Страница 14 из 43
11.
– Kreatorze – głos oficera dyżurnego zdradzał z trudem hamowane podniecenie. – Szukamy pana już od pięciu minut – wskazał sygnał łączności dyskretnej. Pilna z Gelwony. Howden…
– Starszy bort Howden – warknął rozwścieczony Fuertad.
Oficer dyżurny zamarł w pozycji zasadniczej.
– Pilna z Gelwony wyrecytował. – Starszy bort Howden do pana albo komendanta.
– Wszystko jest pilne – zrzędził kreator podjeżdżając do bloku konwersacyjnego. Czy oni sądzą, że ja potrafię się rozdwoić?! Do mnie albo do obel-borta! – myślał dalej. – Dobry kawał, bo tego głupca oczywiście nie można nigdzie znaleźć, więc znowu ja…
Połówki transmisyjnego hełmu zrosły się z sobą, zamykając jego głowę w odizolowanej przestrzeni. Po krótkiej chwili na wewnętrznym prostokącie wizyjnym zobaczył nalaną sylwetkę dowódcy jednego z gelwońskich Fortów.
– Chwała Słońcu, kreatorze.
– I Dzieciom Jego – odpowiedział Fuertad, zauważając jednocześnie, że twarz rozmówcy jest pokrwawiona, mundur w strzępach, a głos dziwnie drżący. Co tam się u was dzieje, Howden?
– Już nic, kreatorze, ale było gorąco. Duże straty. Forty B, C i F. Prawie połowa Drugiego Kontynentu. Wyglądało to na ruchy tektoniczne albo coś takiego.
– Ruchy tektoniczne! – Fuertad aż krzyknął. – Na Gelwonie nigdy czegoś podobnego nie zaobserwowano!
– Nie wiem – wzruszył ramionami Howden. – Szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. Potrzebujemy pomocy. Dużo ciężkiego sprzętu z obsadą.
– Tak, tak – zgodził się Fuertad. – Oczywiście. Natychmiast. Nie wolno tam posyłać ludzi myślał. – W żadnym wypadku. Sprawę trzeba utrzymać w ścisłej tajemnicy. Najlepsze będą chyba cyboty.
– Proszę się pospieszyć. Zbiorniki szlag trafił, ciągniemy na resztkach tlenu. Starczy tylko na sześćdziesiąt, siedemdziesiąt minut.
– Najdalej za pół godziny – kreator przerwał połączenie. – Trzeba będzie zbadać sprawę na miejscu – mruczał. – Trzy Forty zrujnowane, fatalnie… – nagłe skojarzenie rozjaśniło pomarszczoną twarz. – Świetna okazja, żeby przyprzeć wreszcie do muru komendanta. Tak, to naprawdę odpowiedni moment.
Uwolnił się z objęć hełmu i nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia ekipy łącznościowców, skierował swój pojazd w stronę wyjścia. Spacerowe tempo, w jakim to zrobił, wprawiło wszystkich w zdumienie. Jeszcze dziwniejszy był fakt, że wcale nie miał zamiaru opuścić pomieszczenia.
– Nie ma się dokąd spieszyć – zatrzymał fotel przed olbrzymim prostokątem wideoramy i po raz pierwszy od wielu lat pozwolił sobie na krótką chwilę odpoczynku. – Czas pracuje teraz na moją korzyść – uśmiechnął się do swoich myśli. – Poczekamy więc zachichotał bezgłośnie. – Niedługo. Godzinkę, najwyżej półtorej. Za wysłanie ekipy ratunkowej odpowiadamy obaj. No cóż, komendanta można zmienić, Fuertad jest tylko jeden – aż klasnął z wielkiego ukontentowania.
Obserwujący go strażnicy wymienili porozumiewawcze mrugnięcia i w ułamku sekundy, przywołani do porządku wymownym spojrzeniem kreatora, zamienili się w posągowe bryły.
– Sytuacja jest więcej niż klarowna – analityczny umysł Fuertada rozważał wszystkie „za” i „przeciw” zrodzonego przed chwilą planu. – Ubir nuf Dem będzie niepocieszony – oczami wyobraźni widział już komendanta zamkniętego w kapsule transportowej i siebie wysyłającego kolejną grupę skazańców; wąskie wargi wykrzywiły się w grymasie upodabniającym pomarszczoną twarz do maski złośliwego gnoma.
Sala łączności rozbrzmiewała już odgłosami rutynowej pracy. Kreator ze spokojem, jaki daje podjęcie ostatecznej decyzji, obserwował tarczę chronometru.
– A swoją drogą, tam na dole musiało się zdarzyć coś naprawdę poważnego – myślał. – No cóż, wszystko w swoim czasie. Teraz należy tylko czekać. Nic więcej. Howden z pewnością jeszcze się odezwie, trzeba więc trzymać rękę na pulsie – rozparty wygodnie w fotelu obserwował pulpit łączności dyskretnej, gotów na pierwsze mrugnięcie awizora ruszyć w kierunku bloku konwersacyjnego.
Stało się jednak inaczej.
Zawieszona u stropu kula rozbłysła ostrzegawczą czerwienią. W tym samym momencie – po raz pierwszy w historii gelwońskiej bazy satelitarnej – rozległo się:
– Uwaga, uwaga. Do wszystkich. Ogłaszam Procedurę Obszaru Zamkniętego. Od tej chwili…
Zaskoczeni ludzie spoglądali po sobie z niedowierzaniem; ktoś zaklął nerwowo, ktoś i
– Skąd ten kretyn Ubir dowiedział się o wszystkim? W jaki sposób? – Znając reguły ogłoszonej Procedury zdawał sobie sprawę, że komendant wymknął się z zastawionej pułapki, mało tego, związał mu ręce, przejmując kontrolę nad kanałem łączności nadrzędnej, który dotychczas był w wyłącznej dyspozycji kreatora. Teraz już żaden raport nie dotrze do Centrum Wybiórczego, jeżeli nie uzyska aprobaty obel-borta. A szkoda. Główny Modyfikator miałby co robić, gdyby poznał niektóre szczegóły z życia kasty oficerskiej i metody, jakimi realizuje się zalecenia Rady.
– Prędzej czy później i tak moje będzie na wierzchu – pomyślał Fuertad, uśmiechając się złośliwie.
Jeszcze nie pogodzony z porażką, ale już zupełnie opanowany, podjechał do pulpitu oficera dyżurnego.
– Połącz mnie z przetrwalnią cybotów – polecił. – I wywołujcie bez przerwy wszystkie Forty.
Odgłos rozsuwających się drzwi kazał mu odwrócić głowę w stronę wejścia. Do sali wkroczył Ubir nuf Dem z nieodłącznym skrzydłakiem na ramieniu.
– Chwała Słońcu, kreatorze – wołał już od progu. – Dobrze, że pana tu spotkałem. Chief wyciągnął mnie na krótki spacer VAC-iem i zupełnie przypadkiem zaobserwowałem niecodzie
– Bardzo dziwne – powiedział Fuertad zduszonym głosem. – Więc on pana „wyciągnął”? – wycelował oskarżycielskim gestem palec w stronę skrzydłaka.
Ubir nuf Dem skinął potakująco głową.
– Musimy wysłać tam specjalną ekipę – mówił dalej. Trzeba będzie nawiązać łączność z planetą, zorganizować…
Kreator nie słuchał obel-borta. Z ogromną uwagą wpatrywał się w nieruchomą sylwetkę skrzydłaka, w czarne paciorki jego małych ślepi, w których – Fuertad dałby sobie rękę uciąć – migotały iskierki zrozumiałego triumfu.