Страница 16 из 36
7.
Ruda. Wysypaliśmy się przed gankiem z obu pojazdów, pojawił się Wacław i podbiegł do przyszłej żony, aby powitać na progu swojego domu – a nas przyjmował z ujmującą, bardzo spokojną, grzecznością. W przedpokoju całowaliśmy rękę starszej pani, zasuszonej, drobnej, która tchnęła zapachem ziół i leków – i stara
lecz pani Amelia nie chciała się zgodzić i „nie róbcie mi tego" prosiła, przecież wszyscy jakoś się pomieszczą. Także i
Podobne, jak u Wacława, ale głębsze chyba, poszanowanie istoty ludzkiej.
Grzeczność' wynikająca z wysubtelnionego poczucia wartości. Delikatność uduchowiona prawie, natchniona, acz niezmiernej prostoty' I dziwna prawość. To jednak było w głębi nie.il ^°^' tegoryczne, królowała tu jakaś wyższa rada ^^
ka~ cinająca wszelką wątpliwość, i db nas dl, abs°lutna› roz60 Fryderyka, ten dom o tak oLeśbnej moST* ' ^ ^
' moralnosci stał się naraz cudownym wypoczynkiem, oazą. Gdyż ruta, rządziła zasada metafizyczna, czyli pozacielesna, rządził, krótko mówiąc, Bóg katolicki, wyzwolony z ciała i zbyt dostojny aby uganiać się za Henią z Karolem. Było to więc tak, jak gdyby ręka rozumnej matki dała nam klapsa i zostaliśmy przywołani do porządku, a wszystko powróciło do właściwego wymiaru. Henia z Karolem, Henia plus Karol, stali się tym, czym byli, zwyczajną młodzieżą – a Henia z Wacławem nabrała znaczenia, ale tylko ze względu na miłość i małżeństwo. My zaś, starsi, odzyskaliśmy rację naszego starszeństwa i znienacka zostaliśmy w niej tak silnie osadzeni, że mowy być nie mogło o jakimś zagrożeniu stamtąd, z dołu. Słowem, powtórzyło się owo „otrzeźwienie", które Wacław nam przywiózł z sobą do Powórnej, ale w większym jeszcze stopniu. Ustał gniotący ucisk młodych kolan na naszej piersi.
Fryderyk odżył- Wydobyty spod ich nóg przeklętych, nóg rozgniatających, jakby uwierzył w siebie – i odetchnął – natychmiast też zajaśniał całym swoim blaskiem. To, co mówił, nie było bynajmniej świetne, lecz tylko zwyczajne i powiedziane aby podtrzymać rozmowę – jednakże każda błahostka nabierała wagi, naładowana jego osobowością, jego przeżyciem, jego świadomością. Najzwyklejsze słowo, na przykład „okno", lub „chleb" albo „dziękuję" nabierało zgoła i
to nagle stało się jak najkonkretniej obecne – i zresztą, jeśli człowiek znaczy coś o tyle, o ile sam do siebie przywiązuje znaczenie, to w danym wypadku miało się do czynienia z olbrzymem, z ogromem, albowiem trudno było nie zdać sobie sprawy, jak niesłychanym zjawiskiem jest on we własnym swoim odczuwaniu -
niesłychanym nie w skali społecznych, wartości, ale jako byt, egzystencja. I ta jego wielkość samotna przyjmowana była przez Wacława i jego matkę z otwartymi ramionami, jakby szacunek był dla nich najwyższą przyjemnością. Nawet Henia, główna przecież osoba w tym domu, przesunięta została na dalszy plan i wszystko jęło kręcić się wokół Fryderyka.
– Chodźmy – rzekła Amelia – pokażę panu widok z tarasu na rzekę zanim podadzą obiad.
Tak nim pochłonięta, że tylko do niego się zwracała, zapominając o Heni, o nas… wyszliśmy z nimi na taras, skąd rzeczywiście grunt, w ożywionych spadkach, uciekał w gładkość taśmy wodnej ledwie widocznej i jakby martwej. Nie było to brzydkie. Ale Fryderyk wyrzekł mimowolnie:
– Beczka.
I zmieszał się… ponieważ, zamiast podziwiać krajobraz, zauważył coś tak pośledniego, jak ta beczka, niczym się nie odznaczająca, porzucona pod drzewem, na boku. Nie wiedział skąd mu się ona przyplątała i nie wiedział, jak z niej wybrnąć. A pani Amelia powtórzyła:
– Beczka.
Zawtórowała mu cicho, ale bardzo wnikliwie, jakby przytwierdzając i zgadzając się, w jakimś chętnym i nagłym z nim porozumieniu – jakby nieobce jej były takie przypadkowe inicjacje w jakąś przypadkową rzecz, przykucie niespodziewane do byle jakiego przedmiotu, który staje się najważniejszy mocą, właśnie, tego przykucia… o, tych dwoje wiele miało wspólnego! Do obiadu, oprócz nas, zasiadła owa rodzina uchodźców z dziećmi – ale ta ilość osób przy stole, ten tłok, i biegające dzieci, i improwizowane jedzenie usposabiały niedobrze…
męczący był ten obiad. I wciąż wałkowano „sytuację", tyleż ogólną, w związku z odwrotem niemieckim, co miejscową, ja zaś gubiłem się w tym języku wiejskich, tutejszych rozmów, odmie
Domyślała się, że był niewierzący – to się wyczuwało z pewnej jej ostrożności, z dystansu, jaki zachowywała. Wiedziała, że między nimi istnieje ta przepaść, a mimo to od niego właśnie oczekiwała uznania i potwierdzenia. Tamci i
przecie on „wiedział", on „rozumiał" i „czuł". Amelii chodziło o to aby wypróbować swoją ostateczność na jego ostateczności, przypuszczam, że była jak prowincjonalny artysta, który utwór swój chce po raz pierwszy przedstawić znawcy – lecz ten utwór to była ona sama, to było jej życie, dla którego domagała się uznania. Ale, jak się rzekło, nie była w stanie tego wypowiedzieć, prawdopodobnie nie mogłaby zdobyć się na to nawet gdyby ateizm nie był na przeszkodzie. Niemniej obecność tej głębi cudzej pobudziła ją we wszystkich jej głębiach i starła się przynajmniej natężeniem i pogotowiem swoim przekazać mu, jak bardzo jej na nim zależy i czego się spodziewa po nim.
Co do Fryderyka, ten zachowywał się, jak zawsze, bez zarzutu i z największym taktem. Jednakże podłość, ta sama co wtedy przy gracach, gdy przyznawał się do klęski, zaczęła w nim powoli zaznaczać się pod jej wpływem. Była to podłość bezsilności. Wszystko to przypominało bardzo kopulację, HK ^H duchową oczywiście. Amelia żądała, aby uznał, jeśli nie jej! Boga, to jej wiarę, lecz ten człowiek nie był zdolny do takiego aktu, skazany na wieczysty terror tego co jest, w chłodzie} swoim, nie rozgrzany niczym – on był, jaki był – i przygl się tylko Amelii stwierdzając, że jest, jaka jest. Co, i właśnie w promieniach jej ciepła, stało się trupio bezsilne. I ateizm jego rosnął pod wpływem jej teizmu, zostali już uwikłani w tę sprzeczność fatalną. A cielesność jego także rosła pod działaniem jej uduchowienia i ręka jego, na przykład, stała się bardzo, bardzo, bardzo ręką (co, nie wiem dlaczego, przypomniało mi ową glistę). Przyłapałem też jego spojrzenie, którym rozbierał Amelię niczym donżuan małą -dziewczynkę i które wyraźnie zastanawiało się, jak też ona może wyglądać goła – nie z jakichś erotycznych zapędów, oczywiście, a po prostu aby wiedzieć lepiej z kim się rozmawia. Pod tym wzrokiem ona skuliła się i nagle zamilkła -
zrozumiała, że dla niego jest tylko tym czym jest dla niego, niczym więcej.
Miało to miejsce na tarasie, już po obiedzie. Wstała z fotela i zwróciła się do niego:
– Proszę mi podać rękę. Przejdziemy się trochę.
Oparła się na jego ramieniu. Może w ten sposób, fizycznym zetknięciem, chciała oswoić go z sobą i przemóc tę jego cielesność! Szli we dwoje, tuż przy sobie, jak para kochanków, my zaś w sześcioro nieco z tyłu, jak w orszaku – ależ to rzeczywiście wyglądało na romans, czyż nie tak samo towarzyszyliśmy niedawno Heni i Wacławowi?
Romans, ale tragiczny. Przypuszczam, że Amelia doznała niemiłego dreszczyka gdy przyłapała ten jego wzrok rozbierający – bo nigdy nikt tak do niej nie podchodził, bo szacunek i miłość otoczenia były jej udziałem od najwcześniejszych lat. Cóż więc on wiedział i jaka była ta jego wiedza – aby móc ją tak potraktować? Była absolutnie pewna, iż rzetelność jej wysiłku duchowego, który zjednał jej sympatię ludzką, nie może być podana w wątpliwość, więc właściwie nie bała się o siebie, bała się o świat – gdyż tutaj jej widzeniu świat przeciwstawiało się i