Страница 10 из 209
— Nieźle, nieźle — pochwalił generał. — Czy to już wszystko, czy jeszcze coś potrafi?
Janek, niezupełnie pewny, jak pies się czuje w nowej dla siebie okolicy, wśród setek obcych ludzi, postanowił jednak spróbować rzeczy najtrudniejszej. Przysiadł obok Szarika i kładąc mu rękę na głowie począł tłumaczyć:
— Zgubiłem, nie mam. Widzisz przecież, że nie mam. Trop, piesku, trop...
Wilczur patrzył uważnie, obwąchał swego pana, zatoczył kilka kręgów wokół niego, coraz szerszych, coraz dalszych i odnalazłszy wreszcie cienką nitkę zwietrzałego zapachu, stanął na sztywno wyprostowanych nogach, obrócił mordę.
— Dobrze, piesku, dobrze. Trop!
Szarik szczeknął krótko i pobiegł w las. Generał wyjął z kieszeni fajkę, nabił ją stara
Generał wziął ją bez słowa, rozżarzył tytoń.
Tego czasu starczyło Szarikowi na wykonanie zadania. Wielkimi susami wypadł zza krzaków, wesoło unosząc ogon przesadził z rozpędu ławkę i zarywszy przednimi łapami, wyciągnął łeb do Janka. W zębach trzymał ciepłe rękawice ze skóry jenota.
— Mądry pies — stwierdził dowódca. — Dam rozkaz, żeby go zaliczono do stanu brygady. Będzie miał prawo do porcji z kotła.
Najbardziej jednak ucieszył się Jeleń i zapomniawszy o wszystkim zaczął:
— To jest pies! To taki pies, co auta umie... — w tym momencie Janek szturchnął go z całej siły w bok i Gustlik urwał w pół zdania.
Generał nie pytał jednak, co umie robić Szarik z samochodami, lecz kazał sobie opowiedzieć, skąd obaj pochodzą i jak trafili do armii. Więc najpierw Jeleń mówił o tym, jak wygląda domek jego rodziców, stojący pod samym lasem na zboczach Równicy, jak ojciec jego chodził do pracy w Kuźni. „Ale ta Kuźnia to ni ma kuźnia, jyny tako fabryka, co się Kuźnia nazywo, bo kiedysikej na początku jak jeszcze żył ojciec starzyka, to tam była tako prawdziwo kuźnia”. Mówił o tym, jak mając lat siedemnaście sam stanął przy młocie parowym i ojciec go do roboty przyuczał, a potem była wojna i przyszli Niemcy. Niemcy powiedzieli, że Ślązacy nie są Polacy i wzięli go do Wehrmachtu, do czołgów. „...To jo pomyślołech, pierona, pokażę wam, kto są Ślązacy, i jak tylko przyszliśmy na front...” Może dlatego, że pociemniało już zupełnie i nie widać było srebrnego wyszycia na naramie
— A wiesz, gdzie ojciec walczył?
— Jakże, wiem, niedaleko od naszego domu, na Westerplatte. Tam Niemcy naszych żołnierzy wzięli do niewoli, ale powiadano, że oni im uciekli.
— Na Westerplatte... — powtórzył generał. — Byłeś tam kiedy?
— Byłem. Razem z mamą. W trzy dni potem, jak przyszło wezwanie.
Tatuś był nauczycielem, ale już więcej nie poszedł do szkoły, wziął mundur do teczki i pożegnał się. Szalika zapomniał i że jesień już była, to myśmy mu z mamą zanieśli.
— Pamiętasz, jak było na Westerplatte?
— To dawno, ale pamiętam. Dom taki był z belek, a między nimi czerwona cegła. Jak zwykły dom z oknami, parterowy, a pośrodku jedno piętro i tylko na dole, jak okna do piwnicy, to był mur z betonu i metalowa zasłona. Ojciec wyszedł do nas, przywitał się i potem przez lasek poszliśmy za druty kolczaste, za tory, w stronę morza, gdzie już tylko krzaki rosły na piaszczystych pagórkach i molo — długi pomost z latarnią morską na cyplu.
Janek umilkł, zdawało mu się, że jeszcze ma pod powiekami błękit i słońce tamtego dnia. Przymknął oczy, żeby jak najdłużej widzieć wspomnienie, ale w tym momencie Jeleń zapytał:
— A na Śląsku Cieszyńskim, w Beskidach, żeście panie generał byli?
— Nie byłem. W ogóle w Polsce nie byłem, ale będę. Razem z wami — zamyślił się na chwalę i spytał: — A jak tam kolacja?
— Jejku kandy! — krzyknął Jeleń i obaj zerwali się pospiesznie, chwycili wiadra napełnione wydobytymi z puszek konserwami, pobiegli do kuchni.
Kartofle gotowały się na całego, rozgniatali je chochlą, kiedy mieszali z mięsem.
— Jeszcze chwila i byłoby za późno.
— Dajcie spróbować... Niezły. Wygarnijcie teraz szybko żar. Jak się gada o Polsce, to i o kartoflach nie wolno zapominać. Tym bardziej wówczas, kiedy kucharz siedzi w pace.
Janek chciał zapytać, co się właściwie z tym kucharzem stało i co z nim będzie dalej, ale nie zdążył. Generał odszedł, a od strony ziemianek chorąży Zenek, który ich dzisiaj werbował, prowadził dwójkami całą grupę nowicjuszy.
Jeleń pobiegł do szafy i wrócił z zapaloną lampą. W jej świetle widać było, jak niezgrabnie przeformowują się w rząd, niosąc w rękach nowiutkie, ciemnozielone menażki.
— Kolacja gotowa? No to wydawać.
Janek stał z chochlą na stopniu kuchni i zaraz, pierwsza w szeregu, podeszła Lidka. Nie bardzo wiedział, jak się to robi, ale zaczerpnął wybierając po wierzchu, gdzie więcej tłuszczu i mięsa. Pomalutku przelał zawartość chochli do menażki i nagle się zatroszczył, że podobny jest w tej chwili do kucharza. Nie w ogóle do kucharza, ale właśnie do kaprala Łobodzkiego, którego wsadzono do paki. Bo chociaż kapral brał dla siebie, a Janek dla kogoś, ale to przecież niewielka różnica. Sobie za to mniej wezmę, same kartofle.
Nie zdążył jednak wykonać tej szlachetnej decyzji, bo Jeleń ujął go w pół i zsadził na ziemię.
— Uciekaj! Coś się zadziwoł, jak cielę u studni? Robiłeś to kiedy w życiu?
Stanął na stopniu i raz po raz, równiutko zaczerpując chochlą począł wypełniać menażki — pierwszą podał Jankowi, a następne już jak szło.
Kos cofnął się, rozejrzał, gdzie by przy siąść i zobaczył siedzącą pod drzewem Lidkę. Podszedł do niej i jedli razem, nie rozmawiając. Dopiero po chwili dziewczyna odłożyła łyżkę i poczęła grzać swoje drobne palce o metal.
— Zmarzły ci ręce?
— Zmarzły trochę.
— Daj, to ogrzeję — ujął je między dłonie i tarł, lekko masując, tak jak to robił poprzedniej zimy, kiedy Mura na polowaniu wpadła do strumienia i trzeba jej było roztapiać sople przymarznięte do łap.
Dziewczyna cofnęła dłonie.
— Dziękuję, teraz mi ciepło, ale zaraz znowu zmarzną.
— To ja znowu rozgrzeję — powiedział wesoło Janek.
Wspomniał, że Szarik przyniósł mu przecież z ziemianki ciepłe, najcieplejsze na świecie rękawice ze skóry jenota. Dobył je zza pazuchy i podarował dziewczynie.
6. Trzy dziesiątki
Z samego rana dostali nowiutkie karabiny o ciemno oksydowanych lufach i gładkich kolbach pociągniętych brązowym lakierem, poprzez który widać było słoje — żyły drzew, które dostarczyły materiału na broń.
— Janek, mosz se tyn numer zapamiętać. Ze snu cię obudzą pośrodku nocy i mosz pamiętać. Jak się twoja dzieucha nazywa, możesz zapomnieć, a tyn numer mosz pamiętać.
Popatrzył na swego młodszego kolegę i urwał, bo przypomniał sobie, że będzie już ze trzy tygodnie, jak Lidka odjechała z brygady na kurs radiotelegrafistek. Odjeżdżając obiecywała Jankowi pisać. Jeleń wiedział, że nie pisze, bo przecież by spostrzegł, gdyby list przyniesiono. Wszędzie — na ćwiczeniach, w kolejce do kuchni, na narach w ziemiance — byli razem od świtu do nocy i od nocy po następny świt. Spali okrywając się wspólnie dwoma kocami. Wiedział więc, że Lidka nie pisze, a Janek o niej nie zapomina, coraz częściej zamyśla się wieczorami.