Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 53

Słoneczko już zaszło, a moich jeszcze nie ma. Tak dużo było tych kartofli do sadzenia, a ja się wyleguję i nic nie pomagam. Na pewno zamiast mnie dołki zasypuje Tadziu. Żeby tylko dobrze zasypywał. – O, tutaj źle zasypałeś! I tu! – Że też mamusia tego nie widzi. – Oj, bo ją zaraz zawołam i pokażę, jak ty zasypałeś! – A Tadziu tylko się śmieje i pokazuje mi język. Przyjeżdżamy na jesień, żeby zebrać, a tu ani jednego kartofla. Bo były źle zasypane. No nie, te, które ja zasypywałam, to są. – Zobacz Tadziu – mówię – tak się zasypuje. – Biorę motykę i pokazuję mu. Patrzę, a Tadziu stoi już na pagórku i strzela do nas z patyka. Tratatata! Leżę zabita na łące, a koło mnie siedzi ptak. Jest biały i niewyraźny. Pytam go: – Co chciałeś? – Coś ma w dziobku. Wypluwa to i odlatuje. To coś się świeci. Wyciągam rękę. Światełko ucieka, zagrzebuje się w ziemię. To ja za nim. Na czworakach pełznę krecim korytarzem. Coraz głębiej w ciemność, pod ziemię. O, znów widzę światełko. Ktoś strasznie chrapie. To tutaj, w pokoiku rodziny kretów, chrapie na leżance tata kret. Mamusia kret myje sobie nad miską futerko. A tam dziewczynka kret ssie przez sen łapkę. Stoją przy niej dwa malutkie kreciątka i rozmawiają cichutko.

– Coś mi mówi, że ona niedługo umrze.

– Coś ty, po co miałaby umierać?

– Babcia umarła i co? Po nic.

– Była stara.

– A Marysię wąż ugryzł.

– Ale Tadziu go nie znalazł.

– Bo ugryzł i uciekł.

Głuptaski. Nic nie wiedzą, że ich starsza siostrzyczka stała się właśnie kobietą. Jestem teraz jak mamusia. To Pan Bóg tak urządził z kobietami, żeby mogły rodzić dzieci, żeby ludzkość nie umarła. Ja też kiedyś urodzę dzieci. Chłopca i dziewczynkę. Chłopczyk będzie miał na imię Pawełek a dziewczynka Zuza

A co śniło się tacie, to nie wiadomo, bo wyszedł do roboty, jak wszyscy jeszcze spali. Już za piętnaście ósma. Jadę autobusem i strasznie się denerwuję, bo się boję, że się spóźnię do szkoły.

– Przepraszam bardzo – mówię. – Jadę na ulicę Marii Konopnickiej. To gdzie mam wysiąść?

– Nie wiem – odpowiada pani. Moje pytanie usłyszała i

– Dziękuję pani bardzo – mówię. Uśmiecham się do niej i dygam. Pani też się do mnie uśmiecha. Autobus zatrzymuje się. Jedni ludzie wysiadają, i

– Przepraszam bardzo – mówię – gdzie jest ulica Marii Konopnickiej?

Pani pokazuje palcem na drugą stronę jezdni. Lecę na drugą stronę i dopiero jak jestem na chodniku, przypominam sobie, że zapomniałam podziękować. O, jest ulica Marii Konopnickiej. Idą chłopcy z teczkami. Biegnę za nimi.

– Przepraszam – mówię zdyszana – czy idziecie do szkoły numer trzy?

Jeden z nich śmieje się i mówi: – Co ty, chora? My idziemy na wagary.

– To gdzie jest szkoła numer trzy?

Chłopaki pokazują tam, skąd przybiegłam. Więc mówię:

– Ale to przecież tu jest ulica Marii Konopnickiej.

– Tam też jest Konopnickiej – mówią. – Trzy kilometry i będziesz w szkole.

To ja biegiem z powrotem. Za sześć ósma, nie zdążę. Przebiegam przez jezdnię, rozglądam się… nie ma ulicy Konopnickiej. Tylko plac rozkopany cały w kałużach. Na pewno dalszy ciąg ulicy jest za placem. Idę, wszędzie błoto. Żeby się tylko nie przewrócić. Nie przejdę, chyba trzeba naokoło. Ulicą idą akurat dziewczynki z tornistrami i parasolkami. Krzyczę:

– Dziewczynki! Nie wiecie, gdzie jest szkoła numer trzy?

– My idziemy do szkoły numer trzy!

Idą i wcale się nie spieszą. Wycofuję się z tego błota i dołączam do nich. Razem przechodzimy przez jezdnię i idziemy właśnie w tym kierunku, gdzie poszli tamci chłopcy, co mówili, że idą na wagary.

– Do której klasy chodzicie? – pytam dziewczynek.

– Do trzeciej – mówią.

– To tak, jak mój brat – mówię.

– A ja chodzę do czwartej – mówi jedna z nich.

– Dobrze się uczycie? – pytam.

– Ja się uczę najlepiej – mówi ta z czerwonymi kokardkami i z czerwoną parasolką. – Mam odznakę wzorowej ucze

– Ja też mam odznakę – mówi druga.

– Ale dostałaś wczoraj czwórkę – mówi ta z kokardkami. Dochodzimy do gmachu szkoły. Jest bardzo duży i pełno na nim wy rzeźbionych figur. Dziewczynki pobiegły, została przy mnie jedna.

– Ja miałam odznakę wzorowej ucze

Wchodzimy do środka. Jaka duża ta szkoła, o, i jest nawet szatnia, ale ja nie wiem co i jak, więc kucam w kącie, wyjmuję kapcie, zakładam na nogi, a ubłocone buciki zawijam w płaszczyk z folii i chowam do teczki. Dzwoni dzwonek. Podbiegam do pani, która krzyczy na dzieci, żeby szybciej się zwijały.

– Dzień dobry – mówię. – Gdzie jest klasa ósma A?

– A ty skąd się urwałaś? – dziwi się pani.

– Ja chodziłam do szkoły w Krzeszowie, ale teraz dostaliśmy mieszkanie we Wałbrzychu…

– Leć na drugie piętro – mówi pani. To lecę. To już tu. Tyle tu korytarzy. Tam lecieć, czy tam? A może tam?

Siedzę w ostatniej ławce, w rzędzie pod ścianą. Nie wiem, jakie zeszyty wyjąć, bo nie wiem, jaka to lekcja. Mam gorące policzki i sucho w ustach.

Jak wpadłam do klasy, to zderzyłam się z jakimś chłopakiem. Przewróciliśmy się, on i ja. Wstaję, biorę teczkę, on siedzi na podłodze i maca się po zębach. To ja mówię: – Bardzo cię przepraszam. – A on: – Spierdalaj! – I wszyscy w śmiech. To idę do pustej ławki i siadam.

A ktoś mówi: – Mała, ty się chyba pomyliłaś. – Podnoszę głowę, stoi nade mną jakaś dziewczynka. – Tu siedzi Bogusia – mówi. – Nie ma cię. – Wstaję, ona siada. Stoję, rozglądam się. Mówię: – Czy jest tu gdzieś jakieś wolne miejsce? – Tu jest wolne – słyszę. Patrzę, to powiedział taki gruby, czerwony na twarzy. Pokazuje miejsce obok siebie. To siadam obok niego. A ten chłopak, z którym się zderzyłam, wstaje z podłogi, podchodzi do mnie, pac mnie dłonią w czoło i mówi: – Chwileczka, ja tu siedzę. – Wstaję, on siada. – Co ty, gruby – mówi – na podryw cię zebrało? – Gruby się śmieje, i

Patrzę na moje nogi, rajstopy całe zachlapane. To wtedy, jak wpadłam w kałużę. Stoję i nie wiem, co mam zrobić. Wszyscy na mnie patrzą. – Słuchaj – ktoś mówi – tam na końcu jest wolna ławka. Poszłam tam i usiadłam.

No i siedzę. Jest już nauczyciel, całkiem młody pan. Coś czyta i ziewa. W klasie jest dosyć cicho. Jedna z dziewczynek podnosi do góry palce… Chrząka. Pan unosi głowę i patrzy na nią.

– Co – mówi – tak od razu do ubikacji?

– Nie – mówi ona – tylko że tu siedzi jakaś obca dziewczynka. – I pokazuje palcem na mnie. To ja wstaję.

– Co tu robisz? – pyta pan.

– Ja tu jestem zapisana.

– Nic o tym nie wiem.

– Tata mnie zapisał – mówię. – Powiedział, że mam iść do szkoły numer trzy przy ulicy Marii Konopnickiej. Do klasy ósmej A.

– Co mówisz? – pyta pan, zwija dłoń i przystawia ją sobie do ucha.

– Głośniej!

Wszyscy się śmieją. Mam tak sucho w ustach, że już nic nie mogę powiedzieć.

– Chodź bliżej – mówi pan – siadaj koło Klaudii!

Biorę teczkę i rozglądam się, gdzie mam usiąść. Naraz wstaje ta dziewczynka, co mnie wcześniej wygoniła ze swojej ławki, i mówi: – Ale proszę pana, koło mnie siedzi Bogusia!

– To czemu ja jej tu nie widzę?

– A bo jest w szpitalu.

– Odpowiedz mi Klaudia na takie pytanie – mówi pan. – Jak ktoś, kto leży w szpitalu, może jednocześnie siedzieć koło ciebie?

– Ale to jest jej miejsce – mówi Klaudia.

– To było jej miejsce – mówi pan. – Było! Teraz jej miejsce jest w szpitalu. Kapewu?

Pan spogląda na mnie i mówi: – A ty siadaj koło Klaudii i nie zawracajcie mi więcej głowy, jak nie chcecie leżeć razem z Bogusią w szpitalu. No co, na co czekasz? Podchodzę i siadam na miejscu Bogusi. Klaudia odsuwa się do ściany. – Przepraszam – mówię do niej szeptem. – Jaka jest teraz lekcja? – Nie odpowiada. Rozglądam się, bo może gdzieś na ławkach leżą książki albo zeszyty, to bym się zorientowała, ale nic nigdzie nie leży. Pan otworzył dzie