Страница 46 из 209
Jeleń i Szarik zostali w czołgu, a reszta wyszła na podwórze. Pod murem przywitał ich szczupły, wysoki oficer z piechoty i mocno uścisnąwszy ręce, wprowadził do bramy. Stąpając prawie po omacku, skręcili w prawo do sieni, a potem w lewo, przez wyrwane drzwi weszli do pokoju. Pod butami chrzęściło szkło. Od okna skośnie przeciętego wiszącą na jednym zawiasie ramą dmuchało przeciągiem.
— Ostrożnie — szepnął piechur. — Głowy niżej.
Poprowadził ich do parapetu, na którym leżały worki z piachem, i wskazał Semenowi wąską szczelinę strzelnicy.
— Przypatrzcie się.
Przed nimi był spory placyk, zamknięty z drugiej strony murami domów.
Dachy miały spalone, sterczały krokwie i belki, obrysowane wiśniowo na tle rudego nieba.
— Gotowi? — spytał znowu piechur. — Uważajcie teraz. W domu na wprost są strzelnice w piwnicach. Zaraz się postaram, żeby ożyły.
Gwizdnął przeciągle i na ten znak z górnych pięter odezwały się serie, sprowokowały odpowiedź Niemców. Błyski wskazały czołgistom ich przyszłe cele. Kiedy ucichło, piechur przysiadł na podłodze i zaprosił gestem ręki, by usiedli koło niego.
— Chciałbym, żebyście na umówiony znak, kiedy zacznie świtać, obalili bramę i ogniem z działa zniszczyli tamte punkty ogniowe. Wtenczas my ruszymy, a wy za nami.
— Po co obalać? Wystarczy trochę uchylić, żeby lufę wysunąć — powiedział Semen. — Spróbujemy zrobić co do nas należy, a jak będziecie ruszać, to się bramę otworzy do reszty.
— Ostrożni jesteście — uśmiechnął się piechur.
— Jesteśmy ostrożni, ale najważniejsze, że ludzie tu będą dalej mieszkać. Po co im bramę psuć.
— Jak chcecie. Zgoda.
Kiedy wrócili z powrotem na podwórze, przystanęli zdumieni. Cały czołg był oblepiony ludźmi: siedzieli i stali na pancerzu, otaczali wóz dokoła.
— Kto to? — spytał Semen. — Przecież nie wasi żołnierze.
— Skądże — odpowiedział oficer. — Cywile. Rady dać sobie z nimi nie mogę. No, pocoście tu wyleźli! — zawołał podnosząc głos. — Prosiłem przecież, żeby w piwnicach.
— Maszynkie zobaczyć, panie poruczniku. Faktycznie niewąska, nie można powiedzieć.
— Uszanowanie, panowie czołgiści. Przepiórkowskiego czasem nie znacie? Bo on z naszej ulicy, taki z krótkim wąsikiem pod Hitlera.
— Takiego z wąsikiem nie znamy — odpowiedział Jeleń, siedzący na wieży czołgu.
— Może zgolił, ale Przepiórkowski się nazywa. Panowie nie słyszeli?
— Niestety nie.
Ludzie otoczyli ich ze wszystkich stron, ktoś podsuwał papierosy, ktoś i
Janek ośmielony serdeczną atmosferą i ciemnością zapytał:
— A może kto słyszał o poruczniku Stanisławie Kosie?
— Jakoś w ucho nie wpadło. A kto to? Rodak? Z Warszawy?
— Nie, z Gdańska, bił się na Westerplatte.
— Na Westerplatte — powtórzyło naraz kilka osób.
Tęga kobieta westchnęła i zaproponowała schrypniętym nieco głosem:
— Panowie mają chwilkie czasu? Helcia, powiedz panom wierszyk.
Ludzie odsunęli się nieco, utworzyli półkole i na środek wyszła niewielka, może ośmioletnia dziewczynka. W mroku nocy nie widzieli rysów jej twarzy, tylko jasną plamę krótko przyciętych włosów i nie sięgającej kolan, białej sukienki. Helci nie trzeba było dwa razy prosić. Widocznie mówiła wierszyk nie pierwszy raz, bo dygnąwszy zgrabnie, zaczęła:
Gdzieś blisko trysnęła seria karabinu maszynowego, potem druga, huknął ręczny granat. Dziewczynka nie speszyła się, lecz mówiła dalej:
— Panie, ona byle rozpylacza się nie boi — wyjaśniła głośnym szeptem mamusia. — Na byle bombę też się nie rozpłacze.
Janek słuchał, miał łzy pod powiekami. Dalsze słowa mijały go, a w głosie tylko tłukło się to pierwsze, że zginęli wszyscy, że martwi szli czwórkami. Tymczasem dziewczynka dygnęła, dokoła zaklaskano.
Ktoś ująwszy mamę pod rękę chwalił:
— Panina Helcia jak powie, to już powie.
Jeleń podawał z czołgu papierowe zawiniątko, przejął je Saakaszwili i wręczył dziewczynce dzie
— No, dobrze, koniec tego przedstawienia — złościł się oficer z piechoty. — Ludzie, idźcie wy z powrotem do piwnic. Prosiliście, to zostawiłem was tutaj, ale nie przeszkadzajcie.
— No, dobrze, dobrze. Po co ta mowa, już idziemy.
Jeleń przypomniał sobie, o co prosiła Lidka, i zeskoczywszy na bruk, chwycił jeszcze za rękaw jednego z odchodzących.
— Nie wie pon, czy dom stoi na Wileńskiej ulicy, taki na żółto malowany, trzeci zarozki od stacyi.
— Dwa dni temu stał. A bo co?
— Nic, dzieuszka jedna prosiła, żebych się dowiedzioł.
— Ma może kto klucz od bramy? — dopytywał się Janek na polecenie Wasyla.
— Panie Ziółko, panie Ziółko! — ucieszyli się odchodzący do piwnic cywile. — Wojsko się pyta o klucz od bramy. Dychę pan, jak nic, zarobisz, bo przecie po nocy.
— Spiesz się pan, bo zaraz będzie jasno i z dochodu nici.
Znalazł się pan Ziółko z siwą głową, szczupły, przygarbiony, pospiesznie kroczył przez podwórko.
— Przestańcie się mądrzyć. Swoim po pięciu latach darmo otworzę na całą szerokość.
— Kiedy nam właśnie nie szeroko trzeba.
— Powiedz pan jak, to się zrobi.
Niebo przyblakło. Dołem od dymu i mgiełki było jeszcze mroczno.
Kolumienkami przecinały podwórze grupy szturmowe, nikły we wnętrzu domu. Szczupły wyrostek przykleił się do jednej z nich, poprosił:
— Daj pan, panie żołnierz, to pociągnę te karetkie — wprzągł się do uchwytu ciężkiego karabinu maszynowego. — Co się pan sam będziesz męczył, we dwóch zawsze lżej pójdzie. A poza tym tutejszy jestem, Prażanin, ulice pokażę, zabytki objaśnię.
Zniknęli obaj w ciemnej bramie, a po chwili wyszedł stamtąd oficer i skinął na czołgistów:
— Będziemy zaczynać. Jak wjedziecie do bramy, to moi ściągną ogień i wtenczas od razu walcie.
Przytrzasnęli włazy, ruszyli ostrożnie naprzód, wpełzając powoli do ciemnej wnęki. Zgodnie z umową pan Ziółko rozepchnął ciężkie, blaszane wierzeje. Utworzyła się szczelina na szerokość metra.
W tej samej chwili trzasnęły pierwsze serie piechoty, odpowiedziały im niskie, zrywające się tuż nad ziemią błyski karabinów maszynowych z przeciwległego domu. Semen raz po raz trzykrotnie odpalił, trafiając nieomylnie. Blisko zresztą było, nie więcej niż dwieście metrów i zaraz z okien parteru wysypali się nasi. Janek zobaczył w wizjerze tego szczupłego cywila ciągnącego karabin maszynowy, ale zaraz stracił go z oczu, bo z piętra przeciwległego domu znowu Niemcy poczęli strzelać. Odpowiedział im ze swego erkaemu, stara