby są głupie – uśmiechnęła się do swoich myśli. – Nie potrafią wykorzystywać daru natury. Samiec, jak ma chuć, zrobi wszystko, czego zażądasz. Zawsze potem można go wyśmiać i wykopać…

Kreator jednak pozostawał poza zasięgiem tej praktycznej maksymy. Niestety, stare próchno potrzebowało i

Do tego wszystkiego dołączyło się uporczywe ssanie w koniuszkach palców. Poszukała wzrokiem szkatułki i przypomniała sobie, jak roztrzaskała ją o ścianę.

– To był jednak kiepski dowcip – stwierdziła wstając. – Obawiam się, że nie znajdę ani jednego krążka.

Zawędrowała przed lustro, gdzie po raz kolejny, postanowiła zrobić porządek z włosami. Howdena ciągle nie było.

Przyjrzała się uważnie swojemu odbiciu. Ze wzrokiem chyba coś nie bardzo. Nie, to FZ-ety albo raczej ich brak. Przetarła dłonią oczy i spojrzała znowu. Do licha, co tu się wyrabia? Twarz jakaś i

– Iris – usłyszała ledwie zrozumiały szept. – Iris, pomóż mi…

Zmoknięty strzęp człowieka w poszarpanym kombinezonie skazańca, wyciągnięte w błagalnym geście ręce, trawione gorączką oczy.

– Ten sam – omal nie krzyknęła z przerażenia. – Ten sam co wtedy – najchętniej uciekłaby, sprzed lustra, ale nogi miała jak z ołowiu.