Страница 85 из 209
— Janek, mosz ten notes? — spytał Gustlik.
— Mam — żywo odrzekł sierżant i uśmiechnął się, rad, że nareszcie go ktoś przyjaźnie zagadnął.
— To zapisz, że się dowódca nie kładzie, jak nie powie, kiedy zbudzić.
Sierżant spochmurniał. Chwilę jeszcze siedział za stołem, zerkał na kończącą śniadanie dziewczynę, a potem wcisnął czapkę na głowę, wstał i wyszedł na podwórze, zostawiając otwarte drzwi. Pierwszy za nim ruszył Szarik i Tomasz, po krótkiej pauzie Grigorij, niechętnie odpinający szpadę.
Wichura z harmonią pod pachą.
Gustlik, który czekał, aż Lidka wypije mleko z kubka, zakręcił się po izbie, raz i drugi nosem pociągnął, a potem ruszył w stronę piwnicy. Długo tam nie zabawił. Wybiegł przyciskając do piersi omszały, opleciony wikliną gąsiorek, kopnięciem otworzył sobie drzwi na dwór i wołał:
— Chłapcy! Cała beczka wina na nic. Rozlały ancychrysty przegrzeszone po ziemi. Jeny ta jedna sierotka została.
W pałacowej jadalni stały nie sprzątnięte naczynia na stole, resztki wczorajszej kolacji i dzisiejszego śniadania. Z ciemnego zakątka wyszedł czarny kot. Wskoczył na ławę, zaczął wąchać patelnię po jajecznicy. Kiedy za oknem warknął zapalony silnik, cofnął wąsatą mordkę, zjeżył się i ze wstrętem parsknął jakieś dziwne kocie przekleństwo pod adresem odjeżdżającego Szarika.
30. Adolf
Z daleka spostrzegli światło między pniami. Kapitan Krummel posłał patrol na zwiad, a sam z trzema plutonami zbliżał się z wolna i zastanawiał, czemu tamci nie maskują okien. Bo Adolf nie ma już tylu samolotów, by atakować każdy oświetlony dom... odpowiedział sam sobie. W myślach zawsze nazywał wodza po imieniu. Zawsze, to znaczy od tego czasu, gdy Hitler odbudował armię i ojciec Hugona i Zygfryda, sierżant spod Verdun, zawiesił jego portret pośrodku głównej ściany w stołowym pokoju.
Portret wisiał sobie spokojnie, każdemu wolno przecież powiesić w ramkach fotografię kanclerza sąsiedniego i zaprzyjaźnionego państwa, póki na rok przed wojną polski listonosz nie powiedział o tym na posterunku w Kórniku i nie przyszedł policjant, żeby zdjąć.
— Dom i ziemia pańska, panie Krummel — mówił do ojca — ale dokoła Polska. Możesz pan sobie Adolfa w szufladzie trzymać.
Bardzo ten posterunkowy o łaskę prosił, kiedy w Poznańskie wkroczyły niemieckie wojska i późniejszy kapitan Krummel kazał mu kopać grób głęboki, żeby i na żonę, i na dwu synów miejsca starczyło. Bez sensu było to proszenie, bo i tak Führer nie przewidywał w Warthegau i
Żołnierze wrócili z rozpoznania, zameldowali, że ani psa, ani wartownika, a wewnątrz nie więcej niż pięciu ludzi.
W zasadzie należało zostawić w spokoju leśniczówkę i nie tracąc chwili maszerować w dalszym ciągu według azymutu do obiektu zakodowanego jako Unsichtbarer Tod — Niewidzialna Śmierć, gdzie czekało ich główne zadanie.
Mogli ominąć dom bez trudu, nie zwracając niczyjej uwagi, ale kapitan wydał i
Krummel ze swymi łącznikami i drużyną feldfebla Zapałki czekał popatrując na zegarek. Zdecydował spenetrować leśniczówkę, chcąc rozgrzać swoich podwładnych, przywrócić im wigor po nieudanym ataku na most. Nie lękaj się pościgu nocą i w lesie, tym bardziej że zniszczywszy stawidła zatopili przed godziną długi bagnisty parów za swymi plecami.
Lata całe szkolono go w umiejętnościach dowodzenia, prowadzenia walki i pewien był swego, w dodatku połowę kompanii stanowili starzy wyjadacze, doświadczeni w rzemiośle. Być może w ciągu tych sześciu lat wojny zapomnieli swych cywilnych umiejętności, ale nauczyli się sprawnie zabijać.
— Vorwärts! — rzucił cicho.
Ruszyli naprzód i nie postrzeżeni przez nikogo dotarli pod sam dom, murowany na kamie
— Towariszcz, przestań grać i pomyśl, jak po niemiecku pastwisko, trawa?
— Na czto tiebie?
— Żeby tego starego zapytać.
— Wot kartoszka. Jesz. Zaczem trawa?
— Potrzebna. Syn na przewiady wysłał.
— Syn otcu prikazywajet?
— Bo plutonowy.
— A ty jewo nie słuszaj. Wojna kończena.
Po drugiej stronie domu dwukrotnie krzyknęła sowa.
— Ktoś łazi po lesie, ptaka udaje — powiedział stary. — Lampę by lepiej zgasić...
Ściemniało w oknie przykręcone światło. Nad parapetem pojawiła się postać kobieca i wówczas ktoś z młodych nie wytrzymał, pociągnął serią po murze.
Huk zastąpił komendę. Grupy szturmowe wdarły się przez drzwi i okna.
Chwilę trwała w ciemności kotłowanina i nagle ucichła.
— Alles in Ordnung, Herr Hauptma
— Zróbcie trochę światła — rozkazał Krummel, myśląc o lampie, ale nim zdążył powstrzymać feldfebla Zapałkę, tamten już cisnął granat do stodoły.
Płomień natychmiast chwycił siano i słomę w sąsieku, skoczył na deski.
Kapitan zaklął cicho.
— Keine Flamme mehr, du dummer Brandstifter — mruknął wchodząc do wnętrza leśniczówki. — Ani płomyka więcej, ty durny podpalaczu.
— Chciałem przyświecić — usprawiedliwił się tamten.
Lampy rzeczywiście nie trzeba było zapalać, blask szedł od okien coraz silniejszy.
— Ogień może ściągnąć nieproszonych gości. Trzeba kończyć.
Ostatnie słowa kapitana zwrócone były częściowo do żołnierzy trzymających na muszce jeńców, a częściowo do nich samych. W izbie oświetlonej ruchomymi jęzorami pożaru, pod ścianą zdobioną jelenimi rogami stało czterech mężczyzn z założonymi na kark rękami; dwóch starszych w polskich drelichach, młody radziecki starszyna z prawą ręką w gipsie i na temblaku, a ostatni — nieco na boku — w wysokich sznurowanych butach, jakby się na polowanie wybierał. U jego stóp leżała zabita kobieta.
— Jaka dywizja? — spytał Krummel po polsku, choć z twardym niemieckim akcentem.
— Żadna — odpowiedział wąsaty kapral. — Bydło gonimy od frontu: krowy, konie.
— Gdzie bydło?
— Zostało w tyle. — Wąsacz wzruszył ramionami. — My wyjechali drogę rozpoznawać.
— On wami dowodzi? — Niemiec pokazał na radzieckiego podoficera.
— Nie. My Polacy, a on Ruski. Sojuznik. Razem żeśmy wieczerzali.
— Strzelałeś do Niemców?
— Naszliście z zaskoku, nie dało rady.
— A wcześniej?
— Bywało.
— Zginiesz.
— Żołnierska rzecz.
Widząc, że gadający po polsku Niemiec sięga po pistolet do zawieszonej na brzuchu kabury, stary rozplótł ręce niby w przepraszającym geście, chwycił ze stołu nóż i cisnął w spadochroniarza, który go trzyma! na muszce maszynowego pistoletu.
Jęknął trafiony ostrzem. Serie dwóch i
Spadochroniarz ra
— Der polnische Hund beisst, gryzie ten polski pies — wycedził przez zęby oficer i zwrócił się do cywila: — A ty, Niemiec, i twoja żona Niemka karmiliście to bydło.
— Mieli broń — rzekł ponuro mężczyzna. — Ale nie oni ją zabili, tylko wy.
— Stała przy oknie. Kula ślepa... Gdzieś podział swoją strzelbę. Jako leśniczy musiałeś mieć.
— Wszystko przepadło podczas tej głupiej ewakuacji pod bombami, Herr Offizier... Myśmy ledwo z życiem do domu wrócili. Nie myślałem, że żona od niemieckiej kuli...
— Maul halten, przymknij się — przerwał spokojnie, ale ostro. — Ewakuacyjny rozkaz Reichsführera SS Heinricha Himmlera to prawo. Kto nie uszedł za Odrę, nie jest Niemcem, der ist kein Deutsche.