Страница 78 из 209
Słychać było tylko ciężkie, głębokie oddechy oraz szelest tynku, i chrobot wyłamywanych cegieł nad psim podkopem. Coraz to w otworze pojawiała się szeroka ręka, chwytała krawędź, mocowała się chwilę, szarpiąc tam i z powrotem, póki wreszcie nie skruszył się kęs muru.
Spadochroniarka wzięta do niewoli spoglądała badawczo, nie rozumiejąc, co się dzieje. Janek, nie zwracając większej uwagi na rozbieraną od zewnątrz ścianę, spytał spokojnie:
— Wieviel Ma
Tamta milczała. Kos położył rękę na kaburze i odpiął skórę z zatrzasku.
— Heil Hitler! — krzyknęła histerycznie.
Mur trzasnął, zarysował się nad powyrywanymi cegłami i wreszcie pękł.
Spory kawał runął na klepisko i w obłokach kurzu, z twarzą umączoną pyłem zaprawy wkroczył do wozowni Gustlik.
— Czego rozrabiasz? — spytał niechętnie Janek.
— Nie rozrabiam, alech nie jest szczur, co bych z nory wylazował — gderał Ślązak i jednocześnie rozdawał automaty Grzesiowi i Kosowi; głasnął Lidkę po zwichrzonych włosach.
— Ta jędza chciała mi głowę odrąbać na pniaku. Mało brakowało — poskarżyła się dziewczyna.
— Pierona, to je ale jędza! — zaklął Gustlik. — A terozki gadać nie chce? Dej mi ją ino.
Popluwszy w dłonie chwycił Niemkę za ramię, wepchnął do kurnika i zamknął za sobą drzwi.
— Gustlik! — zawołał Janek.
— Poczekej — usłyszał odpowiedź i tuż potem rozległ się straszny krzyk, wycie śmiertelnie przerażonej kobiety.
— Gustlik! — Kos szarpnął za skobel, ale drzwi nie puściły.
Chwila ciszy i znowu krzyk mrożący krew w żyłach. Janek podniósł automat, żeby rozwalić rdzawy zamek. W tej samej chwili odskoczyła zasuwa.
— Czego? — Jeleń odgarnął podniesioną do uderzenia kolbę. — Z nią, a z tym, co się nie rusza, jest jeszcze sześciu. Spadochroniarski zwiad.
Szpiegują, bo jutro w nocy mają tu sciepnąć desant, coby most wysadził, a potem jeszcze pod ziemią bomba szukoł czy coś inszego.
— Trzeba ich zlikwidować — zdecydował Janek.
— Trza — potwierdził Gustlik. — Siedzą we wieży na samej górze.
Falszirmjegierka poprowadzi. Also, marsch!
Spadochroniarka, cały czas patrząca z przestrachem na Jelenia, ruszyła natychmiast po komendzie. Za nią Grigorij.
— Lidka, ty razem z Szarikiem zostaniesz przy samochodzie — rozkazał Janek i biorąc do ręki staje
— Jo? Prawie że nic. — Wyjął z kieszeni nakręcaną zieloną żabkę, którą ongiś wygrał w „machniom” od Grigorija, i pokazał na dłoni, jak skacze. — Żaby i myszy, to największa bezkurcyja musi się bać.
Spojrzeli na siebie, zaczęli chichotać i po chwili obaj śmieli się na całego.
— Co jest? — spytał Gruzin.
— Potem ci powiem — odrzekł Janek i jednym dmuchnięciem zgasił światło. — Idziemy.
W ciemności słychać było jeszcze stłumiony śmiech, szczęk broni, a potem skrzypnięcie otwieranych wrót. W resztkach dzie
Dwoje weszło przez główne drzwi. Chwilę potem otworzyło się okno na parterze, pogrążone w cieniu. Janek i Gustlik, pomagając sobie wzajemnie, skoczyli do wnętrza. Mrok i cisza pachniały tu chłodnymi po zimie murami, smażonym mięsem i dymem drzewnym.
Niemka poprowadziła ich przez hall pałacowy — wielką salę oświetloną dogasającym na kominku, posiwiałym już żarem ogniska. Załoga szła za nią gęsiego. Zwolnili u wejścia do wieży. Stanęli zaniepokojeni szelestem, ale to tylko w okie
— Achtung! Die Polen sind da!
Gustlik poderwał automat, żeby dać serię, ale go Janek wstrzymał.
— Kryj się!
W górze otwarto drzwi, pionowy słup światła przeciął wnętrze wieży.
— Achtung! Die Polen! — ostrzegła po raz drugi Niemka.
Janek błyskawicznie uniósł pepeszę do ramienia, króciutką serią sięgnął najwyższego piętra. Warknęły trzy wystrzały. Ktoś zachwiał się, runął w dół.
Zgasło światło.
— Jeszcze pięciu — powiedział Kos.
Prawie równocześnie zaczęły grać długie serie pistoletów maszynowych i poszła w dół gęsta wiązka smugowych pocisków z erkaemu.
— Granaten! — usłyszeli okrzyk u szczytu wieży.
Strzelanina umilkła jak nożem uciął.
— Odskok — skomenderował Janek.
Cała trójka błyskawicznymi rzutami wycofała się za grubą framugę drzwi, zniknęła w załomach muru. Słyszeli postukiwanie o schody spadających granatów, a potem jeden wybuch, drugi i jeszcze dwa naraz na samym dole, gdzie się skryła spadochroniarka. Wyleciały w powietrze strzępy balustrady, kłęby skruszonego tynku.
Kos zdziwił się, że tamci na górze zapłacili swej koleżance śmiercią za ostrzeżenie. I
— Czterech! — zawołał.
Gustlik i Grigorij jednocześnie dali ognia na błysk widoczny w górze. Z brzękiem poleciał pistolet maszynowy, odbity o schody i spadł im do stóp.
— Trzech... Trioch — prawie jednocześnie stwierdzili obaj strzelcy.
— Wichura i ten nowy do gotowego przyjadą — odpowiedział Janek.
W tej samej chwili czołgowy pocisk rąbnął w górną część wieży Od wybuchu drgnęły mury, sypnęło rozbitą cegłą i szczątkami jakichś przedmiotów. Długo trwała cisza, nim opadł kurz. Na samej górze poczęły pełzać płomyki.
Nie wytrzymali, żeby nie przygrzać. Koniec roboty — stwierdził Janek.
— Leć, Grześ, ściągaj tu „Rudego”, ciężarówkę i całą resztę, a my skoczymy gasić, żeby się cała chałupa nie sfajczyła.
Schodami ruszyli w górę. Gdy jeden forsował półpiętro, drugi osłaniał go automatem, potem następowała zmiana. Nie było w tym widocznej potrzeby, ale ponieważ trudno człowieka załatać, lepiej przesadzić w ostrożności niż w brawurze.
28. Kwadrans po nieparzystej
Przez uchylone odrzwia wiodące do pałacowej sali wstawiła łeb łaciata krowa z ułamanym rogiem. Zdecydowała widać pilnować się Czereśniaka, który ją doił w południe. Nadstawiła ciemne włochate uszy, żeby lepiej słyszeć melodię graną na harmonii, i niespiesznie przeżuwając patrzyła wilgotnymi, nieruchomymi, pełnymi światła oczyma w stronę długiego, ciężkiego stołu i resztek żołnierskiej kolacji.
Na stole świeciła duża naftowa lampa. Pośrodku stał półmisek ze stertą ości, obok bielało wiadro. Grajek przerwał na chwilę, zaczerpnął z niego kubkiem i z uśmiechem podsunął Gustlikowi.
— Szósty — powiedział Ślązak. — Mleka to jo mogę dużo.
Tomasz wrócił do harmonii, rozciągnął czarny miech, zdobiony rombem białych wypustek, i cichutko akompaniując śpiewał swoją piosenkę: Już kuferek stoi zrychtowany, już tam stoi na stole...
— Skąd znosz? — wtrącił Jeleń. — To nie jest z waszych stron.
Czereśniak kiwnął głową i dokończył zwrotkę: Wynieś mi go, moja najmilejsza, wynieś mi go na kolej.
Nie przestając ciągnąć melodii na pojedynczej nutce, wyjaśnił:
— Różne znam. My z ojcem folwarczni. Pół Polski zeszliśmy, nim do Studzianek, do pani Zamoyskiej...
— A taką słyszałeś? — wtrącił się Grigorij i zaśpiewał: Kartwelo theli hmals ikar...
— Jak to jest po polsku? — zainteresował się Gustlik.
— Gruzinie, chwyć za miecz! Stara pieśń rycerska.
— Chyć miecz, ale śpiewać przestań, bo ci to mało dobrze idzie.
Tomasz gładził delikatnie basy, nasłuchiwał soczystych tonów i grał coraz głośniej.