Страница 51 из 59
Schwytanie lampartów zmuszało Tomka do polowania. Jednego dnia wybrał się z Sambem na skraj dżungli. Wypatrywali na drzewach małpich gniazd. Nagle usłyszeli dźwięczne nawoływania miodowoda.
– Buana, buana! Ptak miodowy – zawołał Sambo. – Zaraz będziemy mieli słodki miód!
Zwyczajem krajowców Tomek gwizdnął przeciągle. Ptak, jakby zrozumiał, że przyjęto jego wezwanie, poderwał się do lotu. Chłopcy pobiegli za nim. W pierwszej chwili Tomek bez zastanowienia podążał za zmyślnym miodowodem, lecz gdy się trochę zmęczył, przystanął i rzekł:
– Nie powi
– Trafimy, buana! Sawa
Tomek wahał się, ale miodowód nie dawał za wygraną. Gdy tylko spostrzegł, że chłopcy przystanęli niezdecydowani, zaczął zataczać nad nimi koła, mknął jak strzała w las, zawracał i krzyczał donośnie.
– Ul już blisko, buana! – zachęcał Sambo.
Ptak kilkakrotnie znikał w lesie i powracał, wołając coraz głośniej i natarczywiej. Tomek rozejrzał, się uważnie. Chociaż znajdowali się w dżungli, Sambo słusznie dowodził, że nie mogło być mowy o zbłądzeniu. Wystarczyło przecież wyjść na skraj widocznej między drzewami sawa
– Miodowód zachowuje się tak, jakby ul naprawdę znajdował się już blisko – odezwał się Tomek. – Chodźmy za nim jeszcze trochę.
Zaledwie się poruszyli, ptak krzyknął donośnie i powiódł ich w las. Wkrótce znaleźli się na leśnej polance. Miodowód wyprzedził amatorów miodu, usiadł na gałęzi olbrzymiego, zbutwiałego baobabu i głośno wyrażał swą radość.
Tomek spoglądał na baobab, w którego pniu widać było duży otwór, ale nie mógł wypatrzyć pszczół w pobliżu dziupli.
– Spojrzyj, Sambo! Ktoś już musiał nas uprzedzić i wybrał miód. Ani jednej pszczoły nie ma wokół dziupli. Wystrychnęliśmy się na dudków – powiedział. – Ale kto to mógł być?
Sambo jeszcze nie dowierzał.
– Buana, zajrzę do dziupli. Może tam jest choć trochę miodu – zaproponował.
– Zajrzyj, ale wygląda na to, że obejdziemy się smakiem – odparł Tomek.
Murzyn szybko wspiął się na najniższą gałąź, stanął na niej, ostrożnie zajrzał w dziuplę.
– Nie ma pszczół ani miodu, ale tu coś jest, buana – poinformował. – To pewno jakiś mały zwierz. Sambo widzi skórę.
– Nie wkładaj tam ręki. Sambo! Licho wie, co za zwierzątko może być w dziupli zbutwiałego drzewa – ostrzegł Tomek.
Sambo był zbyt zaciekawiony, aby usłuchać dobrej rady. Powoli wsunął rękę w dziuplę. Po chwili wydobył jakiś przedmiot i natychmiast zeskoczył na ziemię.
– Patrz, buana, to było w drzewie – zawołał podniecony.
– Ciekawe, co jest w tym zawiniątku z lamparciej skóry? – powiedział Tomek. – Zajrzyj do środka!
– Nie, nie buana! Ty to zrób! Inuszi mówił, że jesteś wielki czarownik – pospiesznie odparł Murzyn i skwapliwie wsunął do rąk Tomka dziwne zawiniątko.
Tomek uśmiechnął się wyrozumiale do zabobo
– Cóż to może być? – zdumiał się.
– Fetysz59 [59 Wszystkie przedmioty, którymi ludy pierwotne oddają cześć boską, zwą się fetyszami. Fetysz zwierzęcy jest totemem.], wielki fetysz – szepnął Sambo z nabożną czcią. – Chociaż jesteś wielki czarownik, buana, włóżmy to lepiej z powrotem do dziupli.
Tomek nie był zaskoczony przestrachem młodego Samba. Wiedział, że wielu uczonych uważało fetyszyzm za najstarszą religię murzyńską. Kult ten rozpowszechniony był szczególnie w Afryce Zachodniej. Każdy fetysz reprezentował jakiegoś ducha. Z tego też względu fetysze otaczano czcią i zwracano się do nich z różnymi prośbami. Fetyszem mógł być każdy przedmiot, jak: kamień, kawał drewna, kości zwierząt bądź zwierzęta.
Tomek jeszcze raz uważnie przyjrzał się woskowej kuli. Z łatwością rozpoznał, że kły oraz pazury znajdujące się między ziołami i włosami należały do lamparta.
– Buana, Sambo włoży to do dziupli i uciekajmy stąd – szepnął Murzyn, rozglądając się trwożliwie.
Tomek nie podzielał jego obaw i nie miał ochoty rozstawać się z fetyszem. Postanowił zabrać go dla ojca, który kolekcjonował różne ciekawostki z podróży po świecie. Nie namyślał się długo. Pośpiesznie owinął kulę w skrawek lamparciej skóry.
– Masz rację, że najlepiej będzie, jeśli znikniemy stąd jak najprędzej, lecz fetysz zabieram jako upominek dla ojca – odezwał się Tomek.
– Buana, nie rób tego – doradzał zaniepokojony Sambo. – Duch się pogniewa i będzie bardzo źle.
– Duchy nic nam nie zrobią, bo istnieją tylko w twojej wyobraźni.
– Nie mów tak, buana! Duchów jest bardzo, bardzo dużo! Są duchy złe i dobre. Sambo zawsze składa ofiary złym duchom.
– Oj, Sambo, Sambo! Dlaczego składasz ofiary złym duchom? Przecież to grzech! Módl się do jednego dobrego i sprawiedliwego Boga, a nie stanie ci się żadna krzywda.
– Nie, buana, Sambo jest mądry i wie, co robić. Dobry Bóg i tak będzie dobry, a jak złe duchy dostaną ofiarę, to nic Sambowi nie zrobią. Uciekajmy stąd szybko!
– No, dobrze, porozmawiam z tobą przy sposobności na temat twoich duchów. A teraz rzeczywiście wracajmy do obozu.
Pobiegli w kierunku obozowiska, nie podejrzewając nawet, że od dłuższej chwili byli pilnie obserwowani. Otóż kiedy miodowód przyfrunął na polanę, z przeciwnej strony dochodził do niej stary, dobrze zbudowany Murzyn. Natarczywy głos ptaka od razu zwrócił jego uwagę. Cofnął się więc w krzewy, niespokojnie spoglądając w kierunku, skąd nadleciał wszędobylski i ciekawski miodowód. Wkrótce też ujrzał nadchodzących chłopców. Gdy Sambo wspinał się na baobab, Murzyn odruchowo chwycił za rękojeść noża, ale widok sztucera w rękach młodego białego człowieka skłonił go do zachowania ostrożności. Czekał drżąc z gniewu i niepokoju. Chłopcy rozglądali się na wszystkie strony, co wykluczało możliwość zaskoczenia. Tomek schował zawiniątko za pazuchę i obaj z Sambem pospiesznie wrócili do obozu. Stary Murzyn dążył za nimi trop w trop. Widział Tomka wchodzącego do namiotu, policzył tragarzy, których zachowanie świadczyło o tym, że nie mieli zamiaru zwijać obozu, po czym mrucząc tajemne zaklęcia pobiegł szybko na północ.
Zaledwie noc zapadła nad dżunglą, na polanie wokół zbutwiałego baobabu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. W srebrzystej poświacie księżycowej widać było zgromadzonych kilkunastu Murzynów. Każdy z nich trzymał w ręku jakieś zawiniątko. Od czasu do czasu przykucali na ziemi, obrzucając się wzajemnie nieufnymi spojrzeniami. Jeden z zebranych – stary Murzyn – usunął głaz sterczący u stóp drzewa. Wydobył spod niego mały żelazny kociołek i duży ludzki czerep. I
– Bracia-lamparty, nie mogę pokazać wam dzisiaj naszego wszechmocnego fetysza – ponuro odezwał się starzec. – Zaręczam jednak, że przebywająca w nim dusza lamparta łaknęła wczoraj krwi. Wosk pękł z pragnienia. Lampart upomina się o ofiarę. Musimy odzyskać fetysz i napoić go krwią podstępnego białego człowieka, który poważył się zabrać naszego brata-lamparta z dziupli świętego baobabu.
– O, ooo… – głucho jęknęli Murzyni.
– Teraz przygotujmy się, bracia-lamparty, do spełnienia ofiary – polecił czarownik.
Murzyni otoczyli baobab. Rozpoczęli dziwny taniec. Czołgali się na czworakach, wykonywali lamparcie skoki, aż oszołomienie ich doszło do obłędnego szału. Zgrzytali zębami i wołali:
– Prowadź nas, bracie-lamparcie!
Czarownik wyciągnął przed siebie ręce. Błysnęły pazury. Murzyni pobiegli za nim. Z gardzieli ich wyrwało się nieludzkie wycie. Warcząc i mrucząc, ludzie-lamparty jak szaleni pędzili przez las w kierunku obozu.