Страница 30 из 31
– No, no, nie powiem, milutki jesteś… – Miśka odezwała się zimno.
Kroiłam cytrynę, starając się uchwycić najdrobniejsze dźwięki. Modliłam się, żeby Miśka była miła. I wtedy nagle usłyszałam jej ostry szept:
– Ja też co nieco słyszałam o tobie i szczerze mówiąc, nie bardzo mi się podobasz. Znam takich jak ty. Też próbowali ze mną swoich sztuczek. Ewka jest zaślepiona, łatwo nią manipulować, ale pamiętaj, ma przyjaciół, którzy się o nią troszczą, więc uważaj…
Zamarłam w nożem i cytryną w dłoniach. Po chwili Miśka wróciła do kuchni i uśmiechnęła się do mnie słodko.
– Pójdę już – powiedziała, wyraźnie z siebie zadowolona. – Twoje życie, twój wybór. Aha, mówiłam ci, że jesteś kretynka?
– Matko, Miśka, to nie jest Maciek! – szepnęłam. – To mój partner do pozowania, Leszek. Bardzo miły i kulturalny człowiek. W dodatku z twojej branży.
Miśka nadal się uśmiechała, ale bez przekonania.
– Zawsze się musisz wtrącać!
Wykrzywiła się.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś…
– Nie zdążyłam. Szybciej plujesz jadem niż Brudny Harry prochem…
– Jest architektem?
– Przestrzeni.
Miśka gapiła się na mnie z ogłupiałą miną. Oparłam się o kuchenkę.
– I co teraz?
– Nic. Trochę gościa zatkało. Zaraz go odetkam – odparła niepewnie.
Wzięła cukierniczkę i wyszła z kuchni. Pomaszerowałam za nią z tacą zastawioną herbatą.
– Słodzisz? – Miśka przejęła rolę gospodyni. Leszek kiwnął głową – Z cytrynką? Proszę… Co to ja mówiłam… aha… no… co do moich ostrzeżeń… to… yhm… żartowałam. Zawsze tak gadam do facetów Ewki. Już taka ze mnie idiotka. – Miśka poklepała mnie po ramieniu. – Nooo… to ja już pójdę…
– Raczej troskliwa przyjaciółka – przerwał jej Leszek.
Miśka spojrzała na mnie, położyła na stół zaproszenia i roześmiała się:
– No to jak tak, kochani, to doradźcie…
Siedziałam w łazience z maseczką na twarzy, z mokrymi włosami nasmarowanymi odżywką, czytając książkę i czekając, aż minie piętnaście przepisowych minut, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Poderwałam się z miejsca. Nie mogłam wyjść z łazienki, szczególnie, że miałam na sobie stary powyciągany szlafrok i całe to świństwo na twarzy, nie mogłam też udawać, że niczego nie słyszę. Krzyknęłam w przestrzeń, że ktoś puka. Przywarłam uchem do drzwi. Usłyszałam kroki Leszka w przedpokoju, odsunięcie zasuwki i ciche skrzypnięcie. A potem ciszę. A potem… potem głos: „Przepraszam, chyba pomyliłem mieszkania”. O mało nie padłam, tak jak stałam.
To był Maciek!
Leszek zagadnął o coś gościa, nie usłyszałam jednak ani co mówił, ani żadnej odpowiedzi.
Błyskawicznie zmyłam maseczkę i odżywkę, przebrałam się i wyszłam z łazienki. Leszek stał w kuchni i parzył herbatę. Spojrzałam na niego przerażona. Ubrany był w sportowe bokserki. Tylko w sportowe bokserki! Był uśmiechnięty, spocony i miał nabrzmiałe mięśnie. Podrapał się po nagiej piersi.
– Łazienka wolna? Trochę ćwiczyłem, chciałbym wziąć prysznic.
– Kto to był? – spytałam drżącym głosem.
– Jakiś gość. Pomylił mieszkania.
– Mówił coś?
– Niewiele. Za to gapił się na mnie… jakoś tak… – Leszek skrzywił się. – Miałem wrażenie, że chyba lubi, wiesz…
– Co?
– No, woli chłopców.
Usiadłam na krześle, patrząc na Leszka bez słowa. Oczami wyobraźni ujrzałam całą scenę: półnagiego Leszka, zdezorientowanego Maćka. I nagle zaczęłam się śmiać. Histerycznie. Nie mogłam się opanować. Uspokoiłam się dopiero wtedy, gdy uprzytomniłam sobie wszystkie fakty.
– Otworzyłeś drzwi w takim stroju? Półnagi?
– Tak. – Leszek patrzył na mnie podejrzliwie.
– A co mu powiedziałeś? Słyszałam, że coś mu powiedziałeś.
– Że nie mogę mu pomóc, bo mieszkam tu od niedawna… zaraz… dlaczego właściwie… czy to ktoś znajomy? – Leszek usiadł naprzeciw mnie, wpatrując się we mnie z powagą -… czy to był twój narzeczony?
– Narzeczony? Nie, z pewnością to nie był mój narzeczony! – podniosłam głos. – Przepraszam. – Zabrałam herbatę i wyszłam z pokoju.
Pięć minut później zadzwonił telefon.
– Ewa? Jestem pod twoim blokiem. Chcę do ciebie wpaść i porozmawiać. Podaj mi numer mieszkania, bo coś mi się pokręciło – powiedział Maciek zimnym głosem.
– Nic ci się nie pokręciło.
– Słucham? – Maciek odchrząknął. – No dobra, kto to jest?
Leszek brał prysznic. Śpiewał. Przeniosłam się z aparatem do pokoju.
– Nikt. Przepraszam, ale nie mam czasu. Zdaje mi się, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy. Proszę cię, żebyś więcej nie dzwonił.
– Ewciu… – Maciek jęknął w słuchawkę. – Powiedz mi, co to za facet. Brat do ciebie przyjechał?
– Nie twoja sprawa.
– Jestem pewien, że brat. Ewka, nie dręcz mnie. Muszę cię zobaczyć. W tym momencie Leszek, mokry, owinięty ręcznikiem, wszedł do pokoju. Filek, który do tej pory drzemał na pufie, natychmiast zeskoczył na podłogę i podbiegł do wybranka swego kociego serca. Leszek, w doskonałym humorze, zawołał na cały głos:
– Chodź do mnie, maleńka! – złapał kota i przytulił go do policzka. – O tak, dobrze, mmm…
– Co tam się dzieje! – Maciek wrzasnął w słuchawkę. – Ewa, kto to jest?!
– Mój narzeczony! – powtórzyłam z gniewem już raz przerabiane kłamstwo i rzuciłam słuchawkę.
Leszek przerwał kocie amory i spojrzał na mnie zdumiony.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
Pokazałam mu język i z płaczem uciekłam do łazienki.
Od dwóch dni nie grzali. Siedziałam pod kocem okutana w ciepłe spodnie do ko
Wstaję o szóstej i gimnastykuję się.
Nie, to przesada. Wstawać o szóstej, żeby być nieprzytomną i robić wszystko o godzinę dłużej?
O szóstej trzydzieści…?
Siódma?
Dobrze: Ósma rano jestem na nogach. Gimnastykuję się wieczorem, wtedy mam więcej sił…
– Ewa, ktoś puka!
Otulona w koc, małymi kroczkami jak Japoneczka, podreptałam do drzwi. Na klatce, jedną ręką oparty o framugę, stał gospodarz bloku.
– Żona mówiła, że ma pani sprawę – powiedział zasapany. Łypnął na mnie jednym okiem, drugie patrzyło na obrazek z górskim widokiem, skromną ozdobę klatki.
– Byłam dzisiaj u pana, bo od dwóch dni mam zimne kaloryfery. Co się stało?
– Nie czytała pani ogłoszenia? Jest awaria w magistrali. Naprawa potrwa jeszcze ze dwa dni.
Otworzyły się drzwi na końcu korytarza.
– Panie gospodarzu, kiedy będzie ciepło? – z drzwi wychyliła się starsza kobieta w szlafroku i papilotach.
– Pani Władziu, mówię właśnie, że za jakieś dwa dni.
Gospodarz ruszył w jej kierunku.
– A jak tam karaluchy? Pomogło to trucie?
Zamknęłam drzwi. Przechodząc obok łazienki, zerknęłam do środka. Leszek stał przed lustrem, jedną nogę postawił na wa
– Nie było ci wczoraj zimno? – weszłam do łazienki i sięgnęłam po szczoteczkę do zębów.
– Nie bardzo.
– Bo mi tak.
– Dało się wytrzymać.
– Trochę mnie to dręczy, możesz przeziębić nerki.
– Chcesz się zamienić?
Biłam się z myślami. Może mu zaproponować drugą połowę łóżka? Tak po koleżeńsku, bez aluzji. Przecież nie mogę pozwolić, żeby zachorował.
– Możesz spać…
– Nie.
– Dlaczego?
– Ustaliliśmy coś i chcę się tego trzymać.
Wzruszyłam ramionami. Nie pamiętałam, żebyśmy cokolwiek ustalali, ale niech mu będzie. Wygrzebałam z szafy dwa grube ręczniki i podłożyłam je pod materac. Niewiele to dało.
Leszek położył się wcześniej. Zapaliłam nocną lampkę i w chłodnym półmroku przyglądałam się górze jego ciała. Naciągnął koc na głowę i zwinął się w kłębek, ale wiedziałam, że nie śpi. Leżałam pod kołdrą w grubym swetrze naciągniętym na koszulę nocną i wzorzystych skarpetach od babci, a mimo to czułam przenikliwe zimno. Próbowałam czytać, ale nie mogłam się skupić, zgasiłam więc lampkę i leżałam w ciemnościach, wpatrując się w niewyraźny zarys okna. Wiatr z głuchym łomotem uderzał w szyby i gwizdał w szparach. Dotknęłam swoich stóp. Mimo grubych skarpet były zimne jak u nieboszczyka. Kręciło mnie w kolanach.
– Leszek – powiedziałam półgłosem. – Śpisz?
– Nie.
– Zimno?
– Trochę.
– Chodź.
– Gdzie?
– Na łóżko.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Wiesz dlaczego.
– Bo się umawialiśmy?
– Yhm…
– Ale nie grzeją.
– Wytrzymam. Chyba że…
– Co?
– Chyba że tobie jest zimno?
– Jest.
Milczał.
– A ty masz najcieplejszy koc, moglibyśmy się nim dodatkowo okryć.
– Yhm…
– To przyjdziesz?
– Nie…
Czułam, że się łamie.
– Zimno mi – jęknęłam.
Leszek usiadł na swoim legowisku.
– Zimno ci?
– No przecież mówię.
Wypuścił powietrze.
– Dobrze. Ale tylko dziś. Wyjątkowo.
Wstał, podniósł koc i stanął nad łóżkiem. Przesunęłam się do ściany. Zarzucił koc na łóżko, szczelnie okrywając moje stopy, i wślizgnął się pod kołdrę. Leżeliśmy nieruchomo.