Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 63 из 82

U Fotse panuje matriarchat. Miody wojownik dziedziczy po braciach matki. W zależności od tego, do której z czterech męskich społeczności należy spokrewniony mężczyzna (pełnią one ważną, choć nie do końca jasną rolę w kulturze Fotse), ziemia lub kozy mogą być przekazywane między mężczyznami nie połączonymi więzami krwi. Czasem Fotse dziedziczą po młodszej siostrze ojca, choć nadal nie wiadomo, w jakich okolicznościach. Możliwe, że ta informacja jest przykładem poczucia humoru Fotse, którzy zabawili się kosztem badacza zbierającego dane.

Profesor raz po raz podkreśla, że jego opis jest dalece uproszczony. Mimo intensywnych studiów nad systemem dziedziczenia u Fotse, ciągle nie daje się go rozszyfrować. Sedno problemu tkwi w pojęciu „Fo”, kluczowym dla zrozumienia sposobu, w jaki Fotse postrzegają świat. Samo słowo „Fotse” jest połączeniem „Fo” i „Tse” i oznacza: „ludzie, którzy mówią/praktykują Fo”. Choć Fotse używają słowa „Fo” dla określenia swojego języka, powszechnie odnosi się ono do handlu wymie

Zgodnie ze zwyczajem, kozy, ziemię i dobytek zmarłego Fotse rozdziela się między dwunastu bliskich krewnych. Podział traktowany jest z najwyższą powagą. Część przypadającą każdemu spadkobiercy wylicza się bardzo dokładnie (przodkowie Fotse zostawili wskazówki co do wielkości udziałów). Przy obowiązujących zasadach zdarza się, że beneficjanci otrzymują abstrakcyjne ilości dóbr, na przykład trzy czwarte byka albo jedną trzecią żony. Przez wieki ziemia Fotse, zwłaszcza ta, na której stoją ich domostwa, była dzielona tyle razy, że pojedyncze parcele zajmują nie więcej niż dwie-trzy stopy kwadratowe. To samo dotyczy i

W trakcie Fo (które w praktyce trwa nieprzerwanie, gdyż większość spraw spadkowych ciągnie się ponad rok, a poszczególni Fotse są zazwyczaj uwikłani w kilka równoległych negocjacji) dopuszczalne jest wszczęcie „Gofo” – „przyszłego Fo”. To system zakładów opartych na spodziewanych efektach przyszłych Fo i składanie obietnic zamiany jakiegoś kawałka ziemi czy określonej liczby kóz. Jeśli jakiś Fotse przypuszcza, że po upływie trzech pór deszczowych jego sąsiad odziedziczy kawałek ziemi, którym on sam jest zainteresowany, w zamian za nią może zaoferować określoną lub nieokreśloną liczbę kóz (abstrakcyjne części kóz bądź ich ekwiwalent w towarach również wchodzi w rachubę), w zależności od wysokości plonów prosa lub z zastrzeżeniem, że na mocy i

Same przyrzeczenia Gofo również podlegają wymianie. Zazwyczaj fortuny Fotse powstają raczej na drodze łączenia obietnic niż gromadzenia samych dóbr. W legendzie Fotse naciągacz o imieniu Lifi wykazuje tyle sprytu w manipulowaniu transakcjami Gofo, że często wchodzi w posiadanie wszystkich stad Fotse i całej ich ziemi, choć zazwyczaj traci je znów z powodu słabości do piwa z prosa. Treścią najważniejszego cyklu pieśni Fotse (wykonanie go w całości zajmuje plemie

Profesor Chapel uważa, że Fo jest przyczyną, dla której prymitywni Fotse zrobili tak niewielki postęp technologiczny i społeczny. Negocjacje Fo pochłaniają tyle czasu, że wszystko i

Myśli profesora też błądzą gdzie indziej. Tyle już razy powtarzał „Wprowadzenie do organizacji życia społecznego ludu Fotse”, że kiedy odczytuje słowa z pożółkłego maszynopisu, w wyobraźni oddaje się przyjemnym skojarzeniom, które prowadzą go w czasy młodości, heroiczne czasy, gdy antropologia jako dyscyplina naukowa była jeszcze w powijakach. Pojawiające się myśli i obrazy nie mają nic wspólnego z Fotse czy ich zwyczajami. To wspomnienia i wrażenia wywołane z zakamarków pamięci powtarzaniem znajomych słów. Tak jakby ktoś uwolnił ładunek zgromadzony w baterii. Są żywe, natychmiastowe i machinalne. Kiedy przychodzą, profesor czuje osobliwe skręcanie w żołądku. Nawet lubi to uczucie.

Psychologia nigdy nie leżała w sferze zainteresowań Henry’ego Chapela. Gdyby się nią interesował, na pewno pokusiłby się o szukanie w dzieciństwie przyczyn swoich zachowań. Jako dziecko wyrzucał grzechotkę z wózka sto razy z rzędu i za każdym razem czuł taką samą radość, gdy niania podnosiła ją i dawała mu do rączki. Powrót grzechotki wyzwalał euforię, dreszcz wywołany przewidywalnością tego, co nastąpi, i panowaniem nad sytuacją. Później były przyborniki do szycia, których zawartość wyrzucał i układał na nowo po swojemu: niebieskie guziki w jednej przegródce, naparstki w drugiej. Jeszcze później nastał czas kolekcjonowania monet, znaczków, motyli i bardziej oryginalnych rzeczy w rodzaju odcinków biletów czy pestek czereśni. W przeciwieństwie do i

Okoliczności (w głównej mierze brak głowy do matematyki) przeszkodziły dorastającemu Henry’emu w realizacji planów. Nie został fizykiem. Zainteresował się różnymi kulturami i ludami. Wobec społeczeństw stosował tę samą zasadę sztywnej klasyfikacji, jaką miał nadzieję stosować w badaniach gwiazd albo cząstek elementarnych. Właściwie nie robiło mu to różnicy. Przyjemność dopasowywania bogactwa przejawów życia do jasno sformułowanych teorii była taka sama bez względu na obiekt badań.

Srebrna dolarówka… Pestka czereśni… Solenoid… Mieszkaniec Andamanów…

Aha!

Wezwał go Oksford, a potem wezwała Afryka, choć nabrała znaczenia dopiero wtedy, gdy wyeksploatował Oksford. Umysły takie jak profesor Chapel szybko zaczynają się dusić, żyjąc w jakimś miejscu przez dłuższy czas. Kiedy gdzieś coś się przypomina i wystarczy ruch, zapach, słowo lub strzęp melodii, by minione doznania wróciły w pełni, często ulega się pokusie wykonania jakiegoś gestu, wymówienia jakiegoś słowa albo noszenia w kieszeni starej, stęchłej chusteczki, by to wszystko przywołać. Jeśli trzykrotne stuknięcie laską w krawężnik przed Worcester College daje człowiekowi poczucie szczęścia, bo przypomina mu popołudnie, kiedy otrzymał posadę stałego wykładowcy, naturalną tendencją jest stukanie laską w krawężnik za każdym razem, gdy się mija ten gmach. A jeśli od takich skojarzeń gęsto na każdym kroku, przejście Beaumont Street może trwać godziny.

Poetyczni Francuzi w takim stanie nie wstawali z łóżka, ale Cha-pel jest twardszy od nich. Potrafi się kontrolować, chyba że działa na niego wyjątkowo silna podnieta. Zazwyczaj rytuały profesora umykają uwadze i

To był ciężki okres w jego życiu. Kiedy policjant omal go nie przyłapał ze spuszczonymi spodniami, Henry Chapel wiedział, że musi coś z tym zrobić. Oksford stał się dla niego swego rodzaju palimpsestem. Za każdym razem, gdy szedł ulicami, jakaś siła kazała mu odczytywać przebieg wszystkich poprzednich wędrówek, co układało się w ciąg drobnych rytuałów, kaskadę tików, pomrukiwań i nagłych gestów, które skłoniły pokój nauczycielski do postawienia diagnozy o przepracowaniu. Chapel czuł się jak w potrzasku i zaczął marzyć o ucieczce do nie zapisanego niczym miejsca, wobec którego odczuwałby błogosławioną i doskonałą obojętność.

Afryka!

Pomysł odwiedzenia ludów, których zwyczaje zgłębiał, nigdy nie przyszedł mu do głowy. Ale badania terenowe stawały się modne, a żadne miejsce nie wydawało się równie białą kartą, jak pusty

O Fotse wzmiankował kiedyś francuski misjonarz, poza tym był to lud całkowicie nieznany nauce. Ślęcząc nad mapą, Chapel odkrył (ku swej niezmiernej radości), że ziemia Fotse absolutnie z niczym mu się nie kojarzy. Większą część mapy pokrywały białe plamy. Z nadejściem letnich wakacji Chapel wyruszył w podróż.