Страница 24 из 24
Stary skinął głową.
– Zginął, ale nie tak, jak sądzisz. Nie został ścięty ani uwięziony. Fizycznie żyje nadal, ale dusza w nim umarła. Gdy rzucono go związanego i pobitego przed tronem tana, sądził, że przyszła na niego ostatnia wartość entropii. Tak się jednak nie stało. Duchowni z Wielkim Inkwizytorem na czele zażądali, by im powiedział, co wie. Uczynił tak, łudząc się, że ich przekona. "Żyjemy w pięciowymiarowym kosmosie" – powiedział Moro. – "Umiemy poruszać się wzdłuż czterech jego wektorów. Tylko piąty wymiar, entropia, jest nam nieposłuszny, gdyż starzejemy się nawet wtedy, gdy posuwamy się przeciwnie do osi czasu. Z moich dociekań wynika, że nasz kosmos, nasz świat, nie jest jedynym, raczej jednym z nieskończonej ilości wszechświatów, które w dodatku znajdują się w tym samym miejscu przenikając się wzajemnie. Jak to możliwe? Wyobraźmy sobie punkt materialny – to jest najmniejszy z możliwych wymiarów, nazwałem go wymiarem zerowym, a jego potencjalnych mieszkańców – zerowcami. Z takich punktów można złożyć linię – i mamy wszechświat liniowy, jednowymiarowy z liniowcami wewnątrz, a gdy im ciasno, dodajmy drugi wymiar, niech to będzie szerokość i mamy dwuwymiarowców – powierzchniowców. By i tym nie było ciasno – zaczną się wspinać w górę i mamy już bryłowców. Dodajmy czas – są czasowcy, potem entropie i jesteśmy my. A wszystko to w jednym i tym samym miejscu, w obrębie jednego wszechświata wszechświatów. A co jest ponad nami? Na pewno dalsze wymiary piętrzą się tam niczym schody wysokie i nieskończone".
Tak mówił Moro, młody mistrz, i tan zadrżał, gdyż z całej przemowy zrozumiał to jedno, iż po jego komnacie mogą w tej chwili przechadzać się niewidoczni i niedosiężni sześciowymiarowcy. I z tego strachu wielkiego kazał ściąć uczonego.
Sprzeciwił się temu, o dziwo, sam Archipolita dowodząc, jakoby ścięcie człowieka otaczanego do tej pory łaskami i zaufaniem mogło wywrzeć złe wrażenie. Skłonił władcę, by skazał Moro na zesłanie i uczynił go rybakiem. W tym postępku objawiła się cała nienawiść mściwego starucha, gdyż chcąc wziąć odwet na bystrym młodziku, który go przez tyle entropii za nos wodził, i rozumiał w lot, iż będzie to dlań największa kara. Bo czymże się teraz jawiły przed jego oczyma te długonie, te dziwnokształtne ryby, które łowimy? Niczym i
Ojciec zamilkł, a Arpo z wrażenia nie mógł nic powiedzieć. Wreszcie się przemógł i zapytał:
– Czy ty znasz Moro? Czy żyje na naszym brzegu?
– Tak. I ty go również znasz, bo to ja jestem mistrzem Moro.
Arpo zerwał się na równe nogi i niemal natychmiast usiadł z powi'otem.
– Ty?
– Tak. Temu właśnie zawdzięczasz, że musisz codzie
– A Karo? Co się z nim stało?
Rybak westchnął głęboko.
Śmierć Kara to moja wina.
– Co ty mówisz, ojcze? To niemożliwe.
– To pewne. Nie dość dobrze strzegłem swoich zapisków, które udało mi się schować przed zachła
Zapadło milczenie, powierzchnia przestrzeni uspokajała się.
– Czy i ty gardzisz mną, Arpo? Za to, że jestem tchórzem?
Arpo nie odezwał się, tylko oparł swoją rękę na dłoni ojca trzymającej ster.
W dali przed nimi widać było światła osady.