Страница 57 из 86
– Co chcesz zrobić? – zaniepokoił się Wilmowski.
– Sam chciałeś, abym postarał się pomóc Sally – szepnął do niego po polsku marynarz i dodał głośno po angielsku:
– Kiedyś pływaliśmy po Wiśle prawie na deskach albo w korytach. Miałem w tym niezłą wprawę… Nie martwcie się o mnie!
I rozebrał się do pasa.
– Powiedz tym kajtkom, że pierwszy, który tu wróci, otrzyma podwójny bakszysz – poprosił Abeera. – I że ruszymy, jak dasz znać!
– Zwariował, na miły Bóg, zwariował – szepnął Wilmowski do Smugi. Patryk i Abeer, obaj jednakowo zdumieni, wyraźnie dawali się ponieść emocjom. Sally jakby się nieco ożywiła. Wilmowski sceptycznie pokręcił głową, a Smuga przyglądał się wszystkiemu z zapowiedzią uśmiechu w kącikach ust.
Trójka miejscowych pływaków wyglądała przy Goliacie z Warszawy jak krasnoludki.
– Gotowi? – spytał Abeer. Wszyscy poważnie skinęli głowami.
– Ruszajcie! – wydał komendę.
Już na starcie marynarz wyprzedził wszystkich. I
– Niech cię kule biją, niedźwiedziu – gratulował Wilmowski. – Byłem przekonany, że przegrasz.
– Mówiłem, że mam wprawę – odparł Nowicki. – Przez całe lata ćwiczyłem różne marynarskie sztuczki.
– Ale nie na rzece? – wtrącił Abeer.
– Ech… Co się będę chwalił… Także na ostrej rzece kiedyś igrało się ze śmiercią. Tutaj to zabawka… – powiedział z nagłą powagą.
I tak prysł pogodniejszy nastrój.