Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 47 из 53

– W końcu zrozumiałam – mówi Kasia – że stworzyłam tę kompozycję tylko dlatego, bo tak cię skrzywdziłam. Jak gdybym zamknęła motyla w puszce po landrynkach i spisywała na papierze nutowym trzepot jego skrzydełek, tam, w środku, w blaszanej ciemności, aż by nie ucichł… Nie, ta kompozycja nie jest moją własnością.

Kasia otwiera zapłakane oczy. Sięga pod poduszkę i wyciąga płaskie pudełko z krążkiem taśmy w środku. Podaje mi.

– Jest twoja – mówi. – Zrób z nią, co chcesz. Możesz ją wyrzucić przez okno, możesz ją spalić. Ale wybacz mi, jeżeli potrafisz. Proszę cię.

Biorę pudełko z jej rąk i uśmiecham się.

– Nie przejmuj się – mówię – nie wyrządziłaś mi żadnej krzywdy. Wręcz przeciwnie. Jestem ci bardzo, bardzo wdzięczna. Dzięki tobie zrozumiałam, jaka jestem naprawdę i w końcu przestałam oszukiwać samą siebie. Co oczywiście nie oznacza, że nie oszukuję i

Kasia kiwa głową.

– Jeśli tak, to nie martw się o niego. To tylko tobie wydawało się, że go zamknęłaś, a tak naprawdę, to wypuściłaś go na wolność. I już nie płacz, bo nie mogę patrzeć na twoje łzy. Sama mi kiedyś mówiłaś, że wszyscy artyści robią z igły widły. Wyjmuję chusteczkę i wycieram jej dokładnie buzię. Ona przytula się do mnie. Obejmuję ją mocno.

– Minko – mówi mi do uszka – zobaczysz. Ja się zmienię. Już nigdy nie będę zła. Przysięgam ci.

– Wiem Kasiu, wiem.

Spoglądam na pudełko z taśmą, które trzymam w prawej ręce. Na przezroczystym plexiglasie napis czerwonym flamastrem: „W KRÓLESTWIE UMARŁYCH GODZIN”.

– O, jaki śliczny tytuł – mówię. – Nie mogę się doczekać, kiedy mi to puścisz.

– Naprawdę podoba ci się tytuł? – pyta Kasia.

– Bardzo.

– Bo wiesz, ja nawet nie wiem, kiedy go napisałam. Musiałam mieć gorączkę…

– Moje biedactwo – mówię i dotykam jej czoła. – Jeszcze masz gorączkę.

– Ale już niedużo – mówi. – Trzydzieści osiem i jedna kreska.

– To ma być niedużo? Właź natychmiast pod kołdrę! A ja sobie puszczę twoją kompozycję.

– Ja ci puszczę!

Kasia wyskakuje z łóżka i na bosaka biegnie w stronę okna. Taka malutka, rozczochrana i dzieci

Wysłuchałam całej kompozycji – trwała godzinę, pięć minut i dwadzieścia sekund – i musiałam wracać do szkoły, bo pani Zelenow odgrażała się ostatnim razem, że mnie zapyta o parę rzeczy, a jeśli się kogoś boję w tej szkole, to właśnie pani Zelenow. A z Kasią umówiłam się, że przyjdę po lekcjach, żeby pogadać na spokojnie o jej ślicznej kompozycji i w ogóle. Wpadam do klasy, siadam w ławce, Ewka nadąsana.

– Byłaś u niej?

– Skąd wiesz?

– Mam swój wywiad.

– No to byłam.

– I co?

– Jest chora, ale już jej lepiej. Po prostu była przeziębiona.

– Jesteś podła. Obiecałaś mi, że nie pójdziesz.

– Musiałam pójść.

– Bo co?

– Jej tatuś umarł.

– No i co z tego?

– Jak to „co z tego?

– No to, że wiedziałam o tym od dawna.

– Skąd wiedziałaś?

– Po prostu mam swój wywiad. – I czemu mi nie powiedziałaś?

– A skąd miałam wiedzieć, że cię to interesuje? I co, powiedziała ci już, ile tysięcy dolarów dostała w spadku?

– Nic mi nie mówiła, nie obchodzi mnie to.

– Tak? A co ja mam w oku?

– Kretynka.

– Debilka.

– I bardzo dobrze.

– Po lekcjach znów do niej pójdziesz?

– Gówno cię to obchodzi.

– Proszę cię, powiedz.

– Pójdę.

– Nie idź.

– Nie bądź zazdrosna.

– Ja? Zazdrosna? O taką idiotkę? Wybieraj. Albo ja, albo ona.

– Daj mi spokój.

– Więc już mnie nie kochasz?

– Ciszej, głupia. Kocham. Ale ona jest chora. Obiecałam, że przyjdę.

– W takim razie z nami koniec.

Ewa bierze swoją torbę i idzie do ławki Magdy. Podchodzę do niej po przerwie.

– Ewka, nie wygłupiaj się.

– Odczep się ode mnie. Odczepiam się.

Ale po lekcjach czeka na mnie pod szkołą. – Wsiadaj – mówi. – Odwiozę cię do tej cholernej Kaśki.

Zatrzymuje motocykl dopiero w Szczawnie przed swoją willą.

– Zawiozę cię tam za godzinę. Dobrze?

– Nawet za dwie, wariatko.

Po obiedzie siedzimy w ogrodzie na huśtanej ławeczce. A Ewa:

– Powiedz, co mam zrobić, żebyś do niej nie poszła?

– To przecież nie ma dla nas znaczenia, że pójdę. Po prostu jej obiecałam, ona tam na mnie czeka.

– Rozkazuję ci. Nie wolno ci do niej pójść ani dzisiaj, ani nigdy. To rozkaz!

– Zapomniało maleństwo, że teraz moja kolej na rozkazy?

– No to wydaj mi szybko jakiś rozkaz.

– Dobrze. Rozkazuję ci, żebyś mnie puściła – do Kasi i żebyś nie miała do mnie o to pretensji.

– Zobaczysz, ona cię zniszczy!

– Jak nie przestaniesz, to pójdę zaraz!

Zeskakuję z ławeczki, odchodzę. Ewa biegnie za mną. Przytula się.

– Majeczko, nie idź, bo jak pójdziesz, to zwariuję. Wzdycham. Ewa ciągnie mnie za rękę. Mówi:

– Chodź, coś ci pokażę.

Idziemy do jej pokoju. Ewa grzebie długo w szafie. Wreszcie wyciąga stamtąd coś malutkiego. To szklana fiolka, a w środku mała tabletka.

– Wiesz, co to jest? To cjanek. Jak pójdziesz do Kaśki, to połknę to i umrę w strasznych mękach.

Siadam na tapczanie.

– Co ja ma zrobić – mówię w rozpaczy. Ewa siada przy mnie.

– Po prostu nie idź do niej i już.

– Oddaj mi tę fiolkę – mówię. Pokazuje puste ręce.

– Już jej nie mam.

Klęka i zdejmuje mi buciki.

– Przytul się do mnie…

Kładziemy się na tapczanie. Ewa zrywa się, podbiega do okna i zamyka drzwi na taras, i spuszcza rolety. Zamyka też na klucz drugie drzwi, do hallu.

– Nie – mówię.

– Nie masz nic do gadania.

Wyłania się z mroku. Kładzie się na mnie. Całuje mnie i pieści. Po brzuszku i wszędzie. Robi mi się słodko. Znikam w słonej fali.

Życie.

Można nic nie robić, nic nie mówić, nic nie myśleć… i też będzie życie. Takie samo we mnie, w mrówce, w każdej roślince.

Czymkolwiek nie będę, to zawsze będę życiem. Dopóki będę. A jak już nie będę? Czym będę, jeśli już nie będę życiem?

Powietrzem?

Bo teraz jestem ciałem.

Szkieletem ubranym w mięso, skórę i i

I czy moje myśli, jeśli gdzieś powędrują, to czy zostają tam, czy zawsze do mnie wracają? Bo jeśli rozłożę w bok moje ręce, to jestem dotąd, dokąd one sięgają. A jak je złożę na piersiach, jeśli do tego podkulę nogi, to już mnie tam nie ma, tu jestem. O, ale myśli to coś zupełnie i

Może byłoby lepiej, żeby ich nie było? A jeśli już miałyby być, to żeby były jak ręce i nogi, bliziutko. Bym leżała, to i one by leżały razem ze mną i by nie skakały to tu, to tam. Bym jadła, one by jadły razem ze mną.

O, proszę, co one wyrabiają, jak uciekają od tego, co jest. Patrzę na śpiącą Ewunię i myślę o Kasi, że czeka tam na mnie cała rozpalona od gorączki i martwi się, że zrobiła ze mnie ofiarę na ołtarzu swojej kompozycji.

Wielkie mi halo, co mi to przeszkadza.

I tak żyję po nic. Przynajmniej do czegoś się przydałam. I to nie do byle czego, ale do stworzenia wielkiego arcydzieła.

A może tak zawsze musi być?

Może za każdą cudowną symfonią, za każdą piękną książką, stoi ofiara z kogoś nieznanego, kogoś takiego jak ja? Może za pięćset lat ktoś będzie słuchał kompozycji Kasi i powie: „Och, jakie to piękne!” A jeśli w tym pięknie zostanie trochę trzepotu moich skrzydeł w tym pudełku po landrynkach? Gdy mi kiedyś Kasia opowiadała o reinkarnacjach, to ja sobie marzyłam, że w następnym wcieleniu chciałabym się urodzić muzyką. I może właśnie przyszła ta chwila? Może właśnie w ten sposób staję się muzyką?

Jestem ohydna. Jak zawsze, myślę o sobie. A Kasia tam czeka i nawet nie wie, czy podobała mi się jej kompozycja.

Wyciągam rękę po telefon, leżący obok tapczanu. Naciskam klawisze.

Po chwili słyszę głos Kasi:

– Tak, słucham?

– To ja – mówię szeptem, żeby nie obudzić Ewy.

– Czekam na ciebie.

– Kasiu, twoja kompozycja jest cudowna. Naprawdę. To arcydzieło. Zobaczysz, przejdziesz do historii muzyki.

– Coś ty – śmieje się Kasia. – Za ile przyjedziesz?

– Dzisiaj nie mogę – szepczę. – Zenuś się rozchorował, muszę się nim opiekować…

Patrzę, a Ewa podnosi się na łokciu i wszystkiego słucha. I drżą jej usta i patrzy na mnie tak smutno… aż mi się serce kraje na kawałki. A w słuchawce daleki, daleki głos Kasi:

– To może ja do ciebie przyjadę? Czuję się już lepiej.

– Nie, nie, nie przyjeżdżaj!

– Czemu?

– Bo cię okłamałam – mówię z nagłą złością. Zenuś wcale nie jest chory. Już nigdy do ciebie nie przyjdę. Zegnaj, Kasiu.

Słyszę, jak Kasia zaczyna szlochać. Ewa bierze ode mnie słuchawkę i przykłada ją sobie do ucha. Słysząc płacz Kasi, uśmiecha się do mnie.

Odkłada słuchawkę. Kładzie głowę na moim ramieniu. Wsłuchuję się w jej oddech.

– Czy jesteś ze mnie zadowolona? – pytam.

– Nigdy ci tego nie zapomnę. Jesteś słodka.

– Zrobisz mi herbaty?

– Już lecę.

Ewunia wskakuje w szlafrok, podbiega do okna, podnosi rolety i już jej w pokoju nie ma. Ubieram się szybko. Z załamania fotela wygrzebuję fiolkę z cjankiem, bo widziałam, jak ją tu chowała. Mocuję się z zakrętką. W tym momencie wraca Ewa.

– Nastawiłam wodę – mówi i widzi mnie z fiolką w ręce. Krzyczy: – Zostaw to!

Biegnie do mnie, za późno, już połknęłam. Patrzy na mnie, ja na nią… nic się ze mną nie dzieje.

– Ale dałaś się nabrać, to była aspiryna.

Wkładam buciki, biorę teczkę, wychodzę. Ewa biegnie za mną.

– Nie bądź głupia! Majka! Zamykam bramę za sobą. Idę ulicą.