Страница 35 из 53
– Eee – mówi, macha ręką i odchodzi. A my od tłumionego śmiechu rozlatujemy się na malutkie kawałeczki.
Z początku jechały za nami Simsonem Klaudia i Magda, ale już dawno je zgubiłyśmy, klucząc uliczkami Szczawna Zdroju. Mam na głowie wielki, czarny, błyszczący kask, a Ewa ma taki sam i bez przerwy się stukamy.
Ja ja stuk, to ona odchyla głowę i mnie stuk.
Stuk stuk. Stuk stuk.
Te kaski to stąd, że Ewunia doszła do wniosku, że ma już dosyć ciągłego umizgiwania się do mundurowych i farbowania na zielono ich kieszeni.
Wreszcie się dowiedziałam, dlaczego wczoraj tamten milicjant mówił do niej „pani Zdzisławo”. Bo Ewa ma prawo jazdy swojej starszej siostry, która jest od roku w Londynie. Są do siebie na zdjęciach bardzo podobne i dzięki temu Ewa, choć ma dopiero piętnaście lat, może sobie jeździć ciężkim motocyklem i samochodem.
Siedziałyśmy w jednej ławce przez wszystkie lekcje. Na przerwach dołączały do nas Klaudia i Magda i wygłupiałyśmy się we cztery.
Nigdy w życiu tak się nie uśmiałam, jak dzisiaj. Nawet wtedy, jak byłam z Kasią. Ewa ciągle wpada na jakiś nowy pomysł, jakby tu kogoś zrobić w balona. Ale nie robi tego ze złośliwości, czy co, tylko tak dla żartu, żeby się pośmiać.
Stuk, znowu mnie stuknęła.
To ja ją też stuk. Patrzę przez szybkę, a tu już dojeżdżamy do białego muru, otaczającego willę Ewy. Brama jest otwarta, wjeżdżamy do środka. Przed garażem stoi samochód, z którego właśnie wysiada tatuś Ewy.
Zsiadamy z Yamahy i ściągamy kaski.
– Cześć, Tutu! – woła Ewa, a ja mówię: – Dzień dobry.
– Cześć ślicznotki – odpowiada tatuś Ewy. Wchodzimy razem do domu.
– Co słychać w interesach? – pyta Ewa.
– Okej – odpowiada tatuś. W hallu się rozchodzimy. Tatuś idzie po schodkach do góry, a my do pokoju. Ewa rzuca swoją torbę w kąt, a po chwili i moja teczka tam ląduje. Rozwalamy się na dmuchanych, przezroczystych fotelach po obu stronach stolika ze szklanym blatem.
Nagle Ewa pstryka palcami.
Zrywa się z fotela, jest już przy szafie. Wyciąga z niej sukienkę z turkusowego dżinsu z błyszczącymi sprzączkami. Rzuca mi ja.
– Przymierz – mówi.
– Nie, po co.
– Szybko.
– Nie chcę.
– Bo skoczę przez okno, jak nie przymierzysz – grozi i robi krok w stronę okna. Śmieję się, bo przecież okno wychodzi na taras. Ewa podchodzi do mnie i ściąga mi na siłę moją elastyczną bluzeczkę.
– Ja sama – mówię. Zdejmuję spódniczkę i biorę sukienkę. Wchodzę w nią nogami, bo przez ręce nie chciała przejść. Podciągam ją do góry. Ewa zapina mi na plecach zamek błyskawiczny.
– W sam raz – mówi Ewa. – Zobacz się. Prowadzi mnie do wielkiego lustra.
Jejku, jak ładnie wyglądam. Sukienka jest obcisła i wąska na dole, z rozcięciem z przodu. I ma bardzo fajny dekolt. Wkładam ręce do kieszeni.
– Dobrze się w niej czujesz? – pyta Ewa.
– Yhm.
– To jest twoja.
– Nie, coś ty…
– To świetna sukienka, kosztowała trzydzieści dziewięć dolarów i sześćdziesiąt centów.
– Ja ci nie mogę zapłacić – mówię i zerkam po raz ostatni w lustro.
– Daję ci za darmo.
– Nie, nie mogę.
– Nie bądź głupia. Głupi daje, mądry bierze. Jest twoja i cześć.
– A co powie twoja mama?
– Czemu ma coś mówić? – dziwi się Ewa. – Ona nie zna moich sukienek, interesuje się tylko swoimi.
– Jakoś mi nie wypada – mówię cicho. – Taka droga sukienka…
– Pamiętaj na przyszłość o jednym – mówi Ewa. – Nigdy nie żałuj bogatych, bo oni na pewno cię nie pożałują. Popatrz, jak ślicznie w niej wyglądasz. Pasuje do twoich włosów i do twojej karnacji. A dla mnie i tak za ciasna, zobacz, jak mi cycuszki urosły.
– To bardzo ci dziękuję – mówię i chciałabym się do niej uśmiechnąć, ale nie mogę, bo jakoś mi głupio.
– Mam bardzo dużo super fajnych ciuchów w których już nie chodzę – mówi Ewa. – Ale jak mam cię prosić na kolanach…
– Nie wygłupiaj się – mówię. – Nie jestem żebraczką.
– Jesteś moją przyjaciółką – mówi Ewa – i tak się akurat złożyło, że ty masz mało, a ja dużo. Ani to twoja wina, ani moja zasługa. To co, poprzymierzasz jeszcze?
– Nie – mówię – nie chcę.
– Bo już nie mam siły patrzeć, jak ty się męczysz w tych swoich dwóch spódnicach i dwóch bluzkach. A te twoje majtki… serce się kraje. No nie, czy twoi rodzice są normalni?
Przecież twój ojciec jest górnikiem, górnicy nieźle zarabiają. Wzruszam ramionami.
– Wcale nie tak dużo – mówię. – Jest nas siedmioro na jedną pensję. To sobie podziel. Trzeba dobrze się nagłowić, żeby nie zdechnąć z głodu. Dobrze, że tata trochę dorabia na boku. Zresztą dla mnie i tak nie opłaca się niczego kupować, bo jeszcze ciągle rosnę…
Ewa wybucha śmiechem. Przytula się do mnie.
– Jesteś cudowna – mówi. – Po prostu cię uwielbiam. Każde twoje słowo jest słodkie. Bardzo chciałabym być taka jak ty.
– Jaka? – pytam.
– Taka słoneczna i taka silna. Mogłabym na ciebie patrzeć godzinami. Gdybym miała milion dolarów, kupiłabym cię na zawsze. Chciałabyś?
– Nie – mówię. Ewa przytula się do mnie jeszcze mocniej.
– Och – wzdycha – skąd ty się wzięłaś na tym idiotycznym świecie, z jakiej gwiazdki tu spadłaś? Wiesz, wczoraj leżałam w łóżku, słuchałam muzyki i bez przerwy myślałam o tobie. Przypominałam sobie wszystkie twoje słowa… Chodź, klapniemy sobie.
Siadamy w fotelu, we dwie w jednym. Ewa zaraz wtula się we mnie.
– Wygodnie ci? – pyta.
– Tak.
Patrzę na jej uszko. Jest śliczne, jak Ewunia cała. Dotykam ich, cieplutkie. Ewunia zaczyna mruczeć jak nasz Mruczuś, którego zostawiliśmy w Jawiszowie. Bardzo za nim tęsknię. Zawsze do mnie przychodził i chciał, żebym go głaskała. To głaskałam, a jak się zapominałam, to podnosił łepek i zaglądał mi w oczy. To znów go głaskałam, a on znowu mruczał. Mruczał tak, jak teraz Ewa, gdy głaszczę ją po włosach. Są mięciutkie i tak czarne, że aż granatowe. – Mruczuś, Mruczuś – mówię pieszczotliwie, a Ewunia: – Miauuu! – i zagląda mi w oczy, identycznie jak Mruczuś.
– Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć prawdziwą przyjaciółkę, taką, jak ty – mówi.
– A Klaudia i Magda? Ewa krzywi się.
– Kretynki. Klaudia to sopel lodu, a Magda jest interesowna. Pożyczam jej pieniądze, a ona mi nigdy nie oddaje. Ja się zapominam i znów jej pożyczam. Potem muszę ściągać od niej w naturze.
– Jak?
– Lata u mnie na posługi – mówi Ewa pogardliwie. – A wiesz, ona kocha się w moim bracie.
– A on?
Ma ją gdzieś. Ona ciągle się dopytuje, czy on coś o niej mówił, to zmyślam różne idiotyzmy, żeby ją podniecić. Myśli, że się załapie do rodziny. Szkoda, że Michał to taki palant…
– Dlaczego palant?
– Bo wydałabym cię za niego. Niestety, on się kocha z wzajemnością w dyskietkach komputerowych, a ty nie jesteś dyskietką. Ty wiesz, co to za idiota? Kiedyś nie mogłam spać i wstałam o szóstej rano. Usłyszałam, że się kręci u siebie. Wchodzę, patrzę, a on siedzi przed monitorem i bawi się w start odrzutowca. I pomyśleć, ten człowiek ma już dwadzieścia lat, prawie dwadzieścia jeden. U nas w domu każdy ma jakiegoś fioła. Tutu ma swoje interesy dwadzieścia pięć godzin na dobę. Nawet, gdy się z Mimi kocha, to na pewno myśli o interesach. Z kolei Mimi nigdy nie ma czasu, ciągle w biegu, ciągle spóźniona o pół minuty. Język na brzuchu, w oczach zegarek. Ma chyba ze trzydzieści zegarków. A ich kupowanie, to jej hobby. Naumawia się z ludźmi, potem lata od jednego do drugiego, a po drodze fryzjer, kosmetyczka, masaż i solarium. Przylatuje zziajana wieczorem i od razu do telefonu umawiać na jutro tysiąc dwieście trzydzieści siedem spotkań. Michał, to już wiesz, komputerowa masturbacja. A gdybyś jeszcze do tego poznała Zdzisię… to już paw totalny. Dopiero drugi rok siedzi w Londynie, a jak do nas dzwoni, rozmawia po angielsku, bo po polsku to już nie umie.
Ewa śmieje się. Przykłada do ucha rękę i szczebiocze do niej, jak do słuchawki: – Helou If! Hałdjudu maj diii…!
– A ty? – pytam.
– Co ja?
– No… jaka ty jesteś?
– Ja? Nie wiem. Chyba jestem tą małpką, co miała rodzinę z drutu.
– Dlaczego z drutu?
– Kiedyś czytałam taki artykuł o małpce, którą zaraz po urodzeniu odłączyli od mamusi i zamknęli w izolowanej klatce z dwiema matkami sztucznymi. Jedna była wyściełana pluszem, druga była z drutu. Ta z drutu miała cycki z mlekiem. Mała małpka cały dzień przytulała się do tej pluszowej, tylko possać mleka chodziła do drucianej.
– Biedna małpka – mówię.
– To ja jestem biedna małpka – piszczy Ewunia żałośnie i przytula buzię do mojej piersi. Obejmuję ją i głaszczę po główce. Bierze do ust materiał mojej nowej sukienki i mlaska, udając, że cysia.
– Przecież nie jestem z drutu – mówię.
– Jesteś z aksamitu – mówi Ewunia. – Ale masz i cycuszki i mleczko.
I tak siedziałyśmy przytulone do obiadu. Znów podawała nam pa
Po obiedzie poszłyśmy na spacer.
I właśnie spacerujemy. Szczawno jest cudowne. Każdy dom jest i
Najlepiej jest strzelać do faceta w momencie, gdy zbliża się do krawężnika lub i