Страница 15 из 82
– Dojeżdżamy do pałacu – oznajmia.
Na końcu długiej alei udekorowanej szpalerem osobliwych białych posągów stoi kolosalna budowla, drażniąca różowa fatamorgana naszpikowana wieżyczkami. Kiedy hispano-suiza z warkotem podjeżdża bliżej, z różu wyłaniają się i
W krytycznym szkicu o architekturze Indii, zatytułowanym „The Eighth Lamp”, G.H. Dalrymple pisze: „Szkodliwa dla zdrowia, przesłodzona mieszanka motywów europejskich i orientalnych charakteryzująca Nowy Pałac w Fatehpur każe pechowemu gościowi zastanowić się, czy nie można było powołać się na jakąś ustawę albo przepis, by nie dopuścić do powstania tak demonicznego tworu”. Dalrymple, uczeń Ruskina, miał nieszczęście spędzić tam trzy tygodnie w 1895 roku jako gość czternastego nababa. Nie miał, jak pisze, „najmniejszej ochoty” na zgłębianie historii budowli, która tak popsuła mu nastrój. Gdyby wykazał odrobinę zainteresowania, dowiedziałby się, że do powstania pałacu przyłożyło rękę aż trzech architektów.
Pierwszy z nich, szkocki góral, sporządził komplet szkiców i makiet, biorąc za wzór styl rezydencji magnackich, bardzo wówczas popularny w jego rodzi
Zadanie przerosło siły drugiego architekta, człowieka o wątłym zdrowiu i wyrafinowanym smaku. Narysował setki projektów, zagustował w opium i bajaderach, a pewnej nocy usiadł przy biurku i strzelił sobie w łeb z inkrustowanego srebrem pistoletu, który podarował mu nabab w dniu zawarcia umowy. Pozostałe po nim papiery uporządkowano i przedstawiono trzeciemu architektowi, syfilitycznemu włoskiemu awanturnikowi nazwiskiem Tacchini, który brak rzeczywistych kwalifikacji nadrabiał niepomiernym, jeśli nie fanatycznym zapałem.
Za punkt wyjścia Tacchini przyjął plany sporządzone przez samobójcę, a od szkockiego górala zapożyczył kilka elementów, włączając w to przypory i iglicę, będącą pomniejszoną kopią iglicy katedry w Chartres. Z podręcznika „Podstawy stylów w architekturze” wybrał prawie wszystko, co mu przypadło do gustu. Tym sposobem drogę do Nowego Pałacu utorowały sobie chimery, urny, islamskie łuki, mogolskie mozaiki oraz liczne kopie greckich i rzymskich rzeźb. Nabab był zachwycony. Z radością zamówił barwne marmury z Ferrary, witraże z Oksfordu, a do układania mozaiki zatrudnił weneckich robotników, kierowanych przez kuzyna architekta.
W trakcie budowy zachowanie Tacchiniego stawało się coraz bardziej ekscentryczne. Prócz wprowadzenia zmian w projekcie, czego najbardziej skrajnym przejawem była rokokowa krypta wzorowana na którejś z krypt w Sienie, II Maestro (tak kazał się do siebie zwracać) zaczął kierować pracą w niekompletnym stroju. Wreszcie całkiem wyzbył się ubrania, tłumacząc, że energia twórcza człowieka emanuje przez skórę, więc by uniknąć groźnych skutków estetycznej blokady, należy skórę wyeksponować. Początkowo zrzucono to na karb ekstrawagancji artysty. Tacchini doczekał się nawet pochwały ze strony nababa, który podziwiał ludzi z pasją. Lecz kiedy II Maestro ogłosił, że część mieszkalną dla kobiet będą budować kobiety, również wyzbyte estetycznych blokad, wezwano lekarza. Ten stwierdził trzecie stadium syfilisu. Tacchini znalazł się w zakładzie zamkniętym, gdzie zmarł po paru latach. Przed śmiercią wykrzykiwał szczegółowe przepisy na desery. Wydaje się, że w swoim szaleństwie cofnął się do poprzedniego etapu życia, kiedy pracował jako mistrz cukierniczy w Trieście. Zresztą pałac, trwały pomnik Tacchiniego, w opinii wielu osobliwie przypomina ogromny różowy lukrowany tort.
Hidżrowie wprowadzają Prana do wnętrza tortu, a może bezy, trójwymiarowego wytworu chorego umysłu, gry w chiński labirynt, utrwalony w kosztownym importowanym kamieniu. Jego obecność nie budzi zdziwienia. Przestro
Pran nie widzi żadnych odsłoniętych kobiecych ciał. Ale w powietrzu unosi się obiecująca woń olejku różanego. Ściany pomieszczenia, w którym się znalazł, wyłożone są połyskliwymi kaflami w rozmaitych odcieniach różu. Z sufitu zwisa żyrandol z różowego szkła. Na drugim końcu widać zabezpieczone kratą wejście.
Dobiega stamtąd szmer fonta
Khwaja-sara, przełożony hidżrów w Fatehpurze, siedzi pod baldachimem i ponad różowymi blankami pałacu wpatruje się w wyschłe zimowe pola. Zasuszony, owinięty w sari z szerokim złotym szlakiem na dole, przygotowuje skomplikowane paan. Przed nim stoi inkrustowana mosiężna taca, na niej miseczki, a w każdej z nich i
– Podejdź bliżej, moje dziecko. Niech ci się przyjrzę. Pran postępuje naprzód. Khwaja-sara taksuje go wzrokiem.
– Kim jesteś, Rukhsana? – pyta, sepleniąc. – Chłopcem czy dziewczyną?
– Chłopcem.
– Naprawdę? Jesteś pewna? Spójrz na swój strój.
Zmieszany Pran omiata spojrzeniem burkę spowijającą jego ciało. I wtedy dostrzega coś strasznego. Na tacy między miseczkami leży długi, groźnie zakrzywiony nóż. Khwaja-sara podąża za przerażonym wzrokiem Prana, podnosi nóż i przeciąga zagiętym palcem po ostrzu.
– Nie możecie mnie zmusić, żebym został – szepcze Pran chrapliwym głosem. – Chcę stąd wyjść. Przywieziono mnie tu wbrew mojej woli.
To był błąd. Khwaja-sara zrywa się na równe nogi, szeleszcząc jedwabnym sari, i zaczyna wymachiwać zakrzywionym nożem.
– Wola? – strzyka czerwonym sokiem betelu w twarz Prana. – W o l a?! Twoja wola się nie liczy.
– Proszę…
– Nie masz prawa prosić! Jesteś niczym, rozumiesz? Niczym! Hidżra wykonuje parę wypadów z nożem na wysokości bioder. Jak na tak wiekową istotę, jest całkiem zwi
– Spytam jeszcze raz – sepleni Khwaja-sara złowrogo. – Kim jesteś?
– Jestem Pran Nath… – zaczyna Pran i urywa, gdy Khwaja-sara wymierza mu policzek.
– Nie! – warczy. – Spróbuj jeszcze raz. Kim jesteś?
– Jestem… – Kolejny policzek.
– Nie! Jeszcze raz!
Sytuacja się powtarza, aż Pran (który próbował odpowiedzi w rodzaju: „Błagam”, „Nie bij mnie”, a nawet „Rukhsana”) mamrocze w końcu: „Niczym”.
– Dobrze. A ja kim jestem?
– Khwaja-sara.
– Co za bezczelność! – Kolejne uderzenie w twarz.
– Nie wiem! Nie wiem!
– Teraz dobrze.
Pran jest zdezorientowany. To jak lekcja, tyle że na odwrót. Dla Khwaja-sary im mniej wiedzy, tym większa mądrość.
– Pamiętaj, jesteś niczym. Niczym. A teraz, Rukhsana, ile jest płci?
– Dwie?
– Głupia! Tysiące! Miliony! – ożywiony Khwaja-sara zaczyna pląsać po dachu niczym podstarzała tancerka. Śmiertelnie przerażony Pran nie spuszcza oczu z ostrza noża pobłyskującego w świetle lamp.