Страница 166 из 209
— Szeregowy Józef Szawełło melduje swoje wejście — wrzasnął stając na baczność.
— No?
— Ja bym potrzebował... — wyciągnął rękę w stronę worków na najbliższym stelażu.
— Nie rusz. Tam babskie mundury. Czego chcesz?
— Kurtka rozpruta i w plecy wieje.
— Tak i mów. Tu igła, tu nici. Siadaj i szyj.
— Tak jest.
Magazynierka wróciła do liczenia sterty przywiezionych z prania gatek, każdą przełożoną na bok dziesiątkę zapisywała na gęsto poliniowanym, wielkim jak stolnica zestawieniu.
Tak jak przed chwilą na Józka, nie zwróciła uwagi i na Konstantego Szawełłę, który wszedł z lekka utykając i stanął przed nią, oparty na leszczynowym kijaszku. Nie miała obowiązku go widzieć, bc na błękitnej piżamie nie było naramie
— Ależ... — zaczął sierżant głębokim basem.
— Czego? — przerwała mu. — Niedawno zmieniane, czystych nie dam.
— A ja bym i nie wziął — rzekł spokojnie i krok bliżej w stronę stołu postąpił. — Tylko patrzę ja, patrzę i tak sobie myślę: Ależ blada pani kapral, ponieważ w namiocie siedzi, promieni słonecznych nie widziawszy.
Wojna, nie czas się opalać — ucięła marszcząc brwi i bystrym wzrokiem zlustrowała Szawełłę, pragnąc przejrzeć zamiary ra
— Wojna ku końcowi idzie — ciągnął z łagodnym uśmiechem — a ze spaceru czasem pożytek większy niż korzyść z roboty.
— Niby jak? — dopiero teraz przestała liczyć. — Jaki może być z chodzenia pożytek? — zadała pytanie i w zadumie popluła na chemiczny ołówek.
— Jakby na przykład sierżant jakiś, może już człowiek nie najmłodszy, ale jeszcze do rzeczy, miałby coś pani kapral do powiedzenia.
— Niech mówi.
— Tutaj ten sierżant nie powie — stwierdził z przekonaniem Konstanty.
— Jest rzecz, że obojętnie wszędzie, a i
Magazynierka wyszła spoza stołu, obejrzała dokładnie sierżanta z przodu i z boków. Nieczęsto ją zapraszano na spacer, więc zdziwienie kilkanaście sekund walczyło w jej sercu z nadzieją, póki ta ostatnia nie odniosła zwycięstwa i nie skłoniła do zgody.
— Katarzyna — wyciągnęła przed siebie rękę fioletową od pracy przy użyciu chemicznego ołówka.
— Konstanty — pochylił się sierżant, pocałował stara
— Szyjesz, mały?
— Szyję — odpowiedział z kąta Józek.
Zastanawiała się przez chwilę, czy nie zaczekać, póki nie skończy, lecz bardzo była ciekawa, co też sierżant ma jej do powiedzenia, więc machnęła ręką i zdecydowała:
— No to szyj póki co.
Popchnęła pani kapral Konstantego przed siebie, wyszli oboje z namiotu.
Sprawnie zasznurowała wejście i powiesiła kilową kłódkę na skoblach spinających płachty u góry. Nie było wątpliwości, że nikt się tędy nie wyśliźnie. Popatrzyła raz jeszcze na sierżanta i w pełnym świetle wydał jej się nawet bardziej przystojny niż w namiocie.
— No, jak mamy iść... — odstawiła lewy łokieć od boku.
— To idziemy — dokończył Konstanty ujmując pod rękę i poprowadził ją w cień drzew.
— Do lasu wiedzie — zauważyła surowo.
— Prawda — odrzekł.
— Miał mówić.
— Też prawda — przyznał. — Otóż, pani Katarzyno, wojna się ma ku końcowi i wiosna nastała, ptaszka każda, jak na ten przykład jaskółka, szpak, żaworonek, wróbel, sójka, bocianiuk, sroczka...
— Powiedzmy, panie sierżant, krótko: oraz i
— Oraz i
— I cóż z tego, że wije?
— To z tego, że człowiek, któren przecież od ptaszki mądrzejszy stworzony został) także o przyszłości winien pomyśleć... — ciągnął Szawełło i obejrzawszy się zdecydował łagodny łuk zatoczyć, skierować kroki z powrotem, gdyż między pniami dostrzegł przy kuchni szczupłą sylwetkę Marusi.
Ogoniok dotarła do szpitalnej stołówki pod brezentowym dachem w samą porę: przy długim wąskim stole, pospiesznie zbitym z chropawych desek, motocykliści kończyli obiad. Plutonowy przełykał ostatnie kęsy, kiedy podszedł do niego rusznikarz, mężczyzna w starszym wieku, niosący na ramieniu trzy pistolety maszynowe. O krok za nim stała Marusia z naręczem magazynków opartym o lewe obandażowane ramię.
— Mówiła sanitariuszka, że wam potrzebne.
— Nam? — spytał zdziwiony plutonowy, ale widząc znaki dawane przez dziewczynę, zmienił ton: — Ach, pepesze, tak właśnie...
— To bierzcie. Wojna się kończy, inwentarz będą robić, a u mnie na stanie superata.
Rusznikarz zawrócił, a Marusia, ruszając za nim, znalazła jeszcze czas i okazję, żeby szepnąć:
— Za kwadrans koło pagórka z kasztanem na szczycie.
Przebiegając obok składu mundurowego dała znak Konstantemu, żeby się pospieszył, a on kiwnął głową, że rozumie. Magazynierka nie spostrzegła wymiany sygnałów, gdyż otwierała właśnie kłódkę, a potem, nie przestając się śmiać, rozsznurowywała namiot.
— Och, panie Konstanty, pan jak co powie, to już powie.
— Pani Katarzyna łaskawa bardzo.
— Znaczy zaraz po kolacji — podała mu rękę do pocałunku. — Ciekawa jestem, jak też pan sierżant opowiadanie dokończy. W kącie namiotu skromnie siedział na stołku Józek Szawełło, z ogromnym wysiłkiem i stara
— Gotowe?
— Tak jest. Tu nici, tu igłę, dziękując pani kapral, kładę.
— Dobrze, dobrze synku — odrzekła łagodnie, a może nawet serdecznie.
Wzięła się z powrotem do liczenia bielizny, ale robota nie szła tak sprawnie jak przedtem, więc po chwili przerwała, uśmiechnęła się sama do siebie i wydobywszy z kieszeni lusterko, zaczęła poprawiać ufryzowane włosy.
Młody Szawełło raz jeszcze ukłonił się od wyjścia i opuściwszy namiot niespiesznie obszedł go dokoła. Rozejrzał się, czy nikt nie widzi, i chwyciwszy w rękę koniec sznura wystający spod brezentu, skrył się między gęste krzaki leszczyny na skraju lasu. Zaczajony w zieleni począł wybierać linkę jak rybak, który już wie, że na dużą rybę na haku. Podciągnął pełznące po trawie trzy spore worki. Zwinął je ciasno, wsadził pod pachę i teraz już nie zwlekając, dal nura w brzeziniak schodzący z tej strony na samo dno doliny.
Chwilę między pniami nie było nikogo. Potem przyszła para żółtodziobych zakochanych szpaków i skrzydło przy skrzydle wędrowała trawą, zaglądając pod zeszłoroczne liście. Przybiegła wiewiórka, wykopała jakiś skarb spod pniaka i umknęła, zostawiwszy wiatrowi do zabawy puch rudy z zimowej pelisy.
Sroka ze szczytu brzozy zaskrzeczała, oznajmiając nadejście felczera Stanisława Zubryka. Chorąży wędrował wiose
Ścieżka wspinała się łagodnie, lecz stale, i zaprowadziła Zubryka na szczyt pagórka. Przykucnął, by się przyjrzeć z bliska dzieciom kasztana, który tu rósł od dawnych czasów. Jesienią spadły dojrzałe owoce, stoczyły się po zboczu i utknąwszy we wgłębieniach gruntu, daty początek malutkim drzewom, które teraz wypuściły nowe zielone pędy, otworzyły u szczytów pięciopalczaste łapki. Bardzo to było ładne, wzruszające i chorąży pomyślał sobie, że natura, czyli przyroda, to takich rzeczy potrafi dokonać, że człowiek aż się dziwi, bo nigdy by nie przypuścił, póki na własne oczy nie zobaczy.
Uniósł głowę i zdumiał się ogromnie, bo to, co zobaczył, przeszło wszelkie najśmielsze oczekiwania nawet takiego jak on entuzjasty natury i wielbiciela jej ukrytych mocy. Oto na brzózce rosnącej parę metrów dalej, która przed chwilą była okryta liśćmi tylko, wyrosły dwie szpitalne kurtki i para spodni. Podniósł rękę i kto wie, może by się nawet przeżegnał dla odegnania złych duchów, gdyby za gęstym krzakiem nie dostrzegł Marusi dopinającej mundur, gdyby w chwilę potem, stanąwszy na palcach, nie zobaczył obu Szawełłów: starego i młodego.