Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 43

17.

Fuertad z niechęcią uniósł głowę znad stosu meldunków i czujnym wzrokiem objął stojącego w wejściu Howdena.

– Chwała Słońcu, kreatorze – odezwał się intruz, zamykając za sobą stara

– I Dzieciom… – burknął Fuertad z pozornym trudem maskując udawane ziewnięcie. – O co chodzi, Howden? Najpierw stajecie na głowie, żeby dostać kilka dni urlopu, a zaraz potem przychodzicie, domagając się natychmiastowej rozmowy.

– Ważna sprawa, kreatorze. Można by powiedzieć: gardłowa. – Oficer rozwalony w zbyt wąskim jak na jego potrzeby fotelu, ugniatał metodycznie papierosa i nie zapytawszy o pozwolenie, zapalił. – Dotyczy naszego komendanta – dodał wydmuchując chmurę gryzącego dymu.

– Cóż tam znowu? – spytał leniwie Fuertad, wszystkimi siłami tłumiąc narastające podniecenie.

– Arystokraci to dziwni ludzie – Howden jakby zupełnie zapomniał o zasadach dobrego wychowania i kreator odniósł wrażenie, że jego niespodziewany gość lada chwila położy nogi na zasypanym meldunkami blacie. – Bardzo dziwni – kontynuował rozwlekle. – Mają swoje odchyły i…

– Do rzeczy, Howden, do rzeczy – Fuertad miał wyrobioną opinię na temat rodowych słabostek nuf Demów i im podobnych. – Więc?

– Są osoby, które mogłyby coś niecoś wyjaśnić.

– Konkretnie.

– Co konkretnie? Osoby czy wyjaśnienia?

Fuertad miał ochotę wyrzucić na zbity pysk zadowolonego ze swojej roli oficera, ale wyczuwał w jego postawie coś, co kazało mu powstrzymać gniewny komentarz i wysłuchać dalszego ciągu. Chodziło przecież o obel-borta. Jeżeli Howden faktycznie przyniósł jakieś konkrety – a wszystko na to wskazywało – należało dać mu się wygadać. Nie trzeba było nawet długo czekać.

– Odnieśliśmy wielki sukces, kreatorze. Naprawdę, mocna rzecz. A byliśmy o włos od klęski…

– My? – zdziwienie Fuertada stanowiło czystą formalność. Oczekiwał po prostu dalszego ciągu.

– Pan, ja – Howden zatoczył ręką szeroki krąg – wszyscy. Cała ludzkość.

– Duże słowa – uśmiech na twarzy kreatora miał zachęcić oficera do dalszych zwierzeń. – A jakiego rodzaju jest ten… sukces?

– Zdusiliśmy w zarodku próbę buntu, który miał lada godzina wybuchnąć w podziemiach Fortu B – szepnął Howden pochylając się nad blatem.

– Bzdura – parsknął gniewnie Fuertad. – Nikt w to nie uwierzy. Przecież skazańcy znajdują się przez cały czas pod działaniem preparatu FZ, co uniemożliwia im zorganizowanie jakiejkolwiek sensownej akcji.

– Skutki działania FZ-etów można zneutralizować za pomocą antidotum. Sam pan wie, kreatorze, jak często giną materiały z medbloków. Proszę mi wierzyć, to była cała siatka: skazańcy, część strażników i ktoś z samej góry.

– I komendant – pomyślał z radością Fuertad. – Sam obel-bort Ubir nuf Dem. To zaczyna być ciekawe.

– Wszyscy, niestety, stali się ofiarami własnej lekkomyślności Howden wyraźnie nabierał tempa. – Ten wybuch, kreatorze… To doprawdy okropne, musieliśmy jednak jakoś przeciwdziałać. Jako komendant Fortu B informowałem pana na bieżąco o rozwoju sytuacji i w krytycznym momencie wspólnie podjęliśmy decyzję. Kontakt z Głównym Modyfikatorem był niemożliwy ze względu na Procedurę. Groziłby dekonspiracją.

– Pańska opowieść, Howden, brzmi doprawdy bardzo interesująco, to wszystko jednak trzeba jakoś udowodnić – kościste palce kreatora wybijały monoto

– Trzeba mieć kogoś, kto złoży odpowiednie zeznania. Taki ktoś istnieje, kreatorze. – Howden, wyraźnie z siebie zadowolony, zapalił nowego papierosa i wbił wzrok w pomarszczoną twarz swego rozmówcy. Czekał.

– Precyzyjny plan – myślał z uznaniem Fuertad. – Niektóre szczegóły wymagają wprawdzie dopracowania, ale całość… No, no – omal nie cmoknął z radości, lecz widok rozanielonej gęby Howdena zburzył wewnętrzny spokój kreatora. – On ma w tym jakiś interes, jakiś konkretny cel.

– Po co pan z tym do mnie przyszedł, Howden? – spytał.

– Żeby maluczkim było lepiej – brzmiała natychmiastowa odpowiedź.

Fuertad aż podskoczył.

– To jest poważna sprawa, a pan tu sobie robi kpiny! – zapiał na najwyższej nucie.

– Jakie kpiny? O co panu chodzi? – Howden zdusił niedopałek na podłodze i wstając z fotela, dodał: – Najlepiej, żeby pan to sobie spokojnie przemyślał i sam zdecydował, co dalej. – Zrobił krok w stronę drzwi.

– Chwileczkę – powstrzymał go Fuertad. – Jak brzmi nazwisko pańskiego świadka? Muszę przecież wiedzieć…

– Liz Myrmall, kreatorze. Czy to coś panu wyjaśnia?

Wyjaśniało, a jakże! Figurki zajęły swoje pozycje i sytuacja wymagała tylko jednego posunięcia, po którym można będzie ogłosić zakończenie rozgrywki. A ruch ten należał do Fuertada.

– Zeznanie obciążające obel-borta w zamian za mój raport. Ja pozbywam się komendanta, ona unika wyroku Rady, Howden… – kreator spojrzał na oficera z wyraźną niechęcią. – No cóż, ten chyba odbierze swoją należność w naturze. Nieistotne. Ważne, że Gelwona pozbędzie się wreszcie tego bałwana nuf Dema. O niczym i

– A jeżeli to pułapka? – przebiegło mu nagle przez głowę. – Przynęta, na którą dam się złapać jak pierwszy lepszy żółtodziób?

Usiłował wyczytać cokolwiek z twarzy Howdena, ale ku swojemu zmartwieniu nie znalazł na niej nic prócz beztroskiego wyczekiwania. Chociaż… Ten ledwie dostrzegalny odcień drwiny przyczajony w kącikach warg…

– I jak pan to widzi, kreatorze?

– Dam panu znać za pół godziny – Fuertad zadbał, by barwa głosu nie zdradziła jego podniecenia i przez cały czas obserwował twarz oficera. – Proszę być gdzieś w pobliżu.

– W porządku – oblicze Howdena w dalszym ciągu niepokoiło brakiem jakiejkolwiek reakcji, nawet gdy wyszedł i jego pucołowata gęba wypełniła ekrany podglądu, w które kreator wpatrywał się chciwym wzrokiem.

Kościste palce ze wściekłością uderzyły w poręcz fotela.

– Oto gwarancja mojego bezpieczeństwa – myślał Fuertad, wyjmując ze szczeliny mnemoreksu kryształ zawierający wierny zapis całej rozmowy. – W każdej chwili będę mógł zeznać, że zgodziłem się tylko po to, by zdobyć bardziej konkretne dowody przeciwko tej bandzie intrygantów.

Zaakceptowawszy w ten sposób przedstawioną przez Howdena propozycję, wygasił ekrany podglądu i wrócił do przerwanej pracy, od której oderwał go dopiero meldunek o niespodziewanym odkryciu w rejonie dotkniętym eksplozją.

Gdy w godzinę po zakończeniu rozmowy zniecierpliwiony wysła

Skazańcem tym był gradienter Konrad Tietz.