Страница 10 из 64
HYMN LUDÓW
Nauka hymnu szła kapralowi Ulmbachowi jak po grudzie, co było wynikiem poufnej konferencji, jaką przed lekcją miał w kompanii Kania z kilkoma przyjaciółmi.
Przeczytał wyraźnie i powoli cały dostarczony mu z kancelarii tekst, zaśpiewał sam od początku do końca, po czym zaczął uczyć kompanię pierwszej zwrotki. Żołnierze w skupieniu wysłuchali recytacji, śpiew pana kaprala nagrodziło nawet kilka oklasków, ale z powtarzaniem poszło od razu źle i Ulmbach doszedł do wniosku, że najcięższym zadaniem w wojsku, a szczególnie w tej kompanii, jest nauczenie hymnu.
– Uważam, panie kapralu – zauważył Mladecek – że należałoby każdemu przetłumaczyć hymn na jego język ojczysty. Kiedy słowa są zrozumiałe, łatwiej jest spamiętać.
– Nie wtrącajcie się w nie swoje sprawy! Ulmbach podniósł dłoń do góry.
– Na drei zaczynacie wszyscy jednocześnie. Uwaga… eins, zwei, drei!
– Gooott eeerhaaalteee, Gott beschüüützeeeee…
– Halt! Dlaczego tak przeciągacie, kanalie? Przecież podałem wam melodię… Jeszcze raz od początku!
– Gooott eeeeerhalteeeee…
– Panie kapral! – wrzasnął nagle Ivanović, jakby go ze skóry obdzierali. Ulmbach opuścił rękę i śpiew ustał.
– Co się stało, dlaczego przerywacie?
– Panie kapral – zaczął mówić Ivanović z niewi
– No nie…
Kapral wymówił to takim tonem, że nie wiadomo było, czy to jest pytanie, czy twierdzenie.
– U nas, w chórze kościelnym… – ciągnął dalej niezmieszany Ivanović, ale nie skończył.
– Ja was zgnoję, wy świnio! – wrzasnął kapral. – Dlaczego przerywacie. Kto ma uczyć, ja czy wy?
– Melduję posłusznie, że chciałem dać dobrą radę, bo ja się na tym znam. Byłem przez kilka lat członkiem takiego chóru, to wiem. Zawsze ustawia się głosami: osobno basy, osobno tenory, osobno alty, osobno…
– Jak ja was ustawię osobno, to będziecie śpiewali psim głosem… wy świnio!
– To wtedy wyjdzie g…, a nie hymn – zauważył jakiś głos.
– Milczeć! – wrzasnął Ulmbach. – Zaczynamy jeszcze raz od początku. I nie radzę nikomu więcej przerywać!
Żołnierze nie szczędzili tym razem płuc. Kapral spocił się.
– Chyba śpiewaliście już coś kiedyś, bodaj w dzieciństwie, wy nędzne śmierdziele! Dlaczego beczycie, jak te barany przed zarżnięciem? I dlaczego się wyrywacie? Gdzie wam tak pilno?
– Chcemy się prędzej nauczyć, żeby panu zaoszczędzić fatygi, panie kapral – uprzejmie rzekł Kania. Ulmbach popatrzył na niego zezem.
– Żebym ja wam czegoś nie ułatwił, frajtrze!… Zaczął jeszcze raz od początku i tym razem okazało się znowu co i
– No przecież mnie diabli wezmą przy was! – krzyczał ochrypnięty kapral. – Nie możecie zacząć razem?
– Uważam, panie kapral, że przydałaby się panu batuta – zauważył Holjan – taki krótki kijaszek, jaki mają kapelmistrze w orkiestrze. Wszyscy patrzą na pałeczkę i w takt śpiewają. Bez podania taktu nigdy z tego nic nie będzie.
Kapral Ulmbach najeżył się i otworzył usta do wygłoszenia jakiejś miłej recytacji żargonem koszarowym, ale widać wpadła mu rozsądna myśl do głowy, bo machnął ręką i zaczął mówić powoli, patrząc na stół:
– Słyszeliście rozkaz pana dinstfirendera. Mam was nauczyć hymnu, ludzie. Więc uczę. Hymn bezwzględnie musicie umieć, choćbyście wymyślali nie wiadomo jakie przeszkody. Rozkaz jest wyraźny: kompania ma umieć. Więc będziecie hymn umieli, choćbyście ogłuchli i oniemieli.
– Niemowy nie śpiewają – zauważył jakiś głos z kręgu żołnierskiego otaczającego stół. – Jeszcze o takim wypadku nie słyszałem.
Kapral zaczął się drzeć:
– Ludzie, nie doprowadzajcie mnie do furii!
– To pana kaprala zgrabnie zwiążemy w kij i zaniesiemy do izby chorych – mówił ten sam rozmowny głos. – Pamiętam, jak jeden oficer na froncie zwariował i zaczął krzyczeć. Tośmy mu zameldowali, żeby zamknął buzię, bo…
Ulmbach trzepnął pięścią w stół.
– Milczeć! Ostrzegam was, że jeśli mi będziecie robili wstręty, pójdę do pana dinstfirendera, a wtedy zobaczycie…
– …drugiego bałwana – uzupełniono uprzejmie z koła żołnierskiego.
Ulmbach wściekł się. Blisko kwadrans trwało śledztwo, które niczego nie wykazało.
Zaczął więc jeszcze raz od początku, nie reagując na bezczelne zaczepki. Tym razem wyłoniła się i
Ulmbach usiadł i rozwichrzył włosy z wyrazem beznadziejnej rozpaczy.
Śpiewacy skapitulowali przed tym beczeniem i umilkli, po czym ucichł i zwycięski bas.
Nastała cisza.
– Właśnie popełniamy wszyscy profanację – zaczął poważnie mówić Kania, jakby do siebie. – Hymn powi
Ulmbach milczał z opuszczoną głową.
– Masz rację – przyznał Mladecek – nastąpiła tu rzeczywiście profanacja.
– I to na rozkaz i pod okiem przełożonego – potwierdził Slavik.
Ulmbach ciężko, bardzo ciężko westchnął.
– To nas usprawiedliwia – uzupełnił Ivanović – bo gdybyśmy to zrobili sami, dostalibyśmy karne ćwiczenia i gonilibyśmy z wywieszonymi jęzorami do zemdlenia. Albo i (pod sąd mogliby oddać…
– Jest rzeczą jasną i oczywistą dla każdego, największego nawet bałwana w feldgerichcie, że do profanacji nakłaniał nas przełożony, nie?
Kania powiedziawszy to spotkał się z przygasłymi oczyma kaprala, który słuchał tej dyskusji jak we śnie lunatycznym. Kwestia popełnionej profanacji była rozstrzygana coraz bezwzględniej.
Kiedy kapral doszedł do jakiej takiej równowagi duchowej, powstał z ławy.
– Słuchałem tego wszystkiego i jedno wam powiem: jesteście największe łotry, jakich kiedykolwiek święta ziemia nosiła. Żołnierze wysłuchali tej opinii z całym szacunkiem.
– Nie ma większej profanacji, jak wy, politycznie podejrzani zdrajcy! Was powi
– Całe szczęście, że jesteśmy rozumni ludzie – przemówił Kania – bo już byś dotąd miał kilka bagnetów w żebrach, ty wszawy Austriaku!
Ulmbach szeroko otworzył oczy.
– I za takich drani człowiek miał zginąć na froncie, no… Przecież to jest niesłychane, co wy tu mówicie, człowieku! To jest obraza…
– No, myślę, że obraza – zgodził się Kania – rzeczywiście obraziłem za jednym, zamachem kilka paragrafów kodeksu wojskowego.
Urwał, namyślał się przez chwilę.
– Za to, frajtrze, pójdziecie pod sąd – odezwał się kapral – to już przebrało miarę, żeby taki parszywy Polak bezkarnie sobie gębę wycierał…
Kania w dwóch susach dopadł do kaprala i trzepnął go pięścią między oczy tak, że się od razu zwalił na ziemię.
– Trzymajcie go!
Szybko wyjął z kieszeni nóż i popróbował palcem ostrza.
Kapral zbielał.
– Nie bój się – uspokoił go Kania – krzywdy ci nie zrobię. Ale, że cię mamy dość, rozstaniemy się z tobą raz na zawsze. Zatkajcie mu gębę!
Żołnierze trzymali Ulmbacha i zatkali mu usta czapką.
Kania przejechał się nożem po policzku od ucha do podbródka i wyjął lusterko z kieszeni. Przyjrzał się, potem sumie
– Zepsułem sobie na kilka dni cerę przez ciebie, ty gnido!… Zaczynaj, Slavik, krzyczeć.
W sali podniósł się raptem piekielny hałas. Wołania o pomoc krzyżowały się z głośnym rykiem Kani i wrzaskiem wydzierającego się Ulmbacha.
Wpadł służbowy oficer, zobaczył okrwawionego frajtra na podłodze, okręcił się dokoła swojej własnej osi i pędem pobiegł do kancelarii.
Przywołany przez niego dinstfirender krzyczał na żołnierzy, żeby uspokoili się, i kiedy się rozejrzał w sytuacji, rozkazał przede wszystkim przenieść Kanię na pryczę i posłał po sanitariusza.
– Cicho, do stu tysięcy diabłów, przecież żyje… Powoli hałas umilkł i feldfebel, nieć nie rozumiejąc, zaczął wypytywać.
– Zamknijcie gęby i nie gadajcie wszyscy naraz… opowiedzcie Slavik, co tu się stało.
– Właśnie śpiewaliśmy hymn, panie feldfebel – z przejęciem opowiadał Slavik, wymachując przy tym okrwawionym nożem – kiedy nagle pan kapral spojrzał na pana frajtra tak jakoś dziwnie, aż mi się nieprzyjemnie zrobiło. – “Dlaczego – powiada – nie nosicie wąsów?” – Pan frajter stanął na baczność i mówi: – “Nie noszę wąsów – powiada – ponieważ golę, panie kapral!” – Wtedy pan kapral wyjął z kieszeni nóż, o, ten sam, jeszcze na nim krew nie obeschła, i mówi do pana frajtra: – “Zarżnę ciebie – powiada – a potem – Slavik szurgnął nogami – przepraszam za wyrażania, tego drania dinstfirendera – powiada – za to, że mi kazał uczyć hymnu…”
Dinstfirender patrzył na Ulmbacha z podniesionymi brwiami i kręcił głową.
– “…potem – powiada – zarżnę tego zapijaczonego oberlejtnanta – ciągnął dalej Slavik – potem tego idiotę kapitana, potem arcyksięcia Fryderyka…”
– Nie rżnij tyle do cholery – szepnął mu w ucho Ivanović.
– “…Potem – powiada – wykastruję Najjaśniejszego Pana”. Wówczas pan frajter Kania odstąpił o krok i mówi: – “Pan bredzi od rzeczy, panie kapral, niech pan nie robi zgorszenia.” – Wtedy pan kapral zaczął wymachiwać nożem i krzyczeć: – “Będziecie hymn śpiewali w burdelu – powiada – z pyskami w błocie, będziecie śpiewali ten drański hymn, wy bydlęta!” – Pan frajter wtedy powiada: – “Pan popełnia profanację, panie kapral, to jest obraza pieśni państwowej! Idę o tym zameldować panu dinstfirenderowi.” – Wtedy pan kapral rzucił się na pana frajtra z nożem i zajechał go w twarz. Pan frajter zaraz upadł na ziemię, a ja wyrwałem panu kapralowi nóż.