Страница 20 из 53
– Co do ciastka – mówi Tadziu – to bym zrobił wyjątek i zjadł za darmo.
Do kuchni przylatuje Krysia. – Dobranocka! – woła i ucieka. I już dzieci w kuchni nie ma. Jak dobrze samej z własnymi tylko myślami zostać.
Najważniejsze, że mamusia nic nie miała do Kasi.
A i Kasi spodobała się moja mamusia. Powiedziała o niej, że jest bardzo dumna, jak najprawdziwsza królowa ogniska domowego. Ja to nigdy bym nie pomyślała o mamusi, że jest królową. A to przecież prawda. Rzeczywiście jest bardzo dumna, nikomu nie da sobie w kaszę dmuchać. Nawet tata jej się boi.
Tylko jak popije, to jest trochę bardziej odważny. Gdy jest pijany, mamusia się z nim nie kłóci, co to, to nie. Po prostu nie odzywa się do niego. Ani słówkiem. Jakby go w ogóle nie widziała, jakby pijany tata był powietrzem. Raz tata miał do niej o coś pretensję i krzyczał, a mamusia mówi do mnie tak: – Marysiu, zamknij okno, bo jakaś mucha tu wpadła i brzęczy mi nad uchem. – To tata wziął się zdenerwował i poszedł spać. I tak strasznie chrapał, że nie można było oglądać telewizora, bo tata zagłuszał.
Zresztą tata to albo śpi, albo go nie ma w domu, bo ciągle pracuje. Mamusia mówi, że jakby nie pił, to byśmy byli milionerami i samochodem byśmy jeździli. Tata, jak popije, to zawsze na drugi dzień obiecuje mamusi, że to ostatni raz, ale potem koleżki znów go namówią na jednego, a tata ma słabą wolę i zawsze da się namówić.
A za to mamusia pali papierosy i też nie może rzucić nałogu. Nigdy nie paliła, ale raz poszła do doktora, bo ją coś w piersiach bolało, i okazało się, że ma bardzo chore serce. Doktor wysłał ją na miesiąc do sanatorium górniczego, bo tata już wtedy pracował w kopalni.
Tam mamusia poznała koleżanki, które paliły i ją też nauczyły palić. Gdy przyjechała do domu po leczeniu, to już paliła nałogowo.
Na początku paliła po kryjomu, jak nikogo w domu nie było, ale później okazało się, że wszyscy wiedzą, że pali. I tylko mamusia nie wiedziała, że my wiemy. Teraz zawsze musi mieć pod ręką paczkę Popularnych, a czasem to i paczka dla niej za mało na dzień. A to przecież jej bardzo szkodzi na serce, i na żylaki. Kiedyś to nawet rozmawiałam z nią o tym, prosiłam, żeby nie paliła, bo się bardzo 0 nią martwię. Mamusia odpowiedziała, że sama o tym wie, że źle robi, ale co ma zrobić, jak papierosy już ją wciągnęły i jak nie pali, to jej się w ogóle żyć nie chce.
1 choć papierosy to straszne świństwo, to nie ma na nie rady, jak się już zacznie palić. Powiedziała, że mnie zabije, jeśli kiedykolwiek zobaczy mnie z papierosem w ustach, bo jak na jedną rodzinę, to wystarczy ojca pijaka i matki palaczki.
Biedna mamusia. Cały dom na jej głowie. Mąż pijak i pięcioro dzieci. Do tego jeszcze papierosy. No i jak ma ją nie boleć serce?
III
Och, te dni są takie dziwne. Raz jeden dzień trwa i trwa, i już powinien się skończyć, a jeszcze jest, i jeszcze mu bardzo daleko do końca. A znów i
Katarzyna mówi, że czas to guma do żucia.
A z gumą do żucia można wyprawiać różne cuda. Można ją sobie mamlać, można ją trzymać pod językiem w postaci małej kulki, można ją wydymać i strzelać z niej, można też niechcący ją połknąć.
Można ją także przeciągnąć cieniutką niteczką od buzi aż do słupa po drugiej stronie ulicy. Jaka szkoda, że nie dostaliśmy tego mieszkania w Wałbrzychu w tamtym roku, na przykład we wrześniu.
Wtedy znałybyśmy się z Katarzyną od początku roku szkolnego, i tyle dni, tyle miesięcy spędziłybyśmy razem. Ale trudno. I tak dobrze, że w ogóle udało nam się spotkać ze sobą. Bo przecież mogłam iść do tej szkoły na osiedlu i nigdy, przenigdy byśmy się nie spotkały. Jesteśmy teraz ze sobą jak siostry, a nawet bardziej, bo prawdziwe siostry rodzą się i są ze sobą niekiedy tylko dlatego, że są siostrami, a myśmy wybrały się same, więc jesteśmy dla siebie kimś więcej, niż siostrami.
A wszystko zaczęło się od śmiechu przy fonta
Katarzyna mówi, że to był znak z nieba.
A tu już miesiąc minął. Jaka szkoda, że tak szybko przeleciał.
Teraz jest maj. Gdybym mogła, to każdemu dniu nadepnęłabym na ogon. Ale przecież te dni tak szybciutko zasuwają, bo są wesolutkie i ciekawe. A są takie dlatego, bo spędzamy je razem, Katarzyna i ja.
Zaraz po szkole idziemy do niej i jemy obiad ugotowany przez pa
Dla niej jest głośno, a dla mnie cicho.
Niekiedy odrywam wzrok od zeszytu i patrzę, jak komponuje. Jest nieobecna w pokoju, ale gdzie jest, to nie wiadomo. Czasem to nawet krzyknie, albo coś powie… ja patrzę, bo myślę, że to do mnie, ale ona tak do siebie, a oczy jej wędrują po całym pokoju, skaczą to tu, to tam. Wtedy mam wrażenie, że tu wszędzie latają dźwięki, a ona je widzi i łapie do swojego syntezatora jak motyle do siatki.
Kiedyś jej to powiedziałam, a ona:
– No bo latają. Nie widzisz ich?
Ale ja nie widzę. Z całej siły się wpatruję, czy jakiś gdzieś nie lata, ale nie, dla mnie żaden dźwięk w ciszy nie lata. Trochę je widzę dopiero wtedy, gdy Katarzyna gra i słychać w głośnikach.
Co drugi dzień o piątej wyskakuję do kościoła, na lekcję religii.
Kościół jest bardzo blisko, to mogę szybko wrócić i jeszcze godzinkę pobyć z moją siostrzyczką.
Katarzyna jest bardzo niezadowolona z tego, co komponuje. Mówi, że powi
– Nie, tego nie! Tego akurat nie! Odwal się, debilu! Słyszysz? Odwal się!
Upada na podłogę i zaczyna okropnie szlochać. A ja patrzę w trwodze, boję się podejść i też zbierają mi się w oczach łzy. A tu Katarzyna podnosi się, jest wesoła, śmieje się.
– No i świetnie – mówi. – To zdechniemy oboje, wielkie mi halo. Ale ty też, ty też, ty też!
W tym momencie zauważa mnie i znowu robi się zła.
– Co ty tu robisz? – pyta.
– Ja? Lekcje odrabiam.
Patrzy na mnie ze zdziwieniem, jakby mnie nie poznawała, jakbym była obca.
– Ach, to ty – mówi wreszcie. Siada obok mnie na kanapie i wypija duszkiem całą szklankę coca coli. Kładzie głowę na moich kolanach, przytula twarz do mojego brzuszka i prosi słodko: – Pogłaskaj mnie…
Głaskam ją po włosach.
– Moja kochana Minka. Przy tobie czuję się taka bezpieczna – mówi cichutko. Patrzę, zasnęła. Siedzę, głaszczę ją delikatnie po włosach, i boję się ruszyć, żeby jej nie obudzić. Jak człowiek nie może się ruszyć, to mu zaraz nogi drętwieją. A jak może się ruszać, kiedy chce, to potrafi przesiedzieć nieruchomo i przez dwie godziny, i nic. Więc tak siedzę, nogi mam całe zdrętwiałe, Kasia śpi na moich kolanach, a tu już dochodzi piąta i powi
Obudziła się dopiero po czterdziestu trzech minutach. Już nie grała więcej tego dnia. rozmawiałyśmy tylko, i śmiałyśmy się. Co jej było, że tak krzyczała i szlochała, nie dowiedziałam się wtedy, bo ona nic o tym nie wspomniała, a ja wstydziłam się zapytać. A troszeczkę bałam się pytać, bo mogłoby jej się to znów stać.
Mamusia już się przyzwyczaiła, że mnie tak ciągle w domu nie ma. No bo albo religia, albo te próby akademii w szkole. Trochę mi dziwnie, że tak mamusię okłamuję. Nigdy w życiu nie kłamałam, a teraz coraz częściej. Cóż, muszę kłamać, żeby być jak najwięcej z moją Kasią.
Zresztą Zenusiem zajęły się dziewczynki. Mamusia mówi, że to najwyższy czas, żeby zaczęły się wprawiać, bo ja i tak już niedługo skończę szkołę krawiecką i na pewno wyjdę za mąż i założę własną rodzinę. A przecież, gdy Tadziu był malutki jak Zenuś, to ja też, tak jak teraz one, miałam pięć lat, a wszystko przy nim robiłam. Zmieniałam mu pieluchy i mamusia dawała mi go kąpać. I proszę, wyrósł na eleganckiego chłopca.