Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 62

Profesor Wilczyński nazwał ten fenomen – jak na profesora przystało, mądrze – „wrogim państwem opiekuńczym”. Z jednej strony, polactwo postrzega swoje państwo jako dawcę dóbr, zobowiązanego zapewnić każdemu środki utrzymania, szkołę, opiekę zdrowotną, pracę, wczasy, i tak dalej, aż do renty i emerytury. Z drugiej jednak strony ów wielki rozdawca dóbr jest powszechnie znienawidzony. Bo ilekolwiek by dawał, i tak zawsze daje za mało.

Można tu więc i trzeba rzec na obronę polskich polityków, że ustępując przed najbardziej nawet egoistycznymi i szkodliwymi dla ogółu żądaniami, rozdając coraz to nowym grupom kolejne pieniądze i przywileje, ustępują zawsze przed wolą większości – a w końcu w demokratycznym kraju, w którym polityk uzależniony jest od kaprysów tłumu jak gwiazda telewizji od humorów publiczności, trudno sobie wyobrazić demonstracyjne postępowanie wbrew tej woli. Ale trzeba dodać, że ustępując tchórzliwe przed każdym tupnięciem, wcale sobie poparcia nie kupują. I tak zostaną znienawidzeni, i tak pod koniec kadencji rządząca partia będzie biła kolejne rekordy niepopularności, a jej szeregowi, mniej znani tłumom członkowie będą się ratować przemalowywaniem szyldów.

Oczywiście, w przekonaniu polactwa „oni” – politycy – nie dają, bo nie chcą. Pieniądze z wielkiego wora, jakim jest budżet państwa, zamiast przeznaczać, jak obiecali, na nas, biorą dla siebie i swoich kolesiów, złodzieje jedni. „Złodzieje” to jedno z kluczowych słów polskiej debaty ulicznej, skandowane rytmicznie: zło-dzie-je-zło-dzie-je podczas każdej demonstracji, bez różnicy, kto demonstruje, w jakim celu i z jakich pozycji. Oczywiście w tej ludowej intuicji jest coś z prawdy, w końcu nie jesteśmy tacy głupi, żeby nie wiedzieć, kogo posyłamy do władzy. Ale jest też wielkie rozgrzeszenie: skoro wszyscy tam na górze to w czambuł złodzieje, my tutaj, na dole, nie robimy nic złego, usiłując urwać coś dla siebie. Ba: bylibyśmy frajerami, gdybyśmy tego nie robili.

Polactwo, choć generalnie jest w stosunku do polityków po chłopsku nieufne, w jedno wydaje się im wierzyć bez zastrzeżeń: w coraz to nowe obiecywane sposoby wyczarowania pieniędzy. Żaden polityk nie powie przecież wyborcom: słuchajcie, na zaspokojenie waszych oczekiwań kasy nie ma i nie będzie. Zamiast tego mówi, jak Miller czy Lepper – my wiemy, gdzie są pieniądze, i jak je wziąć. (Święta prawda, jeśli rozumieć tę zapowiedź „my wiemy, skąd się będziemy mogli nachapać” – ale na pewno nie jako „my wiemy, skąd wziąć na te wszystkie zasiłki, dopłaty i subwencje”.)

Więc przede wszystkim – pieniądze mają się wziąć z „rozliczania aferzystów”. „Rozliczanie aferzystów” obiecuje nawet zdychający SLD, co już mnie rozśmieszyło do rozpuku, bo przecież, żywiąc o postkomunistach jak najgorsze mniemanie, nie uważam ich za tak głupich, żeby mieli obrócić się przeciwko ostatniej grupie społecznej, która ich jeszcze popiera.

Rozliczanie aferzystów to jedna z najbardziej niezniszczalnych bzdur III Rzeczypospolitej. Oczywiście, afer było w naszym kraju, jak w każdym i

Afery, oczywiście, rozliczyć by wreszcie należało, począwszy od tych głównych – rublowej, spirytusowej czy FOZZ. Ale trzeba to zrobić dlatego, że na ich bezkarności cierpi państwo, i dlatego, że wymaga tego poczucie sprawiedliwości – nie dlatego, że będą z tego kokosy na dalsze finansowanie gierkowskiego „czy się stoi, czy się leży”.

Tylko że kto chce wierzyć, uwierzy we wszystko. Niedoceniony showman Grzegorz Kołodko wymyślił, że można by się dobrać do wspomnianej już rezerwy rewaluacyjnej NBP. Owa rezerwa w istocie nie istnieje, jest tylko wielkością księgową. Po prostu, kiedy NBP skupuje waluty, czyni to po określonym kursie, i te zmiany kursu, a ściślej, różnica pomiędzy ceną zakupu, a ceną bieżącą, to właśnie owa rezerwa. Dostałeś na imieniny, PT Czytelniku, porcelanową durnostojkę, która w sklepie kosztowała pięć dych, a pewnego dnia, patrzysz na wystawę – taki sam mathom wyceniają w pamiątkarskim na siedemdziesiąt złotych. Czy czujesz się bogatszy o dwie dychy? Teoretycznie tak. Ale będziesz bogatszy dopiero wtedy, gdy zdołasz komuś swoją figurkę za te siedem dych opylić. Natomiast jeśli ktoś powiedziałby ci, żebyś już teraz, bez sprzedawania czegokolwiek, te dwie dychy, skoro ci nagle spadły z nieba, dał mu na piwo – pewnie byś go spuścił ze schodów, prawda?

Tymczasem pan Kołodko umyślił sobie, żeby pod tę wirtualną rezerwę – ale bez sprzedawania rezerw walutowych NBP, bo to wywołałoby skutki, które wykształconemu ekonomiście są znane – dodrukować trochę kasy na bieżące potrzeby dziurawego budżetu. W istocie był to pomysł ryzykownej, dodatkowej emisji pieniądza bez pokrycia. Pomysł równie rozpaczliwy i doraźny, jak i

W ogóle, jeśli chodzi o pomysły, skąd wziąć pieniądze na spełnienie wszystkich składanych po drodze do władzy obietnic, panuje u nas swoisty głuchy telefon: nie dość, że obrońcy praw socjalnych ludu podkradają je sobie bez żenady, to jeszcze po drodze wszystko im się myli (byłoby to bardzo zabawne, gdyby nie fakt, że chodzi w końcu o nasz kraj). Ktoś coś tam powie, i

Przypomniał mi się niejaki Siemienas, facet, który straszył gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych, a potem zniknął nie wiedzieć gdzie i jak. Uchodził za milionera z Ameryki, jeździł białym rolls-royce’em, którym podwoził zaczynającego wtedy przy nim karierę Leppera, robił długi – do tego, jak się zdaje, ograniczały się jego biznesowe uzdolnienia – i sypał różnymi genialnymi pomysłami na zamienienie Polski w Kuwejt (nie w sensie obfitości ropy naftowej, tylko sum pieniędzy, sypiących się na każdego obywatela za to tylko, że istnieje). Jeden z nich szczególnie zapadł mi w pamięć. Otóż policzył był pan Siemienas, ile jest w Polsce ziemi ornej, porównał to z ilością pieniędzy w obiegu, następnie wykonał takie obliczenie w stosunku do USA, i wyszło mu, że w Ameryce na jeden hektar przypada ileś tam wyemitowanych przez bank centralny dolarów, a w Polsce wielokrotnie mniej złotych. Ergo, można i należy w Polsce wydrukować ileś tam jeszcze miliardów. To, że pieniądz jest ekwiwalentem obecnych na rynku towarów i przeliczanie, jak się jego podaż w Ameryce i gdzie indziej ma w stosunku do długości granicy w centymetrach, rocznej produkcji parasoli albo dni deszczowych i słonecznych nie ma najmniejszego sensu, nie zmieniało faktu, że cała rzesza ludzi łykała te brednie niczym karmny gąsior gałki.

Bardzo przepraszam, że wyciągam tu jakieś skrajne przypadki, ale to tylko dla przykładu – jeśli chodzi o wymyślenie jeszcze jednego „dowodu”, że może być tak, jak w wyidealizowanych przez sklerozę czasach słodkiego gierkowskiego nieróbstwa i radosnego przeżerania pierwszych dolarowych kredytów, polactwo kupi każdą, najgorszą nawet głupotę. A wiara, że gigantyczne pieniądze są gdzieś w zasięgu ręki, tylko tę rękę wyciągnąć, potęguje z kolei wściekłość na polityków, którzy z niezrozumiałych przyczyn sięgnąć po nie nie chcą.