Страница 159 из 209
Przypomniał sobie, co starzy żołnierze mówią, że jak kto ma zginąć, to raz jeszcze całe swoje życie widzi, jakby na jakim filmie. Przypomniał to sobie akurat teraz i na chwilę zamknął oczy, by sprawdzić, jak to jest, gdy gaśnie słońce. Słońce świeciło przez powieki, trzymało swoje ciepłe dłonie na jego twarzy. I wtenczas właśnie przyszedł strach, ścisnął lodowatymi palcami gardło, uderzył w dołek przerywając oddech.
Nim cokolwiek zdążył pomyśleć, spostrzegł, że zsuwa się w dół ze skarpy. Postanowił szybko, że za kanałem na nasypie przylegnie i będzie most ostrzeliwał. Stamtąd do swoich bliżej i wróg bokami nie obejdzie. Tak sam siebie w myśli przekonywał biegnąc dnem rowu, a jednocześnie już wiedział, że i tam nóg nie potrafi zatrzymać.
Mijając czarną limuzynę, spuścił oczy, żeby na swój zegar słoneczny nie patrzeć. Koło drzwiczek coś w piachu mignęło czerwono. Rozpęd odsądził go jeszcze z dziesięć metrów, nim zmusił nogi do zatrzymania, a potem do powrotu. Chwycił to czerwone łapczywie, z piachem, podniósł do twarzy, by lepiej zobaczyć, bo mgłę miał w oczach. Tak, to była wstążka. Wstążka z warkocza Honoraty. Musiała zgubić, nim ją posłał po pomoc, obiecując wstrzymywać wroga.
Lęk w piersiach krzyczał, że po co zawrócił i czemu stoi, kiedy droga każda sekunda, a Gustlik stał i patrzył na wstążkę. Widział ją teraz zupełnie wyraźnie: z warkocza wstążka, czerwona. Nie wiedzieć czemu wspomniał, jak matka na świętej Katarzyny, trzydziestego kwietnia, szyła zawsze z takiej wstążki rozetki. Dla ojca i jego kolegów. I jeszcze pomyślał, że jakby taka wstążka szeroka i druga biała, to flagę można by uszyć. Potem owinął śliski jedwab na palcach, schował do kieszeni na piersi i zapiąwszy na guzik, przyklepał.
Znowu miał dużo czasu, więc zawróciwszy Wspiął się na skarpę. Zaczął w ścianach okopów wycinać saperką niewielkie nisze i układał w nich równo granaty. Poręczniej potem brać niż z torby.
Przedpole wciąż jeszcze było puste. Lotnictwo ciągle bombardowało i szturmowało las nie dalej niż dwa, trzy kilometry od kanału. Przysiadł i długą chwilę ostrzył na kamieniu boczną krawędź łopatki. Metal zgrzytał jak kosa pod osełką, nawet pobrzękiwał podobnie i jaśniał formując ostrze. Gustlik popróbował go wreszcie na brzuścu dużego palca. Przy starciu wręcz saperka rzecz niegłupia. Każdy piechur, który walczył w okopach, wie o tym i taką bronią nie pogardzi.
Cały czas to z lewej, to z prawej postukiwały rzadkie i dość dalekie serie skierowane do nikąd, a teraz nagle ucichły. Jeleń rzucił okiem na cień chorągiewki i rysę — upływające minuty rozwarły kąt między nimi na szerokość trzech palców — a potem ostrożnie wyjrzał z okopu.
Nic jeszcze nie było widać, lecz w lesie zawarczał silnik i zgasł. Ktoś krzyknął. Znowu warkot.
Spomiędzy drzew wysypała się milcząca szeroka tyraliera. Sunęła szybko, ale nie biegła. Za nią druga w odległości kilkunastu metrów.
Grenadierzy szli na wprost Jelenia, szli z lewej i z prawej, szerokim frontem w stronę kanału. Z każdą sekundą stawali się coraz zieleńsi, wyżsi i bliżsi.
— Trza było, Gustliczku, uciekać zawczasu — zamruczał pod nosem sam do siebie. — Cosik mi się widzi, że Honorata na darmo jajecznicę smażyła.
Zapiął się i obciągnął mundur, poprawił kołnierzyk, cofnął zamek pepeszy i nabrawszy powietrza w płuca, krzyknął nagle na cały głos:
— Kompanie, halt!
Zawahali się najbliżsi w tyralierze. Dwu czy trzech przystanęło i wówczas właśnie Jeleń otworzył ogień. Krótkimi mierzonymi seriami skosił dwu czy trzech, a paru bliższych położył.
Reszta tyraliery jeszcze jednak nie stanęła. Przeciwnie, zaczęli biec z krzykiem, zaginając oba skrzydła.
Jednocześnie od strony lasu zastękały moździerze. Salwa min położyła się na przedpolu, jeden z granatów wybuchnął na skarpie. Strzelcy wypatrzyli kierunek i kule gęsto zaświstały nad Gustlikowym okopem.
Cisnął Jeleń trzy granaty, zgiął się i wielkimi susami przebiegł na drugie stanowisko.
Wystarczyło tych paru chwil, by Niemcy podeszli na odległość szturmową. Jednocześnie z pierwszą serią Gustlika rzucili granaty i ruszyli do ataku.
Odpowiedział im dwoma ostatnimi obro
52. Odsiecz
Na terenie byłego obozu w Kreuzburgu po ogłoszeniu alarmu bojowego zaczęła się pospieszna krzątanina. Sanitarki zajeżdżały w możliwie bezpieczne miejsca, zwiadowcy ustawili parę erkaemów na piętrze fabryki, ściągnięto z powrotem kozły omotane drutem kolczastym, pozostawiając w bramie wąską i krętą ścieżkę wjazdową.
Trwało to wszystko nie więcej niż kwadrans. Potem zapadła spokojna rozsłoneczniona cisza i w miarę upływu czasu zaczęło się nawet robić nudno.
Ogień artyleryjski na wschodzie osłabł i jakby stanął w miejscu, nie przesuwał się dalej na południe. Wyglądało na to, że ów klin niemiecki, o którym była mowa w rozkazie generała, napotkał twardsze od siebie tworzywo, przytępił się i utknął.
Wszyscy uspokajali się stopniowo, zaczynali pogwarki z sąsiadami.
Komu zimą chłód kości przemroził, to obracał się teraz ku słońcu, rozpinał mundur i piersi ciepłym promieniom podstawiał.
„Rudy” czuwał w narożniku obozu, między murami spotykającymi się pod kątem prostym. Załoga specjalnie rozkruszyła beton od góry, by ponad nim można było swobodnie manewrować armatą. Na wieży, z nogami spuszczonymi do wnętrza czołgu siedział Janek z lornetką, przepatrywał okolicę. Coraz mniej niepokoiła go obrona obozu, coraz bardziej losy Gustlika i Łażewskiego, którzy tam właśnie pojechali, gdzie wdarł się przeciwnik.
— Coś długo plutonowego nie widać — zagadywał wychylony z włazu Tomasz po raz już chyba trzeci.
Na dole obok czołgu Wichura i Saakaszwili oskrzydlali piękną lekarkę, nie troszcząc się o nic i
— Pa
— Nasz czołg — poprawił Grigorij.
— Nasz — przytwierdził kapral. — Właśnie ten obóz wyzwoliła w zasadzie nasza załoga.
— Nasza.
— No właśnie mówię, że nasza.
Saakaszwili, któremu trudno byłoby przegadać Wichurę, i to jeszcze po polsku, odepchnął go po prostu na bok.
— Oczy masz jak gwiazdy w letnią noc, wargi jak owoc kizyłu — ruszył do szturmu Gruzin.
— Nie piliśmy bruderszaftu — lekarka udawała, że się gniewa.
— Jak chcesz, możemy wypić. Bruderszaft niedobre słowo, bo my nie bracia. Gruzini mówią wachtanguri.
Grześ uniósł w zapale rękę ku górze, a Tomasz, wychylony z wieży, wstawił mu szklankę w dłoń i już nalewał drugą.
Dziewczyna śmiała się rozbrojona.
— Zaraz sobie przyniosę — rzekł Wichura.
— Nie leź do czołgu — ostrzegł go Grigorij.
— Czemu?
— Bo duszno.
Roześmiali się wszyscy, choć szofer dość kwaśno, a lekarka niezupełnie świadoma, o co chodzi.
— Tak miłej załogi jeszcze nie spotkałam — mówiła patrząc na Janka.
— Co my mamy pić? — zwróciła się do Gruzina nie spuszczając oczu z Kosa.
— Hiszpańskie wino zdobyczne — wtrącił Wichura.
— Wachtanguri! — rzekł Grigorij.
— Z całą załogą?
— Naturalnie — odpowiedział Janek. — Tylko Szarika brak.
— Kogo?
— Szarika, psa mamy. Ale jak go zdjąłem z posterunku, to poszedł gdzieś i nie wraca.