Страница 49 из 209
— Dla nas tylko taka pora. Wzięliśmy wczoraj Jabło
— Oszaleliście wszyscy z tym wracaniem do szeregu! Wasi trzej są ciężko ra
Najgorzej z tym smykiem. Dzieci posyłacie do boju.
— Dzieci posyłam? Tak, posyłam — generał skinął głową w zadumie.
— Może im czegoś trzeba?
Dwu sanitariuszy, wcisnąwszy się przez drzwi, poszło do kąta w stronę psa. Szarik zawarczał głucho i obnażył kły. Tamci przystanęli niezdecydowani.
— Zabierajcie, zabierajcie, przecież powiedziałem.
Drugi z czołgistów postąpił krok naprzód i zwrócił się do komendanta szpitala:
— Towarzyszu profesorze, zostawcie psa na sali. To też żołnierz, członek załogi, mojej załogi.
— Czy to szpital połowy, czy zakład dla umysłowo chorych? Z samego rana idiotyczna bitwa o psa. Już trzeci go broni. Ja widziałem blaszkę. Leczę go równie stara
— Zostawcie psa — powiedział generał.
— Tutaj nie wy, towarzyszu generale, rozkazujecie.
— Ja proszę.
— Brak mi lekarstw, mięsa, cukru. Mam na karku tysiące kłopotów, pracuję do późnej nocy, a wy mi psem zawracacie głowę, czas zabieracie.
— Może by miód się nadał zamiast cukru — spytał Wasyl.
— Mrzonki, bzdury! Skąd miód weźmiecie w tym zniszczonym, wygłodzonym kraju.
— Będzie mięso i miód. Zostawcie psa — poprosił generał.
— Jeśli możecie, pomóżcie, ale warunków mi nie stawiajcie.
Przyjedźcie za dwa tygodnie, może już lepiej będą się. czuli. Teraz, jak sami widzicie.
Lekarz cofnął się, robiąc miejsce. Generał i Semen weszli za nim w głąb pokoju. Na dworze pojaśniało już nieco. Zobaczyli twarz Saakaszwili szarą, jakby pokrytą popiołem. Janek tak był zabandażowany, że tylko oczy pozostawały nie osłonięte i usta. Gustlik, zdawało się przytomny, patrzył w sufit nie widzącymi oczyma.
Ruda sanitariuszka podeszła bliżej, podała rękę Semenowi.
— Pamiętacie?
— Naturalnie, Ogoniok! Teraz dopiero na was spojrzałem.
— Tak, to ja. Sierżant też tu leży. Spotkaliśmy się znowu wszyscy razem, jak w zasadzce pod Studziankami.
Semen przywitał Czernousowa i wrócił z powrotem do dziewczyny.
— Nasz czołg nazywa się „Rudy”. To na waszą cześć.
— Opiekujcie się nimi, jak tylko umiecie najlepiej — poprosił generał.
— Tak, naturalnie, ja przecież... — dziewczyna poczerwieniała, urwała zdanie.
Napotkawszy surowce, zniecierpliwione spojrzenie profesora, czołgiści zasalutowali i wyszli.
Sanitariusze znowu pochylili się nad psem, ale doktor wstrzymał ich ruchem ręki.
— Zostawić. Sie
— Tak jest, ja odpowiadam za psa — zameldowała wesoło.
Wieczorem, dymiąc pogiętą chłodnicą, zajechała na szpitalny dziedziniec ciężarówka. Na jednej burcie miała wymalowany smołą napis po rosyjsku, a na drugiej po polsku. Oba jednakowej treści: „Jedzcie za zdrowie Szarika”.
Szpitalny kucharz z pomocą sanitariuszy wyładował z samochodu krowę poszarpaną artyleryjskim pociskiem i dębową beczkę. Klepki pachniały trochę kiszonym ogórkiem, trochę alkoholem, ale w środku był miód zgęstniały od chłodu.
Zawiadomiono o tym profesora, przynosząc mu próbkę na łyżce. Wziął ją nie mówiąc ni słowa, długo trzymał nad piecykiem, by się rozgrzała. W cieple od grudki miodu zapachniało lasem i kwiatami Puszczy Kozienickiej. Doktor spróbował, pokręcił głową.
— Doskonały. Skąd oni mają miód, burżuje — mruknął do siebie, a potem począł dyktować siostrze Marusi spis ra
Adres wypisany chemicznym ołówkiem był w jednym miejscu fioletowy od wilgoci, w drugim rogu zatarty, lecz mimo to bez trudu można odczytać nazwisko: Jan Kos. Numer poczty polowej został przekreślony czerwonym ołówkiem, u dołu ktoś wpisał dużymi literami: „Przesłać do szpitala”. Klej na krawędzi puścił, koperta się otwarła i łatwo było wydobyć list ze środka.
Janek!
Kula złamała obojczyk i przebiła szczyt płuca. Doktor powiedział:
„Dobrze, że cię szybko przywieźli. Podziękuj szoferowi”.
Dziękuję kierowcy, który mnie przewiózł na drugą stronę Wisły i tam oddal wprost do sanitarki, ale największe podziękowanie należy się Tobie. To Ty ocaliłeś moją rudą głowę.
Zdrowa już teraz jestem, choć bandaż jeszcze noszę na ramieniu i często w głowie się kręci od słabości. Pomagam tutaj w szpitalu. Tu brak ludzi, a ja przecież zmieniać opatrunki potrafię. Jak nabiorę sił, to wrócę do pułku. Może jeszcze się spotkamy, może wasze czołgi znowu będą wojować razem z naszą piechotą.
Chciałabym cię spotkać, podziękować za życie... O tym już pisałam, a teraz trudno mi wyrazić, co czuję, i dlatego bardzo chciałabym Cię spotkać.
Ja o tym napiszę nie wprost, tylko tak...
Kiedy zaczęła się wojna, byłam akurat po pierwszym roku studiów w akademii medycznej. Bardzo chciałam zostać lekarzem, ale na froncie zrobiło się od razu trudno i ciężko, więc poszłam na ochotnika.
Przedtem, zanim zaczęłam studia, mieszkałam na wsi. U nas na wsi, kiedy przyjdą wiose
Gdyby nie wojna i gdyby w Polsce był taki zwyczaj, to ja bym chciała tak właśnie przed Tobą zatańczyć. A potem, koło północy, kiedy harmonia gra coraz rzewniej i ciszej, my byśmy poszli w cień sadu, w zapach jaśminowych krzaków. Tam nikt by nas nie widział i gdybyś chciał pocałować nie broniłabym.
Przeczytałam teraz ostatnie słowa i przestraszyłam się. W oczy bym tego nie powiedziała, ale list zawsze jest śmielszy, a poza tym nigdy się chyba nie spotkamy.
Dobrego, Janek. Niech Cię pancerz i moje myśli od pocisków chronią.
Marusia-Ogoniok
Ten list przyszedł do brygady pancernej dokładnie w tydzień po zdobyciu Pragi. Poleżał trochę w sztabie, a potem, skierowany na nowy adres, trafił do szpitala i został położony na taborecie przy łóżku Janka Kosa.
Wszyscy trzej byli jeszcze nieprzytomni, a Szarik tylko powąchał kopertę i przestał się nią interesować, bo czytać nie umiał.
List znalazła Marusia i ukradła, jeśli można ukraść rzecz własną. Trzeba byłoby raczej powiedzieć, że zabrała swój dar. Schowała go do kieszeni żołnierskiej bluzy na piersi i postanowiła: Kiedy przyjdzie do zdrowia, to niepostrzeżenie podłożę. Niech przeczyta, niech się dowie.
Po przeprowadzce na nowe miejsce Szarik poczuł chęć do życia, apetyt do jedzenia i szybko nabierał sił. Uważał, że są mu potrzebne, bo musiał przecież pilnować Janka i jego kolegów, przywoływał pomoc skomląc pod drzwiami siostry Marusi, kiedy ra
Wilczur się poprawił. Nie przytył, ale zmierzwiona sierść poczęła się układać, nabrała połysku, a czarny czubek nosa stał się znowu ruchliwy i wilgotny. Pewnego dnia lekarze zdjęli mu gips i pies ze zdziwieniem oglądał swą łapę, wychudłą, ogoloną i jak gdyby cudzą. Przyzwyczaiwszy się kuśtykać na trzech łapach, bał się stąpnąć na czwartą i leżąc na posłaniu długo i stara
Czuł podczas tego lizania miłe dreszczyki, swędzenie pod skórą, coraz żywiej krążącą krew. Przekonany, że to, co jemu pomaga, powi
Parę dni po zdjęciu gipsu z Szarikowej łapy, ożywił się Jeleń. Zjadł na obiad dwie porcje i poprosił o trzecią. Odpoczął nieco po trzeciej, westchnął parę razy i za zezwoleniem lekarza dostał czwartą. Wzmocniwszy w ten sposób nadwątlone siły, siadł, posiedział kwadrans, wstał i z twarzą czerwoną od wysiłku ruszył wzdłuż łóżka, a potem dalej. Wsparty o ścianę łomotał po podłodze nogą usztywnioną w metalowych szynach.