Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 34

ROZDZIAŁ III WYŻSZE SEMINARIUM DUCHOWNE W ŁODZI

Kiedy przyjechałem do domu z papierami, rodzice nie byli zachwyceni, ale szybko przekonałem ich do moich planów dotyczących Łodzi. Postanowiłem działać natychmiast. Sądziłem, że nie będzie większych problemów z przyjęciem mnie do Łódzkiego Seminarium. Takie przeniesienia z różnych powodów zdarzały się dość często. Diecezje, w których brakowało księży, chętnie przyjmowały tzw. spadochroniarzy. Niektórzy z nich zostawali potem nawet biskupami Do takich diecezji o zwiększonym zapotrzebowaniu należała także diecezja łódzka. Ma ona dwukrotnie więcej wiernych niż włocławska, jednak liczba rodzimych kleryków i kapłanów jest w niej kilkukrotnie niższa. Miałem zapewnienie z Włocławka, że moja opinia będzie „względnie dobra”. Biorąc to wszystko pod uwagę byłem niemal pewien swego. Niestety, okazało się, iż nie miałem racji. Kiedy następnego dnia pojechałem do biskupa Adama Lepy, który był jednocześnie rektorem Łódzkiego Seminarium – spotkałem się z odmową co do przyjęcia mnie po wakacjach na czwarty rok (jak liczyłem). Biskup zdecydował, że rok przerwy dobrze mi zrobi, a poza tym – jego zdaniem – powinienem powtarzać trzeci rok studiów. Było to, jak się później okazało, klasyczne zagranie „pod włos”. Formalnie rzecz biorąc, nie powinienem powtarzać roku, który już zaliczyłem, ale skąd ja znałem to podejście – „jak ma powołanie, to się zgodzi na wszystko i wszystko przetrzyma”, Oczywiście zgodziłem się.

Miałem przed sobą rok zawieszenia w próżni – bez żadnych planów i możliwości. Ze względów finansowych nie chciałem być ciężarem dla rodziców, toteż gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Niemiec, m.in. w celach zarobkowych, nie wahałem się ani chwili. Mieszkała tam rodzina kolegi z seminarium. Zaproponowano mi dach głową i możliwość pracy. Nie będę się rozwodził nad moimi losami w Niemczech. Byłem tam kilka miesięcy i nie żałuję tego. Zarobiłem na dalsze studia i poznałem trochę i

Seminarium Łódzkie różni się pod wieloma względami od włocławskiego. Środowisko niemal milionowej Łodzi – miasta uniwersyteckiego o tradycjach robotniczych – wyraźnie oddziaływuje na seminarium i cały Kościół Łódzki. Moja nowa uczelnia, wraz z katedrą i pałacem biskupim, usytuowana była w samym centrum Łodzi, przy ul. Piotrkowskiej. To nie był prowincjonalny Włocławek z kilkoma uliczkami w centrum. Tutaj czuło się powiew świata, a zarazem wielkie wyzwanie dla Kościoła i jego kapłanów. Seminarium, podobnie jak włocławskie, składało się z dwóch kompleksów budynków – starych i nowych. W nowej kondygnacji, na górze, mieszkała część kleryków. Pokoiki były tam przytulne, z osobnymi łazienkami i prysznicami Cały gmach wydawał się być bardziej widny i przestro

Zostałem przyjęty na czwarty rok; było nas dwudziestu czterech, a wraz ze mną przybył jeszcze jeden kleryk z Katowic. Już od pierwszych godzin mojego pobytu w nowym środowisku wiedziałem, że czegoś mi tam brakowało; coś mi nie pasowało. Wspólny posiłek, spotkanie na sali kursowej, wieczorne modlitwy – tak minął pierwszy dzień, jakże i

Usuwano najczęściej za oblanie kilku egzaminów, a żeby wylecieć z powodów moralnych trzeba się było nieźle „zasłużyć”. Oczywiście takie przypadki zdarzały się, ale były to już sprawy bardzo drastyczne, np. kradzież i na ogół wszyscy zgadzaliśmy się wtedy z decyzją przełożonych. Ogólnie rzecz biorąc – większa część rezygnowała dobrowolnie aniżeli była usuwana. Każdego roku uczelnię zasilał „desant” kilkunastu spadochroniarzy. Właśnie oni najbardziej skwapliwie korzystali ze swobody panującej w Łódzkiej Uczelni. Ta swoboda polegała również na tym, że nikt z przełożonych nie robił obchodów po pokoikach; można było wychodzić pojedynczo do miasta i zginąć w nim dokładnie, a Święta spędzało się w domu rodzi

To co mnie urzekło już na początku mojego pobytu, to brak atmosfery nerwowości i ciągłego niepokoju, tak dobrze znanej mi z Włocławka. Poczucie spokoju i stabilizacji o wiele bardziej odpowiadało charakterowi tego miejsca, a przede wszystkim – samym alumnom. W takiej atmosferze łatwiej było pracować nad swoją duchowością, uczyć się i żyć. Uczelnia gwarantowała wszechstro

W Seminarium Łódzkim odnalazłem swoje miejsce na ziemi. Każdego dnia dziękowałem Bogu, że mnie tam sprowadził. Na początku zamieszkałem w dużym, czteroosobowym pokoju, w starym skrzydle. Moim superiorem był mój rówieśnik z roku. Mieszkało tam jeszcze dwóch braci z kursu trzeciego, z których jeden – Jarek pochodził tak jak ja z Włocławka i po roku przerwy przeniósł się do Łodzi. Żyliśmy zgodnie i wesoło. Po jakimś czasie jednak zaczęła mnie martwić postawa Jarka, który coraz częściej opuszczał pora

W drugim semestrze sam zostałem superiorem. Miałem pod sobą dwóch młodszych kolegów z 1-go roku. Jednym z nich był Stasiu Kmiotek, który zafascynował mnie i wszystkich, którzy choć trochę go poznali. Był on bez wątpienia niezwykłą osobowością – genialny umysł (m.in. kilka opanowanych biegle języków) i wszechstro