Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 64 из 209

— Pod koniec sam musiałem stanąć przy kaemie. Dostałem odłamkiem w głowę, ale lekko, tyle że hełm na bandaże trudno było wsadzić. A oni bombardowali, bili z dział... Wobec ciężkiej broni byliśmy bezsilni, a jednak za naszych piętnastu zapłacili trzema setkami zabitych. Trzymaliśmy Westerplatte przez tydzień. Wtenczas, kiedy wojna dopiero arię zaczynała, to było ważne. Było ważne, żeby świat te strzały usłyszał, zbudził się i zrozumiał, że każde nowe ustępstwo tylko rozzuchwala bandytów...

Lidka ściągnęła przyciasny but, grzała bosą stopę na białym piasku.

Marusia zerwała źdźbło trawy, gryzła żółtozieloną słodkawą łodygę. Szarik rozparty na płaskim kamieniu leniuchował w południowym słońcu, kłapał zębami, usiłując chwycić muchę.

— Tu był początek — powiedział Gustlik — i tu dla nas fajerant. No nie? Jutro wieczór zabawa. Byda tańcowoł, jak żech już dawno nie tańcowoł.

— Wstał, zaszurał buciorami w tempie oberka.

— Na zabawę pora, a na fajerant wcześnie — odpowiedział West. — Wszędzie gruzy, miny, port zatkany wrakami. Trzeba to wszystko...

— Jasne — przerwał Janek — ale grunt, żeśmy się znaleźli.

— Mój starzyk też już napisoł. — Gustlik wyciągnął list z kieszeni i trzepnął po nim dłonią. — Matka cało załoga kazała pozdrowić.

— A całej nie ma. — Grigorij złamał i rzucił za siebie patyk, który obracał w palcach. — Nie ma kto nam powiedzieć, jaka jutro pogoda.

Posmutnieli wszyscy. Szarik postawił uszy, warknął ostrzegawczo. Przez wertepy, szeleszcząc suchymi badylami zeszłorocznych chwastów, podchodziła do nich szczupła, niestara jeszcze kobieta w czarnej sukni.

— Przepraszam, syn mi zaginął. Mareczek, sześcioletni. Może panowie widzieli?

— Nikt tędy przed panią nie przechodził — po chwili milczenia odpowiedział Janek.

— Przepraszam, to ja już pójdę. Rok temu zaginął, wyszedł na ulicę, złapali go i nie wrócił. Mareczek, sześcioletni — odchodząc żaliła się sobie, nie czekając od nikogo odpowiedzi.

Patrzyli chwilę w ślad za nią.

— Na mnie pora. — Marusia wstała. — Przed dyżurem mundur na stary trzeba zmienić.

— I przed zabawą warto pospać dłużej — dodała Lidka.

— Nieprędko się jeszcze po tej wojnie wypogodzi — powiedział ojciec Janka, kiedy już ruszyli z powrotem.

— Ale Gustlik ma swoją rację, jak mówi, że fajerant — energicznie wtrącił Grigorij — bo to już blisko. Sam jestem na świecie jak palec, dziewczyna żadna mnie nie chce, ale też plany układam, jak żyć po wojnie.

Szli na przełaj ugorem w tę stronę, gdzie u nabrzeża zostawili szalupę po przeprawie przez Motławę.

— Najdziesz tako, co cię będzie chciała. — Gustlik objął Gruzina za ramię. — Zawioza cię pod Studzianki, do Czereśniaka i wyswatom.

— Ze wsi nie chcę.

— No to ci domy dziouszkę z Warszawy. Wichura to zrychtuje, powiem mu, jak wróci.

— Gdzie Wichura? — zainteresował się Grigorij.

— Na barce popłynął po mąkę, ale do jutrzejszego wieczora, do zabawy powinien być z powrotem — wyjaśnił Janek.

Wichura nie zdążył wrócić przed wieczorem, ale bal się zaczął równo z zachodem słońca. Nie zabawa, lecz bal prawdziwy. Żołnierski bal w wyzwolonym Gdańsku.

Ogromna sala na parterze starego mieszczańskiego domu ledwie mogła gości pomieścić. Ściany nosiły jeszcze ślady walk — tu nad oknem jęzor sadzy po stłumionym pożarze, tam skośny ścieg serii na murze, nadpęknięty tynk, ale wszystko odchędożone, po żołniersku uprzątnięte, a gdzie nie można, to zasłonięte woje

Prawie na środku balowej sali był otwór na wylot do piwnic, ale nie specjalny, tylko wybity przez pocisk. Osłaniały go saperskie kozły z tabliczkami: „Uwaga, dziura!” i po rosyjsku: „Wnimanje, nie prowalis”. Od czasu do czasu ukazywała się ponad podłogą głowa żołnierza, który wyłaził po drabince i podawał tańczącym butelki ze zdobycznym piwem.

Grała nie brygadowa orkiestra, bo oni tylko marsze umieli, lecz doraźnie zebrany polsko–radziecki zespół, a w nim takie instrumenty, jakie były pod ręką — harmonia, gitara, trąbka sygnałowa, fortepian z kolumienką z cegieł zamiast nogi i z przestrzelonym wiekiem oraz naturalnie bęben. Nad podwyższeniem orkiestry wyłaziły ze ściany resztki półwypukłego hitlerowskiego orła poobtłukiwanego kolbami — mieli go saperzy złupać, ale nie zdążyli, bo już się zaczął bal. Nie zabawa, lecz bal prawdziwy. Żołnierski bal w wyzwolonym Gdańsku.

— Wszystkie pary tańczą!

Tańczyły polskie i radzieckie tele– i radiofonistki, sanitariuszki w odświętnie odprasowanych mundurach. Czasem zamiast wyczyszczonych na psi połysk butów z cholewami mignęły zdobyczne pantofle, a przy każdym mundurze wabiło oczy coś kobiecego dla ożywienia: broszka, apaszka, chusteczka w ręku, kaczeniec lufo gałązka tarniny we włosach. Było też trochę cywilnych niewiast z ekipy obejmującej miasto, jak i przywiezionych na roboty, kiedy Gdańsk był jeszcze niemiecki — wszystkie miały biało-czerwone opaski albo wstążki u klap skrojonych po wojskowemu kostiumów.

Wśród żołnierzy szarzało paru cywilnych mężczyzn, ale też z opaskami na rękach, w długich butach i kurtkach wojskowego kroju.

Wszystkie pary tańczyły, a niedaleko orkiestry stał dowódca brygady, spoglądał na nie z uśmiechem. Minął może kwadrans od rozpoczęcia balu, kiedy przecisnął się do niego ojciec Janka ze sporym zawiniątkiem pod pachą.

— Serwus, West. — Generał wyciągnął rękę na powitanie. — Gdzieżeś się podziewał od wczoraj?

— Trałowce otworzyły wyjście z portu, oczyściły skrawek zatoki, więc skrzyknąłem paru znajomych rybaków, uruchomiliśmy kutry i...

— Jest ryba?

— Niedużo, ale jest, obywatelu komendancie miasta.

— Daj spokój z tym komendantem. Jan mi na imię.

— Stanisław.

Obaj jednocześnie pomyśleli, że właściwie to głupio, że do tej pory nie mówili sobie po imieniu, i pocałowali się z dubeltówki. Dostrzegł to Gustlik tańczący z Lidką tango Chryzantemy złociste i zawołał w stronę dziury w podłodze:

— Piwo dla dowódcy, ino gibko.

Chwycił w locie butelki i przekazał je, nie przestając podśpiewywać.

Dowódca i West zaczepili jeden kapsel za drugi, zerwali, trącili się szyjkami butelek i odpili po parę łyków.

— Wczoraj rano posłałem po mąkę. Lada moment barka powi

— Jo bych się zdał ciasto gnieść. — Gustlik przerwał śpiewnie i pokazał swoją potężną łapę, a ruszając znowu w taniec dodał ciszej do Lidki: — Ino my tu nie ostaniemy. Generał niech będą komendant, a „Rudy” na front.

— Możesz miesić — odkrzyknął dowódca Gustlikowi i powiedział do Westa: — Tyle że ja tu najwyżej jeszcze parę dni i na front, do sztabu armii.

Janka by trzeba szybko zdemobilizować, do szkoły posłać — pokazał oczyma chłopca tańczącego z Marusią.

— Tak byłoby najsłuszniej, ale...

Chłopak dopiero w tej chwili zobaczył ojca i podbiegli oboje, zadyszani trochę, zarumienieni, z oczyma jarzącymi się wewnętrznym światłem.

— Cześć, tato! — speszył się, urwał i stanął na baczność. — Obywatelu generale, proszę o zezwolenie zwrócenia się do porucznika Kosa.

— Wojskowa skóra druga natura — roześmiał się dowódca. — Zwolnię cię do cywila, poślę do szkoły i nie będziesz musiał pytać.

— Za co? — posmutniawszy nagle spytał Janek.

— Co, za co?

— Do cywila za co? Przecież myśmy jako załoga stawali do raportu...