Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 69 из 209

Tymczasem ojciec podniósł noże, palcem popróbował ostrza. Jeden zamknął i schował do kieszeni, a z drugim w garści dokładnie oglądał rowery.

— Ten najgorszy — powiedział z westchnieniem i przeciął sprężynowcem opony na damce sklepowego. — Panie Boże dopomóż — dodał uprzejmie na pożegnanie, kiedy obaj z synem przymierzali się do siodełek.

— Źle wychowane — rzekł Tomasz, bo z trzech leżących ani jeden głowy nie podniósł.

Na rowerze jedzie się znacznie prędzej niż jakby iść piechotą, nawet jeśli droga piaszczysta, a ścieżka wąska i kręta. Niedługo zresztą trakt lekko skręcił, wyprowadził na szosę. Stary poprawił kapelusz, pochylił się nad kierownicą i mocniej nacisnął pedały. Za nim na kółku podciągnął się Tomasz.

Dawali sobie zmiany, jak trzeba prześcigali zaprzęgi ko

Za tablicą była górka, a z niej znowu zobaczyli Wisłę i miasto nad samym brzegiem leżące. Szosa prowadziła nad rzeką, w lewo żadnego skrętu nie było, więc chcąc nie chcąc zjechali między domy.

Cały brzeg był w tym mieście kamie

Czereśniakowie przystanęli i słuchali chwilę, jak pokrzykuje groźnie na robotników i pomagających im żołnierzy.

— Potrzymaj, Tomek — rozkazał ojciec złażąc z siodełka i podszedł bliżej. — Panie kapral... — zagadnął, ale tamten nie spoglądał na boki, nie słyszał nawet pewno, że go wołają.

— Panie sierżancie... — zagadnął głośniej Czereśniak, odczekał chwilę i krzyknął: — Panie poruczniku!

— Stopni, obywatelu, nie odróżniacie? — Kapral się odwrócił. — Nie jestem porucznikiem, do cholery.

— Ale pewno pan będzie. Z takim wyglądem.

— Czego chcecie, ojciec?

— Żeby pan zabrał.

— Nie mogę, transport wojskowy.

— Ale nie armaty, tylko mąka.

— To niczego nie dowodzi. A może w mące granaty?

— A może syna wiozę do Gdańska, do wojska?

— Od tego są RKU. — Kapral szmyrgnął perkatym nosem i spode łba popatrzył na rozmówcę.

— Ja do swojej brygady pancernej.

— Czemu to nasza brygada ma być wasza?

— Bo ja pod Studziankami prowadziłem odsiecz dla batalionu Baranowa na czołgu, co miał napisane 102.

— „Rudy”!

— Nie było rudego. Porucznik, co dowodził, był czarny, ten przy radiu — jasny jak len...

— Ten jasny teraz dowodzi... Szybciej wy z tymi workami! — popędził ładujących i dodał: — Teraz ja w tej załodze będę. Kapral Wichura.

— Czereśniak — stary uniósł kapelusza.

— No, co się ojciec patrzycie? Jak do naszej brygady, to siadać. Gdzie syn?

— Tomek! Pójdź no tu.

— Czekajcie. — Kapral zatrzymał nadchodzącego, pomacał muskuły.

— Może by pomógł?

— Można. Pomóż im, Tomuś. — Czereśniak odebrał rowery, zręcznie przeprowadził po kładce i ułożył je na pokładzie obok budki sterowniczej.

Tomasz szerokim krokiem poszedł ku otwartym drzwiom magazynu.

Zadali mu worek na plecy, a on wziął jeszcze drugi pod pachę i ruszył po kładce na barkę.

Na tej barce załadowanej workami z mąką, wleczonej przez mały, ale gęsto dymiący i czarny jak smoła holownik, płynęli od wieczora przez całą noc i jeszcze pół następnego dnia. Płynęliby może do samego Gdańska, gdyby się Tomasz nad miarę nie postarał. A zaczęło się od tego, że żołnierze mieli harmonię, jeden drugiemu do ręki ją wpychał, próbowali grać, ale nikt nie potrafił.

— Dajcie no tu — powiedział Wichura. — Nowych zapytam. Małorolni często potrafią.

Wziął instrument i przewędrował nad burtą ku tyłowi barki, gdzie pod sterówką siedzieli na swych kapotach Czereśniakowie.

— Umiecie grać, ojciec?

— Syn potrafi.

Tomasz wziął harmonię bez słowa, spróbował paru taktów i twarz mu się zmieniła, ciepło ją rozświetliło od wewnątrz. Nabrał tchu w płuca, zrobił oko do kaprala i po zawadiackiej przygrywce zaśpiewał:

Kapral uśmiechnął się, oparł o malowaną w łaty sterówkę i zaczął do rytmu postukiwać w blaszany dach.

Holownik ryknął ostrzegawczo syreną, ale Tomasz nie przerwał grania.

Od strony holownika załomotała ostra seria karabinu maszynowego, druga i trzecia.

— Co jest? — zawołał Wichura w stronę tych na dziobie, wyciągając z kabury pistolet.

— Mina! Mina na kursie! — odkrzyknęli żołnierze.

Holownik ostro skręcił, powlókł barkę ukośnie w prawo, lecz było już za późno i lewa burta podpływała coraz bliżej do wystającej z wody półkolistej miny.

— Cholerny świat! — zaklął Wichura, chwycił pychowe wiosło i szeroko rozkraczony stanął u burty.

Czereśniak się żegnał i poruszał wargami w modlitwie. Tomasz schował za siebie harmonię, jakby ją własnym ciałem chciał osłonić. Mina była coraz bliżej, grube paluchy zapalników groźnie sterczały na boki. Wichura łagodnie dotknął wiosłem metalowej pokrywy, nacisnął.

— Żeby się tylko nie omskła — szepnął stary.

Kapral, odpychając, zrobił parę kroków wzdłuż burty ku rufie. Potem z ogromnym trudem, jak gdyby nagle stało się znacznie cięższe, wyciągnął wiosło i siadł, bo strach ugiął mu nogi.

— Rany boskie, żeby który z tych paluchów zaczepił...

— Kto i

— Z holownika strzelali, żeby zdetonować, ale trafić niełatwo. Mogą jeszcze na niej dobrzy ludzie zginąć.

Tomasz wstał tak gwałtownie, że jęknęła harmonia. Dobył spod poły kurtki swój automat i zarzuciwszy pas na łokieć, legł przy rufie, gotując się do strzału.

— Czekaj trochę — powiedział Wichura i zawołał do żołnierzy: — Padnij, wszyscy padnij!

Tomasz nie patrząc za siebie złożył się do zapalnika. Lufa chodziła w dół i w górę w rytmie łagodnej fali spod śruby. Spróbował gonić cel, ale nie wyszło. Rozluźnił stwardniałe mięśnie. Wziął w płuca powietrze, wypuścił i wstrzymał dech. Łagodnie coraz dalej ściągnął spust i znów poluzował.

Jeszcze raz wdech i wydech, ściąganie. Muszka od dołu znad fali podeszła do ciemnej kreski zapalnika i równocześnie zagrała seria. Ułamek sekundy czekał, widząc, jak kule krzeszą błyski z korpusu miny i...

Wybuch!

Słup wody poszedł w górę, potem przetoczył się grzmot, fala podrzuciła barkę. Stara berlinka wiślana jęknęła jak żywa, zatrzeszczała wszystkimi wręgami. Doleciały dalekie bryzgi, padło kilka furkocących odłamków. Echo powtórzyło grzmot i znowu zapadła cisza.

Wichura wstał, kopnął odłamek. Spojrzał na puste miejsce, w którym leżał przed chwilą Tomasz. Zdziwiony obejrzał się i zobaczył, że strzelec siedzi już z powrotem pod sterówką, na kolanach trzyma połyskującą klawiszami harmonię.

— Niechże cię! — podchodząc bliżej powiedział Wichura z podziwem.

— W brygadzie chyba tylko Kos, co by ci zrównał.