Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 36

3.

Powóz jechał. Karol siedział na koźle, obok furmana. Ona na przedniej ławeczce -

i tam gdzie kończyła się jej główka, tam on się zaczynał, nad nią jak na piętrze umieszczony, plecami do nas, widoczny tylko w ślepym zarysie swoim, szczupłym -

a wiatr wzdymał mu koszulę – i kombinacja jej twarzy z jego brakiem twarzy, uzupełnienie jej twarzy widzącej z jego niewidzącym grzbietem uderzyło we mnie ciemnym, gorącym rozdwojeniem… Nie byli nadmiernie urodziwi – ani on, ani ona – tyle tylko ile jest właściwe temu wiekowi – ale byli pięknością w zamkniętym okręgu swoim, w tym wzajemnym pragnieniu i zachwyceniu – coś w czym właściwie nikt i

I czyhałem na jedno chociażby spojrzenie jego, z tych niby obojętnych a prześlizgujących się chyłkiem, łakomych. 22 A i

obiedzie poszedłem z Hipolitem do krów, naprowadziłem rozmowę na Karola.

Jednakże mnie trudno było pytać o (chłopca), który wtrącając w taki gatunek podniecenia stał się wstydem moim, a co się tyczy Hipa, to chyba nie uważał tego tematu za godny uwagi. No, cóż, Karol, owszem, niezły chłopak, syn rządcy, był w podziemiu, wysłali go gdzieś pod Lublin i coś tam nabroił… iii, taka tam głupota, coś tam zwędził, postrzelił, czy jak tam, kolegę czy dowódcę, diabli wiedzą, no, bzdura, potem zwiał stamtąd do domu, a że ojcu się stawia, szelma, i żrą się między sobą, więc teraz wziąłem go do siebie – zna się na maszynach i zawsze więcej ludzi w domu, jakby co… – Jakby co – powtórzył z lubością do siebie i rozgniatał grudki końcem buta. I naraz zaczął mówić o czym i

Czy też może nie było i

Jeżeli zastrzelił, można było uniewi

Fryderyk? Co zauważył Fryderyk? Po kościele, po owym zarżnięciu, zduszeniu mszy, ja musiałem wiedzieć, czy on wie coś o nich – i prawie nie mógłbym znieść jego niewiedzy! Było to okropne, iż nie mogłem połączyć żadną miarą w jedność tych dwóch stanów ducha – tego, czarnego, który z niego, z Fryderyka się począł i tego świeżo, namiętnego, z nich – 1 były one osobne, nieskonfrontowane! Cóż jednak mógł za- uważyć Fryderyk, jeśli nic między nimi się nie działo?… i było dla mnie fantastyczne, absurdalne, że zachowywali się, jakby nie było między nimi uwodzenia! Na próżno oczekiwałem, że w końcu się zdradzą. Niewiarygodna obojętność! Obserwowałem Karola podczas obiadu. Dziecko i drań. Sympatyczny morderca. Uśmiechnięty niewolnik. Młody żołnierz. Twarda miękkość. Okrutna i krwawa nawet zabawa. To dziecko, jeszcze roześmiane, a raczej jeszcze uśmiechnięte, było jednak już „wzięte do galopu" przez mężczyzn – miał surowość i ciszę młodzika, którego wcześnie mężczyźni wzięli między siebie, wtrąconego w wojnę, wychowanego przez wojsko – i gdy smarował chleb, gdy jadł, zaznaczała się swoista jego wstrzemięźliwość, której głód go nauczył. Głos mu się ściemniał chwilami, stawał się matowy. Miał coś wspólnego z żelazem. Z rzemieniem i z drzewem, ściętym świeżo. Na pierwszy rzut oka zupełnie zwykły, spokojny i przyjazny, posłuszny, oraz chętny. Rozdarty pomiędzy dzieckiem i mężczyzną (i to czyniło go zarazem niewi

Zmysłowy, ponieważ młody. Cielesny, ponieważ młody. Niszczący, ponieważ młody. I w tej młodości – godny pogardy. A co najcie- | kawsze, iż uśmiech jego, ta rzecz najwykwintniejsza jaką posiadał, był właśnie tym co go łączyło z poniżeniem albowiem to dziecko nie mogło się bronić, rozbrojone własną gotowością do śmiechu. Więc to wszystko rzucało go na Henię, jak na sukę, on palił się do niej i, zaiste, nie była to żadna,,mi-łość" a tylko coś brutalnie upakarzającego, dziejącego się na jego poziomie – była to miłość „chłopięca" w całej degradacji swojej. Ale jednocześnie nie była to żadna w ogóle miłość – i on traktował ją rzeczywiście jak pa

Czyż mogłem oczekiwać, że Fryderyk dojrzy coś z tego, czy to w ogóle nie było tylko zawstydzającym złudzeniem moim? Tak schodził dzień. Zmierzch. Podano kolację. Skupiliśmy się znowu przy stole w skąpym świetle jedynej lampy naftowej i przy zamkniętych okie

Drzwi na werandę zabarykadowane – okie

zaciszność nasza przy lampie, przy stole, spotęgowana groźbą nieokiełznanej na zewnątrz przestrzeni – przedmioty, zegar, szafa, półka, zdawały się żyć własnym życiem – w tej to ciszy w cieple, ich wczesna cielesność także wzmagała się, nabrzmiała instynktem i nocna, stwarzając sferę własnego podniecenia, zamknięty okręg. Aż zdawało się, że pragną przywabić ciemność tamtej, zewnętrznej pasji krążącej po polach, że jej potrzebują… choć byli spokojni, może nawet se

Fryderyk powoli gasił papierosa o spodek nie dopitej szklanki z herbatą i gasił długo, bez pośpiechu, ale pies zaszczekał gdzieś na gumnie – wtedy ręka jego zdusiła niedopałek. Palcami wysmukłymi pani Maria obejmowała swe wiotkie, delikatne palce, jak się obejmuje jesie

na kolana ciemne, ciemne, ciemne kolana nieruchome w kącie. Czerwonobrunatne Hipolita łapska, nabite mięsem, wtrącające w przedpotopowość, także znajdowały się na obrusie i musiał je znosić, bo należały do niego.

– Chodźmy spać – ziewnął. I szepnął: – Chodźmy spać.

Nie, to było nie do zniesienia! Nic, nic! Nic, tylko moja, żerująca na nich pornografia! I wściekłość moja na ich bezde