Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 90 из 209

— Przecież zwieją.

— Przeprawa nie rozpoznana. Bez osłony w krzaki nie pojadę. Ani ugrzęznąć, ani stracić wozu nie mam zamiaru — odpowiedział Janek, spoglądając na przyklejoną do pancerza fotografię i przymocowane obok dwa krzyże: Virtuti i Walecznych.

Naprowadził działo na skarpę, nad którą pojawiły się sylwetki uciekających spadochroniarzy. Nacisnął spust. Zagrzmiał wystrzał i odrzut wyrzucił złotą dymiącą łuskę na stertę wcześniej odpalonych, które brzęczały pod nogami.

Ten ostatni wybuch powalił dwu spadochroniarzy na końcu wycofującej się, przerażonej kompanii.

— Schneller! — pokrzykiwał Krummei. — Zum Wald! — pokazał odległy o dwieście metrów skraj lasu.

Dłuższą chwilę maszerowali poza zasięgiem ognia. Wyrównywali oddech i krok. Kapitan wiedział, że wystarczy pięć minut spokoju, wystarczy, żeby się zanurzyli w cienisty szum drzew i jego ludzie odzyskają zwartość bojową.

By ten moment przyspieszyć, rzekł do najbliżej idących tonem rzeczowym, a nawet trochę niedbałym:

— Wir werden hier in der Nacht zurück — kommen unsere Aufgabe zu verrichten, wrócimy tu nocą, by wykonać nasze zadanie.

Spadochroniarze bez komendy sformowali sprawnie trzy równoległe kolumienki. Szli wciąż jeszcze spiesznie, przygięci zmęczeniem i ciężarem ekwipunku, ale już gotowi wykonywać rozkazy. Tyle że wyczerpani biegiem dyszeli ciężko, nie prowadzili jeszcze ani nasłuchu, ani rzetelnej obserwacji.

Gdy z gęstej, skołtunionej kępy drzew na prawo od trasy marszu wybiegł rozwinięty do szarży szwadron, minęły dwie lub trzy sekundy, nim usłyszeli go i dostrzegli.

— Kavallerie rechts! — wrzasnął idący obok kapitana Zapałka i gwałtownie skręcając tułów posłał serię z biodra.

— Huraaa! — w odpowiedzi na kule wrzasnęli ułani.

Trębacz galopujący obok Kality podniósł do ust sygnałówkę, cisnął w powietrze tyralierę czystych metalicznych dźwięków, popędzających konie i ludzi.

Jeden z ułanów, trafiony w piersi garścią kul, prostował się z wolna w siodle. Walczył jeszcze ze śmiercią, lecz pęd odchylał go ku tyłowi. Grigorij pomknął na pomoc, lecz ledwie zdążył przechwycić wypadającą z ręki szablę.

Przerzucił bat do lewej, broń w prawą i tuż za i

— Wasza! — krzyczał po gruzińsku.

Wachmistrz koniem roztrącił grupkę spadochroniarzy, zgasił dwu szybkimi ciosami. Trzeci wziął go na cel z paru kroków, lecz Saakaszwili sięgnął końcem szabli, nim tamten zdążył nacisnąć spust.

Obalony impetem feldfebel Zapałka dźwignął się z ziemi. Chwyciwszy z tyłu za siodło Grzegorza, wziął zamach, by uderzyć nożem. Pod brzuchem konia, jak strzała z łuku, przemknął w skoku Szarik, rozciął kłami przegub uzbrojonej ręki, podwójnym ciosem przednich łap powalił spadochroniarza na ziemię.

W tym jednym zwarciu, szybkim jak błysk szabli, starcie zostało rozstrzygnięte, a desantowa kompania kapitana Krummla, wystrzępiona u mostu i pod folwarkiem, teraz przestała istnieć.

Jeszcze rozbiegło się parę koni, odcinając drogę do lasu tym, którzy usiłowali ratować się ucieczką. Parę sekund jeszcze tu i ówdzie powarkiwały serie, tętniły konie, zawieszając kopyta w powietrzu. Słychać było okrzyki i jęki, widać twarze wykrzywione strachem i zaciętością. Ktoś spadł z siodła i pieszo walczył wręcz, tnąc szablą przez kolbę automatu. Huknął jeszcze pojedynczy wystrzał i to był już koniec szarży.

Kręcąc się po polu, ułani zganiali w jedno miejsce jeńców — ośmiu wszystkiego wraz z ubranym po cywilnemu przewodnikiem. Jeden ze spadochroniarzy, płytko cięty przez policzek, przyklęknął, drugi ścierał mu krew z twarzy i opatrywał ranę. Za nimi kucnął kapitan Krummel. Korzystając z osłony wydobył ze swej torby mapę i szkic, wpakował je w bruzdę pod nawisłą skibę, a wstawszy przydeptał butem.

— Marsz! — rozkazał Niemcom ułan i lufą pistoletu maszynowego pokazał kierunek.

Do Grigorija podjechał wachmistrz, wręczył mu pochwę szabli zabitego ułana.

— Na czołgu jeździsz jako kto? — spytał surowo i czekając odpowiedzi, nagradzał gniadego kostką cukru.

— Mechanik — odpowiedział z uśmiechem Saakaszwili, przypinając rapcie do pasa.

— Szkoda — mruknął Kalita.

W tym jednym słowie było wszystko: uznanie, szczery żal i błysk nie wręczonego orderu.

32. Siew

Po wystrzeleniu odłamkowego granatu w krawędź skarpy Kos patrzył chwilę, jak opadają strzępy darni i kamienie wyrzucone eksplozją ku górze, jak rozwiewa się kurz, a potem kazał otworzyć włazy. Przybiegł plutonowy, wskoczył na pancerz, szczerzył białe zęby na usmarowanej pyłem twarzy i pokrzykiwał, mimo że motor milczał:

— Ale dostali w kuper i nawet reszty nie dali.

— Nikogo z naszych nie zaczepiło?

— Jednego na śmierć. — Spochmurniał nagle. — Zaraz na początku.

Kto mógł się spodziewać, że taka banda chodzi po tyłach...

— Spadochroniarze. Nocą ich zrzucili.

— Zaraz czujki wystawię.

— Nie zawadzi, ale oni przed mrokiem nie wrócą.

Plutonowy rozejrzał się i nagle zaniepokoił.

— A tam kogo znowu niesie?...

Na drugim brzegu pojawili się kawalerzyści i hamując konie poczęli zjeżdżać po stromiźnie ku rzece.

— To będzie pewno ten, co my go nocą już raz spotkali — stwierdził Gustlik. — Kuchmistrz Kobita...

— Dałby ci wachmistrz Kalita do wiwatu, żeby usłyszał. — Kos pokiwał głową i dodał nie bez kpiny: — Znowu się ułan spóźnił.

Kiedy tak ugwarzali, żołnierze bez rozkazu wzięli się do robienia pobitewnych porządków na folwarcznym dziedzińcu — opatrywano ra

— U Niemca mieliby co palić — powiedział Wichura, który wylazł z czołgu i stał koło wieży, obejmując ramieniem ciepłą jeszcze lufę.

— Kto? — zainteresował się plutonowy.

— Wasi. Ci, co to żelastwo taszczą. Tak na oko będzie tego na sto papierosów.

— Nie boli cię głowa? — zagadnął Gustlik.

— Nie. Bo co?

— Bo głupoty gadosz. Kto prochu nie zwyczajny, to zapach mu w głowie mąci.

— Co mąci? Tobie mąci! — rozzłościł się kapral i z kieszeni na piersiach wydobył sporą pożółkłą kartkę. — Czytać umiesz?

Kos i Jeleń, i plutonowy od taborów pochylili się nad ulotką zatytułowaną Beutewaffen, co znaczy: „broń zdobyczna”, i skierowaną przez hitlerowskie dowództwo do swych własnych żołnierzy. Wynikało z niej, że każdy, kto zda karabin czy pistolet maszynowy, dostanie pięć papierosów, za erkaem — dziesięć, za ciężki moździerz — dwadzieścia i dalej był ce

— Te Te–vierunddreissig — przeczytał na głos Gustlik — vierzig Flaschen Spirituosen... Ty byś chcioł, ancychryście przegrzeszony, czołg za czterdzieści butelek wódki przehandlować? — spytał i nie czekając na odpowiedź zamachnął się szeroko.

Kapral ledwo zdążył dać nura na drugą stronę działa, osłonił głowę ramieniem.

— Zostaw — powstrzymał Kos Jelenia i surowo spytał Wichurę: — Gdzieś to znalazł?

— W szopie, gdzie wóz stawiałem.

— Wyrzuć.

— Dlaczego? Mnie się taki porządek podoba. Czego żołnierz ma darmo nosić?

— To ty, głupieloku, nie widzisz, że oni taki Ordnung robią terozki, kiedy nie to, że zdobyczną, ale swoją broń w krzoki ciepią i ledwo że portki w garści trzymią? — wtrącił Jeleń.

— No dobrze, wyrzucę, nie musisz mnie uświadamiać. — Machnął ręką i przedarł kartkę na pół.

— Tak najlepiej — roześmiał się plutonowy. — Papier marny, nawet dla palenia niegodny... No, pora — zeskoczył na ziemię i odszedł w stronę swego taboru.