Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 53

– Ale śmiałyśmy się jeszcze więcej – mówię. – I wczoraj i dzisiaj. – I jutro, i pojutrze – mówi Kasia. – Rzeczywiście. Albo się śmiejemy, albo płaczemy. Wiesz, to fantastyczne, że tak z nami jest. Bo w ogóle to ja mam taką filozofię, według której gdy człowiek płacze, albo się śmieje, to wtedy łączy się z czymś… Z czymś, co… Ach, nie będę ci zawracać głowy moją filozofią.

– Powiedz.

– Może i

– Mam do ciebie wielką prośbę.

– Jaką?

– Przysięgnij, że nigdy mnie nie znienawidzisz.

– Przysięgam – mówię. Kasia robi się poważna.

– Przysięgasz na wszystko? – pyta.

– Na wszystko.

– A wiesz, co mieści się w słowie „wszystko”?

– Pewno, że wiem – mówię. – Mieści się w nim wszystko.

– Ale to bardzo abstrakcyjne słowo – mówi Kasia. – Lepiej przysięgnij się na czyjeś życie, na życie kogoś, kogo najbardziej ze wszystkich na świecie kochasz.

Wiem, że nigdy jej nie znienawidzę. Podnoszę rękę i czując, jak wali mi serce, mówię:

– Przysięgam na życie Zenusia.

– To ten twój braciszek, co jeszcze jest malutki i leży w wózeczku? – pyta Kasia.

– Tak, to on.

– Dziękuję – mówi Kasia cicho – nigdy ci tego nie zapomnę. Podnosi dłonie do twarzy, zasłania oczy, siedzi w milczeniu długą, długą chwilę. Nieruchoma. W całym domu cisza. Tylko coś gdzieś daleko cichutko tyka. Kasia odsuwa ręce od twarzy, patrzy na mnie. Jej oczy błyszczą tak cudnie, jak gwiazdki.

– Nie mam prawa przyjąć tej przysięgi za darmo – mówi. Jest bardzo, bardzo poważna. – Więc w zamian siostrzyczko, uratuję cię.

– Od czego? – pytam.

– Od królestwa ubogich, od nieba dla niewi

– Obiecuję ci, pójdziesz prosto do piekła.

Budzę się, patrzę… Nade mną baldachim. Leżę na łóżku w pokoju Kasi… Przy mnie siedzi Kasia. Przykłada mi do głowy mokry ręcznik.

– Co się stało? – pytam.

– Och, Minko, tak się martwiłam.

– Co się stało?

– Nie wiem – mówi. – Siedziałyśmy w kuchni, jadłyśmy. Nagle upadłaś na podłogę, zemdlałaś. Wzięłam cię na ręce i przyniosłam tutaj. Właśnie miałam dzwonić do mamy, żeby przyjechała karetką pogotowia.

Chcę usiąść, Kasia przytrzymuje mnie za ramiona.

– Nie, nie – mówi – poleż sobie jeszcze. Jesteś bardzo blada. Często ci się to zdarza? Takie omdlenia?

– Nigdy nie zemdlałam – mówię.

– Musisz koniecznie poleżeć. Posiedzę przy tobie.

To leżę, a Kasia siedzi na brzegu łóżka, patrzy na mnie i jest smutna. Przymykam oczy. Tyle kłopotu jej narobiłam. Dobrze chociaż, że nie zdążyła zadzwonić do swojej mamy. Leżę sobie i nagle, ni stąd ni zowąd, przypomina mi się, jak kiedyś uratowałam od śmierci całą moją rodzinę. Było to tak:

Miałam sen. Śniło mi się, że jestem w poczekalni, w kinie. Wszyscy czekają, aż zaczną wpuszczać do sali, ale jeszcze nie wpuszczają. Pełno ludzi, stoimy… nagle otwierają się drzwi i z dworu wlatuje straszny potwór. Wszyscy w krzyk, a potwór kłap zębami, łapie za głowę jakiegoś pana, chrup go, chrup, i wypada z poczekalni. I znów stoimy i czekamy. Otwierają się i

I znowu wpada, znowu i

Bo to czad ulatniał się z pieca. Cudem wstałam z łóżka, kręciło mi się wszystko dookoła, upadłam. Doczołgałam się do okna, wybiłam szybę, trochę powietrza złapałam i zaczęłam budzić tatusia i mamusię. Ale nie mogłam ich dobudzić. Tadzia i dziewczynek też nie mogłam. Obudzili się dopiero wtedy, jak otworzyłam drzwi i zrobił się przeciąg i zimno. Strasznie wszystkich głowy bolały. Opowiedziałam im mój sen i mamusia powiedziała, że zawdzięczamy temu potworowi życie, bo jakby mnie tak w tym kinie nie prześladował, tobym się nie obudziła i byśmy wszyscy zaczadzieli na śmierć.

Pomyślałam sobie wtedy, że ja tak się go bałam i uciekałam przed nim, a On był przecież moim wielkim przyjacielem i tylko dlatego mnie straszył, żebym się obudziła. To dzięki niemu wszystko się dobrze skończyło. Tyle tylko, że mamusia była wtedy w ciąży i jak potem urodził się Zenuś, to się okazało, że jest całkiem ślepy i będzie taki przez całe życie, bo ma uszkodzony jakiś nerw wzrokowy, i bardzo możliwe, że to przez ten czad, co się wtedy ulatniał…

Czuję, jak Kasia głaska mnie po ręce.

Unoszę powieki.

Uśmiecham się do niej. Jestem jakaś lekka i wesoła.

– Już mi dobrze – mówię, a ona: – To cudownie. – A ja: – Która to godzina?

– Za pięć czwarta – odpowiada Kasia. Po co ja pytałam? Przecież mam zegarek. Patrzę, na moim po czwartej piętnaście. Spieszy się? Muszę go przestawić. Trzeba iść do domu, nie chce mi się.

– Zrobię coś gorącego do picia – mówi Kasia.

– Nie chcę pić – mówię siadając na łóżku. – Wiesz, co bym chciała? Co?

– Pobębnić. – Pokazuję na bębny w kącie.

– To zasuwaj – mówi Kasia. – Nie żałuj sobie.

Zasiadam na stołeczku za bębnami. Biorę pałeczki. – Tu masz pedał na nogę – mówi Kasia. Naciskam nogą, a tu pałka z wielką głową łup w bęben.

Znów cicho jest. Uderzam delikatnie pałeczkami, same odskakują, jakbym trzymała za ogony dwie chude jaszczurki. Słyszę deszcz za oknem, ale nie taki normalny, to suchy deszcz, leciutki i suchy, każda kropelka to rodzynka. Tak mi słodko w buzi.

Kap kap kap, złote guziczki.

Trzeba ziemię poczęstować trochę gradem. Coraz szybciej uderzam, coraz mocniej. Walę z całej siły. Kasia biegnie do pianina.

Klawiszy dotyka… Z głośników wylatuje cienki dźwięk i zaczyna gonić za moim bum bum bum. Jeszcze szybciej uderzam, uciekam, a za mną, za moim bębnem w dwie jaszczurki zaprzężonym, lecą dźwięki Katarzyny. Doganiają nas, kręcą się w kółko i się chichrają.

Poganiam moje dwa skrzydlate smoki. W górę lecimy, wysoko, coraz wyżej i jeszcze wyżej. Oglądam się… dźwięki Kasi to kolorowe banieczki, ścigają mnie.

Już nie mam siły, na chmurce siadam.

A tam, na drugiej, siedzi Kasia. Rzuca we mnie banieczkami, a ja je odbijam moimi czarodziejskimi pałeczkami. Każda banieczka wydaje i

– Chodź do mnie! – wola Kasia z tamtej chmurki. Odkładam pałeczki, biegnę do niej. – Bierz Yamahę – mówi – ja dosiądę Korga! Naciskam klawisz… a tu fiuuuu!!!

TRYSKA fonta

Fonta

Boże, jak cudownie jest grać.

Przychodzę do domu. Mamusia wściekła, bo już po siódmej.

– Gdzie byłaś?

– U koleżanki.

– Dam ja ci koleżanki! Już dawno nie byłaś bita. W kuchni siedzi tata, pije kompot.

– Dzień dobry, tatusiu – mówię i idę do swojego pokoiku, rozpakować książki. Mamusia wchodzi za mną, a za nią w drzwiach, stoją dwie moje siostrzyczki, Zosia i Krysia.

– Masz być moją wy ręką, a nie wyrodną córką – mówi mamusia. – Ja obiadu nie mogłam przez ciebie ugotować, bo zabrakło mi jarzyn.

– Nie mogłam wcześniej, naprawdę nie mogłam.

– Bo co? Co robiłaś takiego, że nie mogłaś?

– Myśmy… grały i słuchały muzyki – mówię i robi mi się bardzo głupio.

– Usłyszysz ty muzykę, jak cię zaraz palnę w ucho! – I mamusia pac mnie w ucho. Trzymam się za nie, bo boli, a mamusia: – Ty co, sweter ojcu ukradłaś?

– Bo nie miałam w czym iść do szkoły.

– To w ojca swetrze musiałaś iść? Słyszałeś ociec?!

– A co?! – woła z kuchni tata.

– Ty zdejmuj spodnie, bo twoja córka nie ma w czym chodzić do szkoły!

Zosia i Krysia chichoczą. Mama też się śmieje i pyta:

– Co ty za rajtki masz na sobie? – Patrzy na moje nogi. – A ściągaj mi je zaraz, i to już!

Siadam na tapczanie i ściągam rajstopy.

– Nie kupiłam ci ich do latania – mówi mamusia – tylko po to, żebyś miała w czym iść na koniec roku szkolnego i na egzamin do zawodówki.

– To będzie w czerwcu – mówię – na pewno będzie ciepło.

– W tamtym roku było zimno, w tym też może być tak samo. – Mamusia zabiera mi rajstopy i, już wychodząc z pokoju, mówi: – Przebierz się, zasłony trzeba wieszać. Człowiek miota się po domu jak po akwarium.

Wieszam zasłony w dużym pokoju. Zosia i Krysia pomagają, trzymając w górze dół, żeby się o podłogę nie pobrudził. Mamusia siedzi przy stole i trochę patrzy na telewizor, a trochę na to, jak wieszam.

A tata chrapie w ubraniu na wersalce.

W łóżeczku Zenuś bawi się grzechotką.

Już wszystkie firanki i wszystkie zasłony powieszone. Zeskakuję z parapetu na podłogę.

A tu po chwili coś w nią łup spod spodu. Patrzymy na podłogę. Coś tu wali:

– Co tak wali? – pyta mamusia.

– Na pewno sąsiad z dołu wali w sufit – mówię. – Bo jak zeskoczyłam, to mu huknęło nad głową.

– O, jeszcze wali – mówi mamusia. – Ile jeszcze będzie tak walił. – I sama łup, nogą w podłogę. I jeszcze raz.

Spod spodu buch buch! Mamusia wstaje.

– Co to – mówi – co to? To już człowiek nie ma prawa pochodzić po własnym mieszkaniu?